Sihanoukville, Kambodża, Azja, podróżowanie po Kambodży, podróże po Azji

Siem Reap – jak dotarliśmy do Kambodży

Tajlandia pod wieloma wzgledami rozni sie od tych krajow azjatyckich, ktore juz dotychczas odwiedzilismy w naszej podrozy. Jednak w jednej kwestii na pewno nie odbiega od pozostalch-naciaganie turystow. Tutaj odbywa sie to jednakże w sposob bardziej wyrafinowany, bo i kultura mieszkancow na wyzszym poziomie. Pierwszy przyklad to wizy, ktore niemile zaskoczyly nas na lotnisku. Otoz wizy 15dniowe kosztowaly swego czasu 15$ a 30dniowe 30$. Bangkok dysponuje poteznym terminalem lotniczym, ponoc drugim co do wielkosci w Azji a moze nawet na swiecie, wiec wiekszoc osob podrozujacych w tej czesci kontynentu, przylatuje do Bangkoku. No wiec korzystali z wizy 15-dniowej bo taka wystarczyla na dojazd do sasiednich krajow lub nawet po noclegu w Bangkoku na kolejny lot do wybranego miejsca. Nie trzeba bylo kupowac wizy za 30$, zeby np. spedzic kilka dni w Bkk. No ale widocznie Krolestwo Tajlandii ponosilo zbyt duze straty z tego tytulu. Wiec wprowadzono genialna zmiane- i 15 i 30 dniowe wizy kosztuja po okolo 30 $. Prawda,ze sprytne? Nikt nie zaoszczedzi a do kasy wplynie wiecej dewiz. Nawet chcac spedzic jeden nocleg w Bangkoku trzeba zaplacic 30$ a jesli do tego samolot powrotny masz np. za 31 dni lub wiecej i wiza 30dniowa nie wystarczy to tym lepiej!! Bo musisz kupic dwa razy 15 dniowa i wybulic 60$.

Natomist z Kambodżą, do ktorej z tego kraju podróżuje mnstwo turystow, Tajlandia stworzyla swietny duet. Biura turystyczne, ktorych w poblizu ul, Khao San jest jak grzybow po deszczu, oferuja rozne uslugi: zalatwianie wiz, wycieczki, transport. Mają rowniez w swojej ofercie wycieczki do Kambodzy oraz przewozy do granicy lub Siem Reap, jak kto woli. I to wlasnie dziala jak prawdziwa mafia. Wykupilismy transport do Siem Reap za 500BHT za osobe. Rano stawilismy sie przy autokarze, rozdano bilety i ruszylismy w droge, Przed odjazdem „mejscowy mafioso”zebral paszporty i pieniadze na wize w kwocie 1200BHT (ok34$) na osobe podczs gdy oficjalnie wiza kosztuje 25 $. Odmowilismy zaplaty i Przemek powiedzial, ze sam zaplaci na granicy. Po zebraniu pienedzy od reszty turystow, paszporty i kase zostawil kierowcy po czym wysiadl z autobusu i zadowolony, usmichniety od ucha do ucha, pomachal nam na pozegnanie krzyczac jeszcze, ze po dotarciu do Anghor Wat nasze serca beda szczesliwe. 

Po ok. 4 godz jazdy zatrzymalismy sie w przygranicznym miasteczku w restauracji. To byl pierwszy przystanek na drodze mafijnego przerzutu. Autobus nigdzie dotychczas się nie zatrzymywal, wiec bylo wiadomo, ze ludzie w tej restauracji musza cos zjesc, gdyz na miejsce dotrzemy dopiero pozno w nocy. Wszyscy sie podniesli gotowi do wyjscia, a tu w drzwiach staje usmiechnieta Tajka, nie pozwala wysiąść, tylko po kolei zbiera bilety a przykleja kazdemu na piers nalepke w okreslonym kolorze. To bylo kolejne cwane posuniecie. Okazalo sie bowiem, ze kolor nalepki oznacza czy dana osoba jedzie tylko do granicy czy tez do samego Siem Reap. Byl to sygnal dla kambodżańskiego agenta taksówkowego, ktory odrazu wiedzial do kogo ma startowac, zeby zabrac go taksowka z granicy. Gdy juz wszystkich namowil na swoje uslugi i zebral kase (płatne z gory) zaczal rowniez werbować tych, ktorzy zaplacili za transport do Siem Rep, mówiąc, ze autobus wolno jedzie, droga wybosita itd. 

