Colombo

Następnego dnia zaopatrzeni w mapę, z naszym dobytkiem na plecach pomaszerowaliśmy na dworzec. Do Colombo pojechalismy pociagiem  (ok35km), za 90 rupii czyli niecałego dolara za dwie osoby 🙂 Bardzo ciekawe, nowe doświadczenie, pozwalające na nieco bliższy kontakt z ludźmi. Okazało się, że taki lokalny pociag to doskonałe miejsce na zarabianie pieniędzy przez niektórych Lankijczyków i to na przeróżne sposoby. W trakcie prawie dwugodzinnej (!!) podróży pojawili się kolejno różni ciekawi ludzie. Najpierw sprzedawca orzeszków i wody. Butelki z gracją  wyciągal z brudnych wiader a orzeszki podawał klientom zawiniete w gazetę. Tak że obsługa sprawna i z polotem! Następnie pojawił się kaleki człowiek z powykręcanymi stopami, który zbierał monety od pasażerów, wkrótce potem kolejny sprzedawca ( właściwie nie wiadomo czego), potem grajek na organach elktronicznych, z wlasnym duzym glosnikiem i akumulatorem, grajek na pustej puszcze i stara kobieta z wielkim biustem natarczywie potrząsająca kubkiem, do którego należało oczywiście wrzucać kasę 🙂 

Jednak tak naprawdę to my   stanowiliśmy atrakcję w pociągu, jako że byliśmy jedynymi białymi gębami wśród podróżnych 🙂 I przez całą drogę czuliśmy wlepione w nas oczy pozostałych pasażerów. Kiedy dotarliśmy na miejsce, jeszcze na samym dworcu w Colombo dopadł do nas gostek z tuk-tukiem ( tutejsza motoriksza na trzech kolkach) i zawiózł do hotelu. Koszt za nocleg w tym przybytku wyniósł niecale 9 dolarow za dwie osby za noc. Kierowca widząc nasze białe gęby z pewnością się ucieszył na łatwy zarobek i bez wątpienia wozil nas pewnie kilka razy w koło po mieście, by móc jak najwięcej skasować 😉 Dzięki temu nie zdążyliśmy później do ambasady, ktora zamkneli nam doslownie przed nosem. Byliśmy trochę niezadowoleni z tego powodu. Do stolicy przyjechaliśmy właściwie po to, by załatwić sobie wizy do Indii a ponieważ nadchodził weekend nie pozostawało nam nic innego jak  siedzieć w Colombo do poniedzialku. Na wize czeka sie ponoc 5 dni i kosztuje ona okolo 5000 rupi czyli ok 47$. 

Włóczenie się w dużym, hałaśliwym mieście zbytnio nas nie kręciło. Zawsze woleliśmy raczej odludne miejsca i bycie blisko natury. Jednak skoro już musieliśmy tu zostać kilka dni, to trzeba było ten czas jak najlepiej wykorzystać. Po poludniu poszlismy więc na spacer po miescie ale zapomnielismy planu miasta. Łazilismy śmierdzacą, halasliwą ulicą Galle Road i oczywiscie nie trafiliśmy tam gdzie chceiliśmy. Natomiast pytanie lokalnych o drogę, to był prawdziwy koszmar. Każdy pokazywał nam inny kierunek! Za to dopadła nas wieczorna monsunowa ulewa, wiec po kilku minutach nie bylo na nas suchej nitki. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że  temperatura wynosiła wtedy 28 stopni, nie możemy powiedzieć żebyśmy zmarzli 🙂 

Gdy weszlismy do Mc Donalds’a gdzie zaciekle pracowała klima to poczulismy sie  nagle jakbysmy znaleźli się w igloo! Mieliśmy nadzieję, że tu znajdziemy jakieś mniej pikantne specjały ale niestety trend mocnego przyprawiania panował również tutaj. Jedynym plusem był wybór w menu – coś innego niż ryż z curry, który jest tu podstawą wyżywienia. Na ulicy naszą uwagę zwróciły służby mundurowe. Prawie na kazdym skrzyzowaniu stali policjanici i wojsko uzbrojeni po zęby i kontrolowali przejeżdżające samochody. Dla nas za to byli bardzo pomocni, gdy odgonili psy, ktore chcialy podgryźć Dorotkę:)

Miejsce, w którym mieszkaliśmy w Colombo to był prywatny dom dla gosci. Takie prywatne kwatery jak w np. Zakopcu. Nie mieliśmy na wyposażeniu klimatyzacji w pokoju a jedynie wiatrak pod sufitem, mieszajacy gorące powietrze.  No ale trzeba się było przyzwyczajać do turystycznych warunków i lokalnego klimatu. Niestety Dorus bardzo cierpiała z powodu jedzenia. Wszystko było naprawdę bardzo pikantne, nawet ta niezdrowa karma w Mc Donaldzie. Na szczęście frytek nie doprawili papryczką 😉

Wybralismy sie równiez zobaczyc swiatynie hinduistyczna, zwaną Subramania. Bardzo ciekawą ze względu na mnóstwo zdobień i rzeźb, które pokrywają elewację. Mnogość detali i barw zrobiła na nas wrażenie. Niestety świątynia jest wciśnięta między budynki na jednej z ciasnych ulic i naprawdę trudno zrobić jakieś ładne zdjęcie tego miejsca. Po drodze zatrzymalismy sie też w Parku Wiharamahadevi, ktory okazal sie juz nieco podupadly. W krzakach siedziały przytulone pary zasłaniajace sie parasolami. Publiczne okazywanie uczuć jest na Sri Lance niepochlebnie oceniane, toteż młodzi kryją się w cieniu parasoli. Swoją drogą są one tu bardzo przydatne. My tez kupilismy sobie parasol za 500 rupii ktory automatycznie sie otwiera i zamyka! Przydaje sie zarowno na deszcz jak i na slonce, przed którym również lokalsi chronią się w ten sposób. Po drodze weszliśmy również do innej tutejszej swiatyni – Seema Malaka.
Tutejsza kafejka Internetowa kosztuje 60 r/godz czyli taniej niz w Negombo.

Oto kilka przykładowych cen:

Cola 140 Rupii
Ambun (maly) 135 R
Woda 1.5 litra 40-60 R
Frytki w Mc Donaldzie 160 R
Shake 130 R
Pizza ( mala)w Pizza Hut 350 RBardzo ciekawa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.