Annapurna Circuit – treking dookoła Annapurny

Wędrówka przez Himalaje była na liście naszych marzeń, choć nigdy nie w czołówce. A jednak kiedy tylko postanowiliśmy wybrać się w podróż do Azji, kierunek Nepal pojawił się w naszych głowach niemal natychmiast. Trekking wydawał się być wyzwaniem. Wiele osób „obawiało” się w naszym imieniu, że nie mamy dość siły, Dorota nie da rady, a nawet że nie jesteśmy już przecież tacy młodzi! Ale to nie była prawda. Prawda była zupełnie inna… Trekking to wspaniale doswiadczenie dla kazdego kto kocha gory. Ogrom Himalajów poraża. Szczyty, doliny, koryta rzek- wszystko jest ogromne. Tatry w porownaniu z Himalajami to „baby mountains” – jak trafnie okreslil sprzedawca z Kathmandu, gdy uslyszal jaką wysokość maja najwyzsze szczyty w polskich gorach. Tutaj jedną dolina można wędrowac przez wiele dni.  Zupełnienie jak w starych opowieściach, gdzie wedrowalo sie czasem szerokim goscincem a czasem waska sciezka, zatrzymujac sie na nocleg w przydroznych gospodach. Przeszlismy ponad 200 km czyli tyle ile potrzeba by obejsc dookola cale Tatry a zobaczylismy tylko niewielka czastke Himalajow. Dorota dała radę, mieliśmy dość siły i przeżyliśmy wspaniałą przygodę!

 

BHUNDANDA

Rano okolo 9 wsiedlismy do autobusu w Kathmandu, ktory nas zawiozl do Besisahar czyli wioski w ktorej mielismy zaczac nasz trekking wokol Annapurny (ok 220Km).
Za przejazd zaplacilismy 800 Rs.  W trakcie jazdy byly atrakcje w postaci teledyskow (trzech) puszczanych w kolko przez prawie cala podroz czyli okolo 8 godzin. Po paru godzinach jazdy zobaczylismy na horyzoncie wysokie osniezone szczyty, ktore na tle niebieskiego nieba wygladaly jak cudowna fatamorgana! Byliśmy zachwyceni widokiem. Jednakże do Bessisahar dotarlismy ok 17.00 i nie bylo juz sensu zaczynac tego dnia trekkingu. Znaleźliśmy zatem hotelik za 100 Rs (ta cena nas bardzo zaskoczyla), żeby przenocować we wsi i zacząć wędrówkę od rana. Wody cieplej oczywiscie nie bylo ale tym sie zbytnio nie martwilismy.

Następnego dnia okolo 7.30 wyruszylismy z Besisahar. Juz po okolo 30 min marszu zaczely nas bolec ramiona od ciezaru plecakow do ktorych nie bylismy przyzwyczajeni. Okazalo sie rowniez, ze nasz Camelback ma dziure i trzeba bylo go wyrzucic. Wode nabieralismy z rzeki Marsyandi Khola do plastikowych butelek,  za pomoca naszego filtra Katadyn . Spisuje sie bardzo dobrze. Woda w rzece jest bardzo metna a do butelek wlewa sie czysta, krysztalowa woda. Ten dzien byl dosyc ciezki. Po woli wspinaliśmy się do góry a po drodze mijaliśmy wioski, w ktorych mozna bylo obserwowac jak zyja tutejsi górale. Wokol mnostwo było pol ryzowych ułożonych tarasowo, nawet na bardzo stromych zboczach. Wszelkie prace w gospodarstwie wykonuje sie recznie. W miejscowości Khudi skonczyla sie droga jezdna, dostepna dla turystow i dalej mozna juz tylko wedrowac. Wysokich gor jeszcze nie było widac, bo zaslaniały je nizsze gory i niskie chmury. Marsz skończyliśmy tego dnia w miejscowosci Bahundanda po okolo 7 godz wędrówki z odpoczynkami. Hotel kosztował  100Rs. Był to pokój w mieszkaniu lokalsów czyli cela z gliny, z wewnetrznymi scianami z cieniutkiej sklejki ale była ciepla woda i dobre jedzenie:)

Bahundada lezy na wysokosci 1310 m npm. Wioski ktore dzisiaj mijalismy na trasie to byly wioski hinduistyczne a cała wedrowka odbywa sie wzdluz rzeki Marsyandi Khola. W Bahundandzie spotkalismy dwoje sympatycznych mlodych Polakow z Warszawy Ole i Michala.