Podczas lunchu rozdano także wnioski o wizę do wypelnienia i kategorycznie zażądano od nas kasy. Gdy Przemek ponownie powtorzyl ze zaplacimy na granicy, to Tajka powiedziala, ze wizy zalatwia sie w konsulacie i teraz trzeba zaplacic. Nie bylo rady, dalismy kase choc bylo wiadomo, ze to jest za duzo. Powiedzialam Przemkowi, ze gdy oddadza paszporty sprawdzimy ceny na wizie i bedziemy sie domagac wyjasnien dlaczego zaplacilismy wiecej skoro wiza kosztuje 25$. Nie chodzi juz o te kilkanascie dolarow ale o sam proceder ciaglego naciagania. Widocznie jestesmy upierdliwi, bo inni nie mieli takch problemow i chyba byli zadowoleni, ze nie musza stać w kolejce do urzędnika. Ale nic z tego. Pieczatkę z ceną na wiazach postawiono w taki sposob, ze nie mozna bylo odczytac kwoty. Malo tego, nigdzie nie bylo widac biura z napisem Immigration office, zeby sprawdzic ile w koncu ta wiza kosztuje lub samemu ja załatwic. Okazało się później, ze cale to skorumpowane biuro bylo za restauracja. Ale to nie koniec… 🙂

Po przejsciu przez granice i wszystkich odprawach, przejął nas kolejny przedstawiciel gangu, ktory wszystkim dyrygowal jakby prowadzil grupe przedszkolakow. Cały „przerzut” byl bardzo „dobrze” zorganizowany. W koncu dotarlismy do Siem Reap (ok.21.00) autobus przejechał przez centrum gdzie byly hotele i Guest Housy i wiózł nas dalej. Zastanawialiśmy się z Przemkiem, gdzie on jedzie i dlaczego nas nie wysadza?! A tu „mafioso” raczył poinformować, ze jedziemy na Bus station. Wywieźli nas na jakas ciemna pipidówkę, ktora mogla byc najwyzej zapleczem bus station. Ale obydwoje bacznie obserwowalismy droge, ktora jechal autobus przez miasto. Autobus zaparkował a mafioso oznajmił, ze stąd za 1 lub 2$ tuk-tuki zawiozą wszystkich do centrum i żeby bagaże z autobusu złożyć na kupkę, nie rozchodzić sie, bo jedziemy po dwóch trzech do hoteli! Stwierdził też, że on musi wiedzieć kto w jakim hotelu sie zatrzymał w razie ( jak to ujął, gdyby ktos pomylił bagaż:) choc w autokarze nie omieszkal z naciskiem podkreslic, zeby kazdy zabral swoje rzeczy bo firma nie ponosi odpowiedzialnosci, jesli ktos czegoś zapomni. Aż nam szczęki opadły z oburzenia na te instrukcje! 

Teraz juz bylo wiadomo dlaczego nie wysadzili nas w miescie. To przeciez koljeny krok mafii: tuk-tuki i hotele. Za autobusem, ktory wjechal w jakies podworko zamknięto brame i tylko mafijni tuk-tukciarze mieli wstęp – zresztą czekali juz grzecznie na przyjazd autobusu i nawet pomagali wszystkie bagaze wyjac z pojazdu:) Tego juz bylo za wiele, wzielismy nasze plecaki i postanowilismy, ze idziemy pieszo do wybranego przez siebie hotelu a mafii nie damy ani grosza wiecej zarobic! A na to jeden z mafiosow, gdy tylko zobaczyl, ze sie oddalamy od pozostalych, podniósł alarm. Wolał za nami, ze mamy nie odchodzic bo wszyscy jedziemy tuk-tukami. Przemek na to oznajmił dobitnie, ze nie chcemy zadnego tuk-tuka i idziemy pieszo. Na to mafioso odpowiedział, ze nie mozemy iść pieszo bo do centrum jest daleko, jest ciemno i firma odpowiada za swoich klientów. 

