Colombo. Mamy wizy do Indii!

Udało się! Mamy wizy do Indii ważne aż na pół roku ( do kwietnia 2009) i to z mozliwoscia wielokrotnego przekraczania granicy. Żeby je odebrać, trzeba było po raz kolejny pojechać do Colombo. Tym razem pojechaliśmy pociągiem z Hikkaduwy. Żeby znowu nie mieć problemów i niepotrzebnych starć z kierowcami tuk tuków postanowilismy, ze mozemy pojechać z dworca w Colombo do ambasady  za max kwote 200Rs. Powoli uczyliśmy się bezwzględnego targowania, co jest bardzo cenną umiejętnością w tzw. „krajach trzeciego świata”! Na dworcu tuk-tukciarze dopadli nas jak hieny ( w końcu biały to łatwy zarobek). No ale my już zdążyliśmy się nieco wyszkolić w te klocki. Pytam zatem kierowców ile za dojazd do Majestic City? Mówią mi na to, że 500 Rs. Na co my mówimy stanowczo: Nie i podajemy swoją kwotę. Oczywiście są oburzeni a nawet się śmieją, że za takie pieniądze to nikt nas nie zawiezie. W takim razie możemy iść pieszo – odpowiadamy, po czym ruszamy dalej. Twardo obstawiałem 200 Rs choć i tak wiedziałem, że miejscowi płaca mniej. No ale jak by to wyglądało gdyby pozwolić „bogatym białym” zapłacić tyle samo! Kierowcy strasznie byli oburzeni ale my nie dyskutowaliśmy, tylko poszliśmy dalej. Cel był jeden: albo zabiorą nas za naszą stawkę albo idziemy „na lacza”. W końcu jeden kierowca się wyłamał z tego świętego oburzenia ale potajemnie. Dogonił nas swym pojazdem dwie uliczki dalej i wziął za 200 Rs. To był nasz pierwszy tak spektakularny sukces w targowaniu. I postanowiliśmy, że przy takiej konkurencji już zawsze będziemy ogłaszać przetarg 🙂 

Po drodze wojsko znowu sprawdzało nasze dokumenty. Ale zdażylismy na czas. Wizy odbiera sie w innym budynku niż ten, w którym sklada sie wnioski. Odbiera sie je w Ambasadzie Indyjskiej a sala w której obslugiwano petentów to była niegdyś sala kinowa, ze starymi fotelami z wyrwanymi fragmentami gąbki z siedzeń.  Był też duży ekran na ścianie a na scenie bardzo poważna pani za biurkiem, piszaca zajadle na maszynie z hałaśliwie stukającą klawiaturą. Oczywiscie zeby sie tam dostac trzeba bylo przejsc przez wykrywacze metalu, bomb i cholera wie czego jeszcze. Telefony i aparaty trzeba bylo zostawic w depozycie. Ale te ich urządzenia wykrywające mają działać chyba raczej na psychikę kontrolowanej osoby, ponieważ mialem ze sobą scyzoryk w kieszeni i wcale go nie namierzyli:) Urzednik wyczytywal nazwiska lub imiona ( w zaleznosci co bylo latwiejsze do wymowienia) i wydawal paszporty. Z Doroty imieniem sobie nawet poradzil ale w moim przypadku posluzyl sie fortelem i wyczytal moje drugie imie (Roland). Przemyslaw bylo ponad jego mozliowsci 🙂

Zatem droga do dalszej podróży została otwarta! Na Sri Lance możemy być do 15 listopada, teraz więc pozostawało już tylko wyszukać sobie jakiś tani przelot do Indii 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.