CHAMJE

Okolo 8.20 po sniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Ciezko było rozchodzic nogi i zalozyc plecak na obolale ramiona. Dzisiejszy etap wędrówki był jednak krotszy i jego pokonanie zajęło nam okolo 6 godz. Pogoda nadal była dosc pochmurna i widoki na wysokie szczyty pojawiały sie sporadycznie. Ale maszerowaliśmy swoim tempem i cieszyliśmy się ciszą. Roslinnosc w okolicy miała charakter subtropikalny – bambusy, palmy, bananowce. Po drodze mozna sie wiec było bez problemu zaopatrzyc w swieze owoce. Nadal wedrowaliśmy wzdluz rzeki Marsyandi Khola. Droga raz pięła sie do gory a raz opadała na dol. Czesto wedrowały nią karawany mułów, trasnportujace towary do wiosek. Niestety pozostawiały po sobie mase odchodow, ktorych woń nie pozwalała nam w nocy zasnąć! Na drodze kursowali tez tragarze, ktorzy nosili niewyobrazalnie ciezkie pakunki. Rowniez kobiety i dzieci nosiły na plecach stosy drewna, bambus albo wypchane innym rzeczami kosze. Pod koniec dnia dotarliśmy do miejscowosci połozonej na wysokosci 1430 m.

Hotel dostaliśmy za darmo (!) ale musieliśmy obowiązkowo żywic sie w w nim żywić. Tak więc płaciliśmy tylko za posilki.Znowu czerpialiśmy profity z tego, że było już po sezonie i caly hotelik był do naszej dyspozycji. Nawet mieliśmy możliwość sami sobie wybrać pokój 🙂

Na trasie nie spoptykaliśmy  zbyt wielu turystow, dzieki temu fantastycznie sie wedrowało. Ola i Michal, nasi rodacy, spali po przeciwnej stronie ulicy takze za darmo i oczywiscie pod tym samym warunkiem. Przekomarzaliśmy się sie, czyj hotel jest lepszy 🙂 Strefa wiosek, do których właśnie dotarliśmy, to juz swiat buddyzmu. Domy zbudowane sa z kamieni a przy wejsciu i wyjsciu z wioski zauważyliśmy buddyjskie mlynki modlitewne.

DO BAGARCHAP

Ten dzien oazał się być dla nas  bardzo ciezki. Dorota miala problemy z zoladkiem i czesto musielismy sie zatrzymywac. Zeby przeczyscic organizm Dorotka ograniczyla jedzenie a przez to nie miala sily isc i musialem niesc jej plecak co znacznie spowolnilo moj marsz. Za to Dorotki marsz znacznie sie przyspieszyl mimo jej problemow 🙂 Poza tym walczylem od drugiego etapu z odciskami na stopach i bardzo pomocne okazaly sie w tej walce platki kosmetyczne Dorotki:) Do Bagarchap dotarlismy dopiero okolo 17 (robilo sie juz ciemno i zimno) wiec wzielismy pierwszy z brzegu hotel na nocleg. Oczywiscie woda do mycia była zimna. Zamowilismy więc gorący obiadek a do naszego termoforka wlalem gorąca wodę, ktora dostalem w kuchi (oczywiscie nie za darmo, 100Rs). Tego dnia po raz pierwszy zobaczylismy w pelni wysokie, pokryte śniegiem szczyty. To wynagradzało trudy dzisiejszej wędrówki. Na osłodę zrobila sie piekna, sloneczna pogoda tak, ze w dzien mozna bylo isc w krotkim rekawku ale gdy slonce zachodzilo robilo sie przerazliwie zimno. Jak to w górach 😉 Zastanawialiśmy się czy nie zmarzniemy w nocy. Dlatego spaliśmy w spiworach i w ubraniach. Ja miałem spiwor do -2(dwoch) st a Dorus do -17 i daliśmy radę 🙂

Następnego dnia czuliśmy sie już w miare dobrze ale profilaktycznie zazywaliśmy wegiel. Rano i w nocy było bardzo zimno. Dzisiejszy etap wg naszego przewodnika (J. Kurczab) miał trwać tylko 4 godziny marszu, co razem z odpoczynkami i jedzeniem na trasie zajęło nam niecale 6 godzin. Z Bagarchap do Chame trzeba było pokonac okolo 500 m wzniesienia.

W Chame na ostatnia minute wpadliśmy do banku by wymienic dolary na rupie. Oczywiscie wymienilem ich w Kathmandu niedostateczna ilosc i teraz stracilem na tej wymianie bo kurs byl znacznie mniej korzystny. Na kazdy dzien trekkingu trzeba przeznaczyć minimum 10-15$ na osobe. Jedzenie stawało się coraz drozsze im wyżej wchodziliśmy. Szczegolenie napoje (woda 1litr kosztuje juz okolo 100Rs). Na szczęście  jednak korzystamy z naszego filtra Katadyn i bierzemy wode ze strumieni. Natomiast nasi znajomi z Warszawy z powodzeniem wykorzystuja tabletki uzdatniajace.