W tym momencie zdecydowanie przekroczył już granice naszej cierpliwości! Dorota powiedziala mu, ze jest smieszny i ze mozemy isc gdzie tylko chcemy. Otworzylismy zasuwe na bramie i wychodzimy a ten idzie za nami i dalej swoje…. Szkoda bylo dyskusji. Zawolalismy tylko ubawieni goodbye i pomachaliśmy mu ręką na pozegnanie. Ruszylismy w strone skad przyjechał nasz autobus. Za chwile dopadli nas nie stowarzyszeni w mafii tuk-tukciarze ale ich tez zignorowaliśmy. Po jakis 10 min marszu dotarlismy do pierwszego Guest Housa ale byl pelen. Nastepny zaoferowal nam luksusowy pokoj (jak na nasze wymagania) za 7$. To bylo jak do tej pory najfajniejsze lokum w czasie calej naszej podróży:) Nawet ten hotel na Sri Lance za 25$ mial niższy standard.

No wiec sie skusilismy, bylismy juz zmeczeni i nie chcialo sie nam isc dalej w kierunku centrum. Nasz Guest House nazywał sie Elisa. Co prawda nie ma w nim gorącej wody ale w temperaturze jaka jest na zewnatrz wcale nie jest potrzebna. Jest za to telewizor, reczniki, wygodne lozka, posciel do przykrycia, klapki w lazience, szczoteczki i pasta do zebow, meble, siatki przeciw komarom w oknach, papier toaletowy, woda do picia i inne takie fanaberie 🙂
To by bylo tyle na temat turystycznej mafii tajlandzko kambodzanskiej:)

Oprocz nas nikt nie stwarzal problemu więc ta i podobne mafie i naciaganie turystow dlugo jeszcze beda kwitly i dobrze prosperowaly. W koncu dla Anglikow, Niemcow, Kandajczykow, Francuzow czy Norwegow, bo te nacje byly z nami w autobusie, 20$ w tą czy w tamtą nie robi różnicy. Dziwne tylko, ze nikomu nie zależało na wolności wyboru. Chyba bez żalu poświęcili ją na rzecz wygody…

No cóż, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że Tajlandia byla po prostu miłą odmianą i komfortem  – wozilismy sie tam klimatyzowanymi autokarami, po platnych autostradach, na ulicach bylo w miare czysto, turystom oferowano masaze i tatuaze, a wokoło wszedzie hotele, restauracje. Natomiast po przekroczeniu granicy z Kambodza wszystko zaczelo przypominac Azje jaką do tej pory poznalismy w naszej podrozy. A to oznaczało dziurawe drogi, kurz, smieci, miejscami smród, wioski pograzone w ciemnosci z powodu braku pradu, rozpadajace sie stragany i podniszczone budynki. Do takiej Azji do tej pory przywyklismy wiec mimo, ze może podróżowanie w takim otoczeniu nie jest najprzyjemniejsze to Kambodza wcale nas nie zaszokowala ani nawet niemile zaskoczyla, jak niektórzy ludzie próbowali nam sugerować. Jednym słowem NORMALKA 🙂 I od razu poczuliśmy się swojsko.

 Pierwszy dzien spedziliśmy na rozeznaniu sie w sytuacji w mieście, Znalezlismy Old Bazar i tam juz pozbylismy sie troche doalrow. Kupilismy między innymi dwa przewodniki Lonely Planet za 14$ dwie sztuki. Były to oczywiscie podrobki czyli perfidna kserówka oryginału ale cena zachęcała:) Chcielismy tez wyplacic z bankomatu tutejsza walute a tu ku naszemu zdziwieniu wyskoczyły najzwyklejsze dolary! Wszystkie ceny były podane w dolarach i nawet resztę w sklepach wydaja w dolcach. A jesli reszta nie jest rowna czyli w pelnych dolarach to centy przeliczaja na rodzimą walute. Kurs tutejszej waluty zwanej riel to 1$ = 4000 KHR
Znalezlismy też dosyc tanie jedzenie w okolicach starego Bazaru. Oczywiscie w jakiejs prymitywnej knajpce gdzie chlopak z brudna szmata chodzil i zabijal muchy na stolach, co sprawialo mu widoczną frajde 🙂

Ryz z krewetkami kosztowal 1.5$ i ryz z kurczakiem tyle samo, a shake z ananasa 0.5$
Internet kosztuje 0.5$ za godzine 
Woda mineralna 1.5l 0.55$

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.