Vang Vieng

Szybko ucieklismy z Luang Prabang z powodu wygórowanych cen. Podroz do Vang Vieng zajmuje okolo 5-6godz, oczywiscie caly czas przez gory kretymi drogami. Widoki sa ladne a jeszcze lepsze bylyby oglądane z kajaka 🙂 Vang Vieng to takie male senne miasteczko w ktorym nic ciekawego nie ma oprocz pieknej okolicy. Nie jest aż tak zle jak przedstawiaja w przewodnikach. Wprawdzie mnostwo tutaj guest housow i restauracji, w ktorych nadal pomimo krytycznych słów w przewodniku LP wyleguje sie anglojezyczna młodzież i ogląda serial „Friends” ale wszedzie panuje względny spokoj a nam to bardzo pasuje (czyzby z racji wieku? 🙂 )Mamy pokoj z lazienka za 40000 KIP wiec calkiem przyzwoita cena.

Nasze plany zwiedzania okolicy zrealizowalismy w 100%. Najpierw wybralismy sie skuterkiem na objazd okolicznych wiosek i jaskin, ktorych tutaj jest mnostwo. Wysoka temperatura troche daje sie we znaki ale jazda na skuterze to czysta przyjemnosc. Pojechalismy na punkt widokowy za miasteczkiem ale w sumie trudno go znalezc poniewaz cala droga prowadzaca do Vang Vieng jest widokowa. Biegnie wzdluz rzeki, za ktora położone są malownicze laotanskie gory. Pojechalismy pozniej do miejsca szumnie nazywanego przez lokalnych „blue lagoon”. Trzeba miec spora wyobraznie aby zwykla sadzawke z raczej metna woda nazwac w ten sposob 🙂 No ale Laotanczycy nie maja dostępu do morza wiec jakas lagune trzeba sobie było znaleźć. Przy bajorku znajduje sie „malpia hustawka” czyli lina z ktorej mozna skakac do bajorka. Kilku bialych kąpało sie w stawie i skakalo do wody. Niedaleko laguny znajduje sie jaskinia, ktora odwiedzilismy. Trzeba sie troche wdrapac pod gorke przez papajowy gaik, uwazajac aby ci dorodny owoc czasem na glowe nie spadl. W jaskini jest calkiem ciemno dlatego wybierajac sie na zwiedzanie nalezy wziac ze soba porzadna latarke i nie isc w klapersach.
Oczywiscie obydwie przyjemnosci sa platne. Wstep kosztuje 10000 KIP od osoby (platne razem za jaskinie i lagune).
wypozyczenie skutera 4000 za dzien