Codziennie przekraczamy spektakularne wiszace mosty nad rzeka, ktorymi chodza rowniez zwierzeta. Niestety skonczyly sie juz owoce w sklepach. Na tych wysokościach pozostaje tylko jedzenie w hotelach i przydroznych restauracjach. Na szczescie jedzenie jest w pozadku i wegetarianie takze moga sie tu spokojnie wyzywic. Totez zwykle zatrzymujemy sie w trakcie marszu na lunch. Pogoda zrobiła się przepiekna i co jakis czas ukazują się naszym oczom białe, srebrzące się w słońcu i smagane wiatrem, wysokie szczyty. Widzieliśmy pierwszy osmiotysiecznik Manaslu(8156m) i Annapurne II (7937m). Roslinnosc zmienila sie i jest juz zdecydowanie o charakterze wysokogorskim. Miejscowość Chame jest polozona na wys. 2680m. W wiosce znajduje sie gorace zrodlo. Wspolnie z Ola i Michalem wybraliśmy sie by wygrzac w nim nogi, jednak woda była zbyt goraca! Wieczorem znow zrobiło się bardzo zimno, na szczescie wlasciciel hotelu rozpalił ogien w piecu w restauracji i siedzimy tam do pozna. W łóżku znowu rozgrzaliśmy sie cieplym termoforem z woda, tym razem z goracego zrodla 🙂

Ceny posilkow:
Mixed pizza 330Rs
Lemon tea kubek 40Rs
Spring Rolls 200Rs
Hot chocolate kubek 70 Rs
Chleb chapati 100Rs (2placki)
Dwa gotowane jajak na twardo 100Rs
Snickers 80 Rs
Pokoj 150 Rs

DO LOWER PISANG

Poranek był bardzo zimny. Nie ma mowy o myciu sie gdy woda ogrzewana jest solarnie. Oznacza, to bowiem, ze rano jest lodowata lub wcale jej nie ma bo zamarzla,  wieczorem zaś jest ledwo cieplawa. Wyruszyliśmy dzis troche pozniej, ok. 8.25. Rano trzeba wychodzic na szlak w grubym ubraniu i rekawicach a pozniej sie rozbierac gdy slonce przygrzewa. Pogoda znow była piekna i blekit nieba robił niesamowite wrazenie zwlaszcza w kontrascie z bialymi, skutymi lodem szczytami. Mijaliśmy kolejne wysokie szczyty (Lamjung Himal 6988m, Annapurne II i IV oraz gore zwana Oble Dome 4665m ktora jest uwazana za swieta. Buddysci wierza, ze na jej wierzcholku gromadza sie duchy zmarlych. Gora jest zadziwiajaca gdyz cala jej sciana zbudowana jest z jednolitych, ogromnych rozmiarow plyt skalnych. Wokolo dominuja teraz drzewa iglaste, swiertki i sosny himalajskie a w powietrzu unosi sie zapach olejkow eterycznych, które wydzielają pod wpływem temperatury. Okolo 15.00 dotarliśmy na miejsce czyli do wioski Lower Pisang (3200m npm). Znaleźliśmy sobie bardzo fajny pokoj: jest cieplo, przez okno wpada slonce a w nocy jest tak cieplo w pokoju, ze musimy sie rozbierac w spiworach. W drodze do Lower Pisang towarzyszyli nam tragarze ktorzy niesli na plecach po 10 arkuszy blachy falistej ocynkowanej. Ten ladunek wazyl okolo 75 kg!!!

MANANG

Trochę poleniuchowaliśmy i wyszliśmy na szlak ok 9.00 pniewaz w pokoju było cieplo i chłód nie wygonil nas na trase. Dzisiejszy dzeien przewidywal krotka wedrowke wiec nie musielismy sie spieszyc. Pogoda znowu była wspaniala! Maszerowało sie pieknie a za kazdym zakretem odslanialy sie nowe, zapierające dech w piersi widoki na cudowne szczyty. Robilismy sobie dluzsze postoje na podziwianie okolicy. Teraz wedrujemy przez tereny raz odsloniete albo znów pokryte lasem iglastym. Slonce na otwartych przestrzeniach było ostre i prazyło nemilosiernie. Natomiast w zacienionych kotlinach powietrze było wręcz lodowate a ziemia zamarznieta. Mijalismy tez sporo zamarznietych wodospadow, ktore wywieraja dosc niesamowite wrazenie. Coraz mniej wiosek na trasach spotykamy i karawan mułów. Okolica zrobiła się dosc sucha a zywnosc coraz drozsza.Na jednym z postojow kupiliśmy 500ml Coca Cole za 150Rs czyli 2$ podczas gdy w trakcie pierwszego etapu taka sama butelka kosztowala 70 Rs.

