Negombo. sri lanka, azja

Negombo

Hotel znajdował się niedaleko plaży i znaleźliśmy go bez większych problemów. Kosztował 50 dolcow za dwie noce. Oczywiście więcej niż to, na co liczyliśmy, mimo że kurs dolara był wtedy bardzo niski i wynosił ok. 2,50 zł! ). Byliśmy jednak zbyt zmęczeni podróżą by szukać innego lokum a nasze umiejętności targowania się były tego pierwszego dnia jeszcze bardzo mierne. Więc zdecydowaliśmy się zostać, żeby odpocząć, oswoić się z klimatem oraz otoczeniem. Dopiero po południu był czas na rozpoznanie terenu, które zaczęliśmy od plaży.  Wczesniej spalismy kilka godzin, by dojść do formy po podrozy. Roznica czasu pomiedzy Sri Lanką a Polską wynosiła 4,5 godz. Jednak potrzeba było trochę czasu żeby się przyzwyczaić.  W pokoju hotelowym nie było moskitiery ale przezornie mieliśmy ze sobą  własne i korzystaliśmy z nich, tak dla lepszego komfortu. Przypuszczalismy, że  woda w kranie pewnie nie nadaje się do picia ani też do bezpiecznego mycia zębów, dlatego też korzystaliśmy z naszego nowego filtra Katadyn. Postanowiliśmy, że zanim się nie oswoimy z klimatem i tutejszą flora bakteryjną, na wszelki wypadek będziemy jednak ostrożni. Nie chcieliśmy rozpoczynać podróży od problemów zdrowotnych. Liczyliśmy  na to, że obejdzie sie bez sensacji żoladkowych. Niestety plaza koło hotelu nie zrobiła na nas pozytywnego wrażenia. Była brudna gdyż niedaleko marynarze z przypływających tędy statków myli zbiorniki i na piachu było dużo zanieczyszczeń, szczególnie oleju. Nie zachęcało to do kąpieli. Postanowiliśmy więc , że zdecydowanie trzeba będzie znaleźć jakieś ładniejsze miejsce, żeby sobie popływać. Tymczasem  z trudem przyzwyczajaliśmy się do tutejszej temperatury 🙂

W hotelowej łazience unosiła się  woń przypominająca zastałą wodę w stawie lub akwarium. Powietrze wciąż było wilgotne i nie łatwo było przywyknąć do tak dużej zmiany klimatu. Zdawało nam się, że ucierpieliśmy z powodu tzw. syndromu „jet lag”.  Krótko mówiąc organizm z trudem przystosowywał się do zmiany czasu. Dzisiejszej nocy nie moglismy spac. Zamiast tego  pilismy wodę mineralna i jedlismy banany. Rano poszlismy na spacer, który trochę nas orzeźwił. Poczuliśmy sie lepiej. Kupilismy lody, żeby się schłodzić i zjedliśmy bardzo pikantny obiad, az nam sie z „uszu dymilo”. Jedzenie wszędzie było bardzo ostro przyprawione. No cóż, właściwie sezon turystyczny rozpocznie się dopiero za kilka miesięcy. Dlatego też restauracje dla turystów były pozamykane, więc musieliśmy się żywić tak, jak jedzą tubylcy. A jedzą potrawy ostro przyprawione. Z tego też powodu najchętniej wcinaliśmy pyszne owoce. Trzeba jednak było po nie wędrować spory kawałek na stragan, znajdujący się na sąsiedniej ulicy. A wędrowało się „chodnikiem”, ułożonym z betonowych płyt, pod którymi nie wiedzieć czemu, płynął ściek i roztaczał swą śmierdzącą woń. Tak wygląda tutejsza kanalizacja 🙂 W owoce  było trzeba zaopatrywać się rano bo po południu nic już nie zostawało. Nie tak łatwo się tutaj dobrze najeść jeśli nie jest się amatorem „ognistych” przypraw. Jedzenie w nielicznych czynnych restauracjach dla turystów, których kilka znaleźliśmy jednak w pobliżu, nie było najtańsze i również ostro doprawione. Było to przez pierwsze dni sporym problemem dla Dorotki. Lokalni  natomiast jedzą głównie ryż z curry albo krokiety, też bardzo ostre. 

Następnego dnia znaleźliśmy czystsze miejsce na plaży i najwspanialszym doznaniem stała się popoludniowa kapiel w oceanie! Woda była niewiarygodnie ciepła i przegoniła nas z plaży dopiero burza z piorunami. Mimo przelotnych deszczów trzeba było mocno uważać na słońce. Skórę mieliśmy jeszcze nie przyzwyczajoną do opalania, więc łatwo się było poparzyć, kiedy tylko słońce wyszło zza chmur. Za to miejscowi patrzyli na nasze białe ( jak u młynarza) ciała z zazdrością. I jak tu ludziom dogodzić? My zostawiamy to naturze 🙂 Zdecydowanie nie jesteśmy miłośnikami wylegiwania się na kocu ale w takim klimacie z pewnością wkrótce skóra nabierze „rumieńców”. Turystów jest teraz na Sri Lance niewielu, cieszymy się więc ciszą i spokojem, bez żadnych tłumów. Zaopatrzyliśmy się w mapę, zebraliśmy siły i jutro wyruszamy dalej, poznawać wyspę 🙂

 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.