Ostatnie dni w drodze 12- 22.09.2012

 

Droga prowadziła wśród eukaliptusowych i sosnowych lasów oraz pośród krzewów i drzew, z których wiele obsypanych było żółtymi i fioletowymi kwiatami. W Brazylii rozkwitała wiosna. Słońce chyliło się ku zachodowi a w powietrzu unosił się nieznany, intensywny zapach. Nagrzana słońcem roślinność wydzielała olejki eteryczne, które intrygowały nasze zmysły. Była to woń lekka, świeża i energetyzująca, pełna swoistych aromatów liści i drzew, które zlewały się w jedną całość. Była jak tęsknota w sercach, które czuły, że coś wyjątkowego w naszym życiu powoli się kończy i jak ulotne pragnienie by nasza wędrówka rowerem po świecie trwała dłużej a najlepiej by nie skończyła się nigdy…

Niestety drugiego dnia jazdy, po opuszczeniu Vario de Minas, okolica diametralnie się zmieniła.  Suche, gorące powietrze niosło ze sobą woń spalenizny a po obu stronach jezdni sterczały sczerniałe krzaki i rozciągały się szare, wypalone przez pożar obszary. Od wielu tygodni nie padał deszcz i roślinność była już bardzo sucha. Kilkakrotnie widzieliśmy ogień płonący niedaleko drogi a zagrożenie pożarowe na terenach przez które jechaliśmy było bardzo wysokie. Lokalne pożary, które niejednokrotnie mijaliśmy, stanowiły dla nas spore niebezpieczeństwo. Wysuszona trawa płonęła tak szybko, że gdyby pożar zaskoczył nas w nocy, nie mielibyśmy absolutnie żadnych szans na ewakuację namiotu a co najwyżej na ucieczkę na asfalt! Tego dnia nocleg spędziliśmy na pogorzelisku. Wciąż ciepły popiół wskazywał, że ogień przeszedł w tym miejscu niedawno, najwyżej kilka godzin wcześniej. Nie było to przyjemne miejsce ale jednak bardziej bezpieczne gdyż tutaj, w razie powrotu ognia, już nie bardzo pozostało cokolwiek, co jeszcze mogłoby się palić. Jednak ze spalonej ziemi dobywał się charakterystyczny swąd i ciepło, które sprawiało, że w namiocie panował niesamowity upał. Siedzieliśmy przy wieczornym posiłku, czując, że gdzieś w okolicy przechodzi kolejny pożar i wiatr przynosił do nas woń dymu. 

Nazajutrz, tuż po wyruszeniu w drogę na naszym liczniku wybiło 26 tys. kilometrów 🙂 Wiedzieliśmy, że to był definitywnie ostatni tysiąc. Pagórkowate ukształtowanie terenu w Brazylii, wyczerpujący klimat oraz kiepski stan naszego mocno wysłużonego już roweru, wykluczały przejechanie kolejnego tysiąca, jaki dzielił nas jeszcze od Salvadoru, w ciągu niecałych dwóch tygodni. Tego dnia znów mieliśmy dwa przymusowe postoje – na łatanie dętki i wymianę szprychy… Jazda autobusem była nieunikniona. 

Ten dzień nadszedł wkrótce. Kiedy minęliśmy Montes Claros, zatrzymaliśmy się na posiłek w cieniu drzewa. Najpierw musieliśmy stoczyć walkę z natarczywym psem, który natrętnie ujadał, krążąc wokół nas. Poskutkowało dopiero kiedy Przemek rzucił w jego stronę dużym kawałem drewna. Potem walczyliśmy z mrówkami, krążącymi nerwowo pod drzewem, które w trymiga  gotowe były wynieść nasze drugie śniadanie do mrowiska. Dalsza jazda stałą się jednak bardzo nieprzyjemna. Wyjechaliśmy na większą drogę, której nawierzchnia była fatalna a za to natężenie ruchu ogromne. Pomimo niedzieli i pory siesty drogą sunął niekończący się sznur ciężarówek, które na każdej górce spowijały nas chmurą gorących spalin! Na poboczu roiło się od dziur i garbów, co natychmiast poskutkowało pęknięciem jednej ze szprych. Byliśmy zniesmaczeni i zgodnie postanowiliśmy, że skoro i tak trzeba wsiąść do autobusu  – to zdecydowanie nadszedł ten właśnie moment… Następnego dnia dotarliśmy do dworca w  małym miasteczku Francisco Sa. Okazało się, że tego dnia w kierunku Salvadoru miały jechać dwa autobusy. Pani w kasie nie potrafiła nam udzielić odpowiedzi czy zatrzymują się w określonych miejscowościach ale patrząc na mapę byliśmy przekonani, że obydwa muszą jechać właśnie tą drogą. Ostatecznie nie było aż taki istotne, gdzie wysiądziemy – mieliśmy jeszcze wystarczający zapas czasu. Przygotowaliśmy rower i bagaże do drogi, usiedliśmy na ławeczce i grzecznie czekaliśmy. Koniec końców po kilku godzinach oczekiwania udało nam się zapakować do opóźnionego o 3 godziny autokaru, jadącego do Recife. Przemek przeprowadził błyskawiczną akcję przekonania kierowcy, że nasz rower się zmieści do bagażnika. Potem trzeba było jeszcze zadzwonić po panią kasjerkę, która zamknęła okienko i poszła do domu na obiad by przyszła nam sprzedać bilety! Wreszcie upchaliśmy cały dobytek do autokaru i mogliśmy jechać.

Przed 3.00 nad ranem dotarliśmy do miejscowości Milagres, dokąd mieliśmy kupione bilety. Pora była niesprzyjająca do jazdy w mieście więc rozłożyliśmy matę i na zmiany przespaliśmy się na dworcu do rana, pośród sklepików z pamiątkami, w których ekspedientki też drzemały w oczekiwaniu na kolejne autobusy. Kiedy tylko się rozjaśniło ruszyliśmy w drogę. Pogoda była cudowna – temperatura nie przekraczała 30 st. a niebo zasnute było chmurkami! Kilka kilometrów za miastem była stacja benzynowa, gdzie zrobiliśmy sobie postój na posiłek i prysznic.

Klimat zmienił się na bardziej wilgotny i w miarę jak zbliżaliśmy się do Salvadoru, tym bardziej okolica stawała się zielona. Przy drodze pojawiały się kramiki, gdzie miejscowi sprzedawali swoje wyroby – dzbany i miski z gliny oraz kapelusze z trzciny. Do Salvadoru