Dorotka po przekroczeniu wys 3400 m po raz pierwszy odczuła skutki choroby wysokosciowej. Przez 10min bolala ja glowa i odczuwala nieprzyjemny ucisk zatok, tak jak w sytuacji gdy woda dostanie sie do nosa. Na szczescie wszystko szybko wrocilo do normy.Istnieje tez alternatywna, dluzsza o 3 godz trasa ale my z racji wieku i moich odciskow na stopach wybralismy tę krotsza, standardową.  Do Manangu dotarlismy okolo godz 15.00 i zatrzymalismy sie w hotelu do ktorego jak sie okazalo przybyla spora grupa trekkerow z trasy. Pokoj mieliśmy z toaleta za 150Rs i o dziwo w lazience jest tak ciepla woda, ze moglismy wziac kapiel wraz z umyciem glowy. Palce u nog wygladaja jak u topielcow po tych codziennych wędrówkach w traperkach. Po kolacji wraz z Ola i Michalem zamowilismy piwo i jeszcze jakis lokalny trunek ale smakowal jak bimber i nie zostal wypity. Serwowali tu pyszne spaghetti z grzybami, szynka i serem. Odpoczynek po dniu wędrówki, zakończony smacznym, ciepłym posiłkiem to rzecz wspaniała 🙂

WYCIECZKA DO ICE LAKE

Dzisiejszy dzien mial byc odpopczynkowy i przeznaczony na aklimatyzację.  Zaplanowaliśmy wycieczkę widokową a wyszla harowka we wspinaniu sie na gore 🙂 Korzysc byla jedynie aklimatyzacyjna bo o odpoczynku nie moglo byc mowy! Wybralismy sie do Ice Lake (Ngawal Lake) polozonego na wyskosci ok. 4700m npm. Zeszlismy troche do wioski Braga i zaczelismy sie wspinac ok. 10.00. Przylaczyla sie do nas dziewczyna z Izraela. Po okolo 2 godz ciaglego zapieprzania stromo pod gore wszystkim nam skonczyla sie woda do picia a tu ani strumyka ani stawu gdzie mozna by napelnic butelki 🙁 Czekalo nas jeszcze oko 3 godz takiej wspinaczki o „suchym pysku”. Prawdziwa mordęga. Okolo 40min przed jeziorem spotkalismy wracajacego z góry Hiszpana, ktory nas poinformowal, ze juz niedaleko ale w jeziorze woda zamarznieta ( jak sama nazwa wskazuje). Dal nam troche wody i zdecydowaslismy isc dalej. W koncu dotarlismy. U gory byly dwa jeziora, calkowicie zamarzniete i pustka wokolo z wyjatkiem jaków. Zeby sie dostac do wody i zanurzyc w niej nasz filtr musialem rzucac kilkoma sporymi kamieniami by powstala mala przerebel. W końcu się udało i napelnilismy wszystkie butelki. Ależ bylismy szczesliwi a woda byla naprawde cool! Znowu pojawily się na chwilę objawy choroby wysokosciowej – problemy z oddychaniem, ucisk glowy i dzwonienie w uszach. Naszczescie krotkotrwale.

Widoki za to podczas tej wspinaczki byly bardzo piekne. Odslonila sie nam duza czesc Wielkiej Bariery, dobrze widoczny byl Tilitsho Peak oraz Annapurny. Z gory zobaczylismy tez znajdujace sie przy samym Manang jezioro Gangapurna, ktore mialo sliczny turkusowy kolor. Nie mielismy duzo czasu na siedzenie przy jeziorze, bo juz ok. 17.30 zapada zmrok a jeszcze czekalo nas dwugodzinne zejscie do Bragi i pol godzinne podejscie do Mannag. Bylismy totalnie zmeczeni. Do hotelu dotarlismy juz po zmroku i bylo nas tylko stac na dowleczenie sie do restauracji i wrabanie michy spaghetti. To byl jak dotad najbardziej meczacy dzien na calym trekkingu, mimo, ze mielismy tylko jeden maly plecaczek 🙂

YAK KHARKA

Po wczorajszej wyprawie planowaliśmy początkowo odpoczac jeden dzien. Jednak rano niebo bylo mocno zachmurzone wiec zdecydowalismy sie na marsz w kierunku przeleczy. Obawialismy sie, ze chmury moga zwiastowac nadejscie opadow sniegu co mogloby nam uniemozliwic zdobycie Thorung La. Za dwu dniowe balowanie w hotelu wystawili nam rachunek na 4000 Rs. Na trase wyruszylismy okolo godz 11.00 ale wedlug naszego przewodnika na dzis bylo przewidziane tylko 3 godz marszu wiec nie musielismy sie spieszyc.

Dorota coraz częściej odczuwala juz problemy wysokosciowe i dlatego musielismy isc dosyc wolno i czesto sie zatrzymywac. W sumie na miejsace dotarlismy okolo 15.00 czyli ponad 4 godz razem z odpoczynkami. W drodze znow odslanialy sie nowe widoki- Wielka Bariera prawie w calosci, szczyt Rock Noir (7485m) oraz poludniowa sciana grupy Chulu. Po drodze zjedlismy zupkę w restauracji. Jeszcze nigdy nie jedlismy posilku w takim miejscu! Stol stal na tarasie a przed nami rozciagala sie ogromna przestrzen z górującymi w niej osniezonymi szczytami. Ogladalismy te wysokie szczty przez lornetke i zadziwiały nas znajdujace się na nich struktury lodu i sniegu. Wzbudzały nasz zachwyt. Zachwyt wzbudzaly tez ogromne, bezglosnie szybujace w powietrzu orly. Cczasem doslownie tuz nad naszymi glowami a wtedy bylo slychać jedynie szum powietrza wokol ich ogromnych skrzydel. Jakże zazdrościliśmy tym orłom!  Pomimo calego zmeczenia pieknie sie wedruje, szczegolnie teraz na tych wyzej polozonych trasach. Ani przez chwilę nie żałowaliśmy, że zdecydowaliśmy się na tę wędrówkę!


W Yak Kharka dostalismy na nocleg cos w rodzaju domku kampingowego. Na szczescie wyposazony w gruby koc. Byliśmy już na wysokości 4150 m. Niebo było tego dnia calkiwicie zachmurzone, temperatura wynosiła tylko +4 st a pod wieczor 0 st C. W naszym domku z dykty udalo sie naladowac baterie aparatow, podlaczajac kabelki do zarowki. Nie musielismy za to placic bo normalnie usluga ladowania baterii kosztuje 100 Rs za godzine ladowania czyli okolo 1.5 $! W nocy wcale nie zmarzlismy ale jednak z powodu wysokosci co chwile się budzilismy.

OSTATNI PRZYSTANEK PRZED PRZEŁECZĄ

Rano, kiedy wstaliśmy termometr na zewnatrz pokazywal -3st. Zjedliśmy śniadanie, przygotowaliśmy się do drogi i okolo 9.00 wyruszyliśmy na szlak. Droga wiodła do ostatniego  hotelu  polozonego na wysokosci ok 4800m npm. Oznaczało to, ze mamy do podejscia ok 650 m. Dorocie coraz ciezej sie podchodziło z powodu wysokości dlatego nawet nieduze odleglosci zajmowały nam sporo czasu. W koncu dotarliśmy do hotelu Base Camp na wysokosci ok.4550m i zjedliśmy tam posilek. Potem ruszyliśmy dalej stromo pod gore i po okolo 1 godz marszu, czyli okolo 15.00 dotarliśmy do celu. Byliśmy na wys. 4800m. W hotelu panowały surowe warunki i zimno było jak piernik ale na szczescie w pokoju były kołdry, więc mieliśmy nadzieję, że nie zmarzniemy. W restauracji pod stolami były umiejscowione grzejniki wiec nawet nie było tak zimno, jak się obawialiśmy.

Jeszcze przed kolacja wyskoczylem w sandalach i grubych welnianych skarpetach na pobliski szczycik (ok 70m wyzej hotelu), skąd mialem widok na hotel polozony nizej w Thorung Pedi. Naszego jutrzejszego celu,  czyli przeleczy Thorung La, nie bylo jeszcze stad widac. Wiatr byl juz dosyc silny i zimny, więc wróciłem zaraz na ciepły posiłek.

Warunki w hotelu na tej wysokości były już dosyc spartanskie: kibelek na zewnatrz i woda w wielkim wiadrze do splukiwania toalety, która zresztą byla czesciowo zamarznieta. W nocy gdy wylaczono prad gwiazdy byly przepięknie widoczne a zwlaszcza Droga Mleczna. Piękny, niezapomniany widok, który zabierzemy ze sobą na zawsze z tej podróży.

A jutro miał nas czekać teoretycznie najtrudniejszy dzień, trzeba było odpocząć i zebrać siły.

THORUNG LA 5416 m 

Noc. O nocy poprzedzajacej wejscie na przelecz nie mozemy powiedziec nic dobrego. Nie pomogla nam aspiryna polecona przez trekkera z Kanady. Tak jak podczas podchodzenia nie mialem problemow z wysokoscia ( co prawda tetno mialem wysokie jak podczas wyscigow rowrowych), to w nocy brakowalo mi tchu.  Gdy tylko probowalem zasnac i oddech sie uspokajal momentalnie sie budzilem z uczuciem, ze ktos mi siada na klatce piersiowej a w dodatku mialem klaustrofobiczne sny. Generalnie moge powiedziec, ze ta noc byla strasznie dluga i prawie w calosci bezsenna. Dorus tez nie mogla spac pomimo zmeczenia. Budzilo ja moje duszenie sie i lapczywe chwytanie oddechu.