Nastepnego dnia wreszcie oczekiwany z dawna kajak! Wykupilismy zorganizowana wycieczke poniewaz nie ma tu mozliwosci indywidualnego splywu kajakowego. Najpierw zwiedzalismy Water Cave. Bardzo nam sie podobalo zwiedzanie tylko o dziwo troche…zmarzlismy. Jaskinia jest dosyc duza, rowniez calkiem ciemna i zwiedza sie ja plynac na wypełnionych powietrzem zwykłych dętkach z latarkami na glowach. Najpierw nalezy grzecznie podążać za sznurkiem a potem mozna juz samodzielnie płynąć. Zaczepiłam sie stopami o Przemka dętkę zeby sie nie zgubic w ciemnosci poniewaz dali nam tylko jedna latarke na pare. I tak plynelismy machajac rekoma. A Przemek jak to Przemek poniewaz ma sile w swoich bicepsach to wkrotce wyprzedzilismy wszystkich, ktorzy zostali daleko w tyle, tak że ledwo swiatla bylo widac i doplynelismy do samego konca jaskini. Jednak potem biedny Przemek narzekal na bol w prawym bicepsie 🙁 Wraca się tą sama droga a cala zabawa zajmuje ok.50 min wiec mozna troszke w tej jaskini sie ochłodzic. Po zwiedzaniu jaskini czekal nas lunch w postaci grilowanych szaszłyczkow i mozna bylo sie rozgrzac na słoneczku. Spotkalismy tutaj Polakow, ktorych juz wczesniej poznalismy w Luang Prabang i wdalismy sie w pogawedke z Markiem z Oswiecimia dzieki czemu Przemek wciągnał nastepną porcje szaszłykow bo obsługa myslała, ze my z tej grupy jestesmy:)
Wreszcie po lunchu przyszla pora na kajak. Jeszcze troche musielismy zjechac samochodem w dol rzeki bo byl w niektorych miejscach zbyt niski poziom wody. Nasz przewodnik udzielal grupie (bylo nas 9 osob) instruktażu jak nalezy wiosłować i zachowywac sie na kajaku. Pierwsi ruszylismy zdecydowanie w strone rzeki do kajaka i Przemek powiedzial, ze bierzemy jedno wioslo (ja jak zwykle mialam zajmowac sie robieniem zdjec a Przemek napedzaniem naszego kajaka). Przewodnik zapytal czy juz plywalismy kajakami, na co Przemek odparl tonem starego doswiadczonego kajakarza, ze tak mnóstwo razy, co zresztą było jak najbardziej zgodne z prawdą! No wiec wreszcie wyruszyliśmy na rzeczkę. Zaopatrzono nas w wodoodporną torbe, gdzie wlozylismy wszystkie wazniejsze rzeczy. Przemek wiosluje, ja robie zdjecia. Piekne widoczki, po prostu sielanka. Mijamy jedno bystrze, drugie bystrze bez problemu. A na trzecim, gdzie z wody wystawal korzeń, jak nas nagle nie pieprznęło! Wszystko momentalnie było w wodzie tylko moja ręka z aparatem wystawała z rzeki! Tak więc nie minęło nawet 5 min od wypłynięcia a mistrzowie kajaka juz nurkowali w rzece 🙂 Rzeczy nurt porwał i później zbieraliśmy je od pozostałych kajakarzy z naszej grupy. Oczywiscie bylo płytko wiec szybko sie pozbieraliśmy i dopiero tutaj ujawniło się nasze doświadczenie. W szybkosci doprowadzenia kajaka do prawidłowego położenia i odpłynięcia:) No i naprawdę niezwykłe było to, ze aparat przetrwał całą wywrotkę bez szwanku, nawet sie nie zachlapal! Z takim poświęceniem walczyłam z żywiołem, ze jeszcze dwa tygodnie później ohydne siniaki wciaz byly widoczne na mojej ręce. Spływ kajakiem byl bardzo fajny. Podobaly nam sie widoki otaczających rzekę gór i ta cisza, bez silnika łodzi. Sielanka skończyla się dopiero gdy dotarlismy do miejsca, w ktorym rozpoczyna sie tubing – czyli splyw rzeką na dętkach. Tam glośna muza i gwar tłumów imprezujacej mlodziezy zagluszal odglosy przyrody i szum rzeki. Sam pomysł spływu na dętkach jest bardzo fajny i można by go było w Polsce wprowadzić ale suto zakrapiana alkoholem balanga w wykonaniu głównie anglojęzycznych młodych ludzi to juz naszym zdaniem przesada. Piwo lało się na tubingu hektolitrami a uczestnicy nie stronili tez od mocniejszych trunków, pitych z „gwinta”. Gdyby nie nurt rzeczny, który sam niesie ich na miejsce połowa pewnie by nie dopłyneła 🙂 A i tak cześć wracała z tubingu po czasie (im później, tym bardziej głośni) z gaciami wiszącymi prawie do kolan, prezentując otoczeniu półnagie tyłki 🙂 Natomiast w punkcie startowym tubingu znajdują się czaderskie wymyślne skocznie i huśtawki z których skakać można do rzeki. Spływ dętką (bez czasu liczonego na zatrzymywanie sie w kolejnych barach, których sporo znajduje się wzdłuż rzeki) zajmuje od 1 do 2 godzin w zależnosci od stanu wody. W tutejszym klimacie to naprawdę przyjemność tak sobie podryfować. Nawet jesli nie przepada sie za halasem i tlumami, tak jak my, warto się jednak wybrać na tubing, najlepiej rano, kiedy skacowani dopiero próbują wywlec sie z łóżka. Zresztą ta glosna balanga panuje tylko na starcie tubingu, potem jest juz spokojniej i na pewno przyjemnie. Widzieliśmy tez ludzi w wieku emerytalnym spływających na dętkach, wiec nie jest to rozrywka tylko dla młodzieży. Nam niestety nie starczyło juz czasu na spływ dętkami, szkoda – może następnym razem się uda 🙂
Wycieczka kosztuje 80000 za osobe (warto kupowac w tanich biurach, bo i tak uczestnikow z różnych biur laczy sie w grupy bez wzgledu na to kto ile zapłacił)
tubing 55000 + 60000 kaucji zwrotnej za dętke

Nastepnego dnia, tak jak zaplanowalismy byly zajecia wlasne: Przemek – rower a ja spacer do jaskini i kolejnej laguny. Tym razem woda byla na prawde czysta ale laguna tak mala, ze trudno w niej plywac. Mozna co najwyzej wskoczyc sie ochlodzic. Po południu leniuchowaliśmy nad rzeką popijajac szejki owocowe, ktorych w trakcie tej podróży wypiliśmy zawrotne ilości.
Wypożyczenie roweru górskiego –  40000 za dzień

Azja, Laos, Vang vieng
Azja, Laos, Vang Vieng

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.