Wstalismy wczesnie, ok. 5.00 bo na 5.30 mieliśmy zamówione sniadanie. Byla jeszcze czarna noc. Niektorzy wyruszali juz na trase z latarkami ale my mielismy tylko jedna mala latarke. Stwierdzilismy tez, ze to jednak nie ma sensu by isc po ciemku i wrocilismy po sniadaniu do lozek. Na trase wyszlismy dopiero gdy juz bylo już jasno, o 6.40. Generalnie rzecz biorac ostani odcinek podejscia na Thorung La nie jest ani zbyt trudny ani stromy. Najwiekszy problem sprawia jedynie niedobor tlenu na tej wysokosci. Posuwalismy sie do przodu w iście zółwim tempie. Powolutku, noga za noga ale konsekwentnie do przodu. Mimo to zmiescilismy sie w czasie jaki podal w swoim przewodniku J. Kurczab. Czyli od hotelu do przeleczy potrzebowalismy 3 godz czasu. Przelecz jest troche zdradliwa, bo gdy wydaje sie, ze juz dochodzimy do celu, okazuje sie, ze jeszcze trzeba piac sie do gory. W koncu jednak dostrzegliśmy w oddali ogromna ilosc chorągiewek i malutki domek. To była przełęcz! W domku mozna było kupic herbatke za 100Rs czyli ok 1.5$. Podobno jest to najdrozsza herbata w Nepalu 🙂 Na przeleczy wiatr byl bardzo silny i zimny. Mielismy jednak dobre ubrania, przez ktore wiatr nas nie wychladzal. Wyjatkiem były moje dlonie, bo rekawiczki mialem dosyc kiepskie jak na te warunki. J.Kurczab podaje, ze najmocniejszy wiatr wieje od godz 11. 00. Ten ktory nas zastal na gorze tez nie nalezal do slabych!

Na przeleczy zrobilismy sobie kilka pamiatkowych fotek. Byla tam czworka Wegrow, ktorzy zrobili nam wspolne zdjecie (z powodu wiatru mozna bylo zapomniec o statywie, ktory zreszta i tak gdzies zgubilismy:) ) Nie bylo sniegu, a widoki z drugiej strony przeleczy byly juz calkowicie inne niz do tej pory. Nie było czasu na zbyt długie podziwianie widoków. Schowaliśmy do kieszeni jedną z kolorowych chorągiewek na pamiątkę. Byliśmy z siebie dumni i mimo zmęczenia szczęśliwi, że dopieliśmy swego.

Okolo 10.30 zaczelismy schodzenie z przeleczy.

JHARKOT

Zejscie z przeleczy było dosyc strome (miejscami) i dlugie. Z wysokosci 5416m zeszlismy na wys ok 3500m w ciagu kilku godzin. Odczulem to w kolanach mimo posiadanych kijkow. Dorota natomiast odczuwala z kazdym krokiem ulge i jakby przybywało jej sił. Wreszcie bylo czym oddychać, z kazdym metrem w dol. Na szlaku do wysokosci 4200m nie ma zadnego zrodla wody dlatego podejscie z tej strony byloby bardziej meczace. Raz, ze trzeba by niesc ze soba duzo więcej wody, to jeszcze szybko zdobywa sie wysokosc. Jesli ktos wczesniej sie nie zaaklimatyzowal do wys oko 5000m to mógłby mieć spore problemy ze zdobyciem przeleczy. Okolica stała się sucha, skalista. Bardzo przypominała nam gorzyste tereny na Synaju w Egipcie, tylko temperatura była inna. Spieszyliśmy zatem w dół, zmęczeni ale szczęśliwi, na zasłużony tego dnia odpoczynek 🙂

MARPHA – JABŁKOWE ZAGŁĘBIE

Z hotelu Jharkot szlak wiódł przez nagie, skaliste zbocza do Marphy. Marsz byl jednak bardzo upierdliwy. Wszystko to z powodu hulajacego na odkrytych przestrzeniach, bardzo silnego wiatru w dolinie rzeki Kali Gandaki. Wiekszosc trasy pokonywalismy korytem rzeki, ktora o tej porze roku jest niewielka. W Jomson stolicy okregu Mustang zjedlismy zupke i po raz pierwszy moglismy napisac do domu smsa z wiadomoscia, ze zyjemy. Po tej stronie przełeczy jest znacznie cieplej, nie liczac tego wiatru. Po drodze spotykaliśmy jabloniowe sady i wierzby, ktore na tej wysokosci wygladały dla nas dosc surrealistycznie. Do Marphy dotarlismy ok.16.00 Misateczko miało typowo turystyczny charakter i poniewaz jest polozone w bocznej dolince nie czuc było tu wiatru. Cóż to byłą za ulga 🙂 Ceny zywnosci już zrobiły się niższe. Zatem jak ostatnie burzuje wzielismy pokoj z lazienka za 250Rs 🙂 choć pozostale byly po 100Rs. Mielismy tu okazję wziąć pierwszy cieply prysznic od pobytu w Manangu. Woda byla ogrzewana elektrycznie wiec nie musielismy liczyc na ogrzewanie sloneczne. Do 22.30 robilismy pranie, ktore oczywiscie na drugi dzien ne mialo szans wyschnac.

Na podwieczorek i miłe zakończenie dnia, w naszym hoteliku zjedlismy bardzo dobre jableczniki (szarlotki) z marphowego, jabłkowego zagłębia.

LARJUNG – SIDE TREK DO LODOWCA DHAULAGIRI

Jak można się było domyślać z Marphy wyszlismy obwieszeni mokrym praniem, przyczepionym do plecakow. W miejscowosci Tukche zatrzymalismy sie na kolejny postoj gdzie zjedlismy salatke warzywna, zupki i bardzo dobre jableczniki w Dutch Bakery. W dalszej drodze wylonil sie nam widok na lodowiec Dhaulagiri i wiodące do niego szlaki. Był bardzo zachęcający wiec podsunalem Dorotce mysl by sie tam udać. Niestety nie spotkalem sie z pozytywnym odzewem. Do Larjung dotarlismy ok.13.00 i tam w hoteliku River Side spodkaliśmy naszych znajomych podróżników –  Olę z Michalem. Przysiedlismy sie do nich, zamowilismy zupke i kolejny jablecznik (ale tym razem niestety byl ohydny i zostawilem polowe). Ola i Michal mieli zamiar tu zosatc i nastepnego dnia pojsc do lodowca a potem w dalsza droge jechac juz jeepem. Namowilem w koncu Dorotke byśmy tez zostali, zdobyli lodowiec i takze skorzystali z jeepa. Widoki byly już mniej ekscytujace, czesto sie chmurzylo a poza tym trasa wiodla drogą jezdną, nad ktora unosily sie tumany kurzu. Tak wiec zostalismy i nie poszlismy do Ghasy do ktorej planowalismy dojsc.

Po poludniu wlasciciele hoteliku zapewnili nam rozrywke w postaci zarzynania barana 🙁 Na szczęście zanim do tego doszlo, gdy tylko sie zorientowalismy, co sie swieci, zmylismy sie szybko na spacer po okolocy. Najbardziej tego barana nie mogly przebolec Dorotka z Ola. Na powitanie po powrocie ze spaceru na drzewie wisial juz oprawiony baranek. I to był dla dziewczyn bardzo smutny widok.

Podczas kolacji mielismy okazji posłuchać rozważań pewnego tubylca na przerozne, niemal filozoficzne tematy.  A jeden z najbardziej jego kontrowersyjnych pogladów głosił, ze powinno sie jeszcze zabic wielu ludzi w Nepalu by byl porzadek i kraj sie rozwijal. Tak sie zapedzil w swoich wywodach, ze cale jedzenie ktore zamowil nu wystyglo i prawie nic nie zjadl. A ten jego „wykład” do złudzenia kojarzył mi się z teoriami Mao.

Następnego dnia poszliśmy na treking do lodowca. Wyszliśmy na szlak ok. 8.00 i była to długa wyprawa, która zakończyła się ostatecznie połowicznym sukcesem. To znaczy ja wdrapałem się na lodowiec ale sam. Rozdzieliliśmy się z Dorotką na podejściu, żeby każdy mógł iść swoim tempem. Nie podobał mi się od początku ten pomysł ale Dorota nie chciała mnie spowalniać… Przed wyjściem na końcowy etap podejścia ścieżka wchodziła w bambusowy lasek i rozwidlała się na wiele mniejszych, drobnych ścieżek, które kończyły się gdzieś w krzakach. I tu Dorka utknęła na dłuższy czas. Zanim w końcu wydostała się z tego lasku było już raczej zbyt późno, żeby dała radę wejść na lodowiec i zejść z niego do wsi zanim zapadnie zmrok. Tak więc podjęła decyzję o odwrocie. Zeszła do głównej drogi i czekała na mnie w słońcu na łące. A ja kiedy ją wreszcie zobaczyłem i miałem pewność, że nic jej się nie stało poczułem ogromną ulgę i radość, nieporównywalnie większą niż ta na Dhualagiri 🙂

 

KONIEC TREKINGU I ODPOCZYNEK W POKHARZE

Okolo 7.00 rano, nie zjadłszy nawet śniadania, opuściliśmy hotel by zdazyc na jeepa, ktory niby o siodmej wyjezdza z Jomson. Niestey szlismy droga ok.2 godz zanim nas ten jeep dogonił 🙂 Zabralismy sie do Ghasy za 300Rs od osoby. Z Ghasy trzeba bylo isc ok. 1,5 godz by zlapac kolejny pojazd. Ale w nastepnej miejscowosci byl juz autobus do Beni, ktorym jechalismy 3 godz za 500Rs od osoby. Jazda to byla jak na safarii bo droga jest bardzo wyboista i trzeba przejezdzac przez potoki. Autobus omal nie ocieral sie o skaly a wszystko to w tumanach pylu. Dookola pelno było mandarynkowych drzew! Niestety nie bylo jak sie do nich dobrac z autobusu. I mogliśmy je tylko podziwiać i marzyć o smaku owoców, których od dawna nie jedliśmy. W Beni bylismy po 15.00 a za okolo 30 min wyruszał autobus do Pokhary. Jeszcze przed odjazdem autobusu udało nam się jednak kupić kilogram mandarynek. Zjedlismy je wszystkie natychmiast. To byly pierwsze owoce od wielu dni! Smakowały wybornie. Autobus z Beni do Pokhary kosztowal 220 Rs od osoby a jazda trwala ok 4 godz.  Do Pokhary dojechalismy więc juz po zmroku. Podjechalismy potem kawalek taksowka (za 150Rs) do dzielnicy turystycznej Lake Side. Zakwaterowaliśmy się w hoteliku ( w cenie 300Rs za pokoj), prowadzonym przez kilku braci . Niestety nie bylo w nim cieplej wody i zastanawialiśmy się nad zmianą lokum by móc w pełni korzystać z dobrodziejstw cywilizacji.

Kolejny dzień, tak jak postanowiliśmy wczoraj zaczął się od zmiany hotelu. Ola i Michal wyszukali hotel w tej samej cenie ale z ciepla woda. Podczas gdy reegulowaliśmy rachunek za nocleg wlasciciel byl bardzo zdziwiony.  Powiedzielismy mu prawdę ,ze idziemy tam gdzie jest ciepla woda. Zapierał się, ze to nie mozliwe, ze nie byla ciepła ale nikt z nas nie miał już ochoty na dyskusje. Po zakwaterowaniu się w nowym hotelu, oddalismy nasze brudne rzeczy do prania, żeby wreszcie zostały porządnie odświeżone. Bylo tego 3kg a oplata za pranie to 70Rs za 1kg. 

Pokhara to fajne miejsce dla turystow. Duzo spokojniejsze niz Thamel w Kathmandu. Klimat bardziej sprzyjajacy szwędaniu sie po ulicy, jedzenie bardzo dobre, w knajpkach graja na zywo znane hity z lat 70-90. Pokhara bardzo przypadła nam do gustu i wieczorami przechadzaliśmy się uliczkami miasta.

Okolo 13 pojechalismy z Ola i Michalem do centrum by znalezc kilka swiatyn, o których pisza w przewodniku. Nie byly to budowle zbyt imponujace ale ja bylem zaabsorbowany fotografowaniem rzezb przedstawiajacych pozy erotyczne ludzi i zwierzat w roznych kombinacjach 🙂 Spacerowalismy troche po miescie a do hotelu wrocilismy pieszo. Tego dnia zrobilismy tez troche zakupow ubraniowych i kupilismy nowy plecak. Okazało się jednak, że  tutaj sprzedawcy sa mniej chetni do targowania sie i spuszczania z cen niż w Kathmandu.

Następnego dnia wypozyczylismy sobie lodke wspolnie z Ola i Michalem, na caly dzien za 500Rs. Poplynelismy na drugi brzeg jeziora, wysadzilismy O i M ktorzy wybrali sie do stupy na wzgorzu a my poplynelismy sobie na jeziorko. Lodka to byl straszny klacek a wioslowac trzeba bylo przenoszac wiosla raz z jednej raz z drugiej strony burty. Bylo to raczej upierdliwe. Mozna tez bylo ewentualnie wioslowac we dwie osoby. Lodz posuwala sie jednak w slimaczym tempie. Kajakiem oplynelibysmy jezioro w dwie godziny. Niestety my do stupy juz nie dotarliśmy, bo sie niebo całkowicie zachmurzylo i gory przestaly bic widoczne. Wrocilismy na brzeg, gdzie wysiedlismy a OiM poplyneli sobie dalej.

Zrelaksowani pobytem w Pokharze szykowaliśmy się już do dalszej drogi. Na dworcu kupiliśmy bilet za 1000Rs/2os na autobus do Sauraha, czyli wioski skad mozna wejsc do Parku Chitwan. To było definitywne pożegnanie z Himalajami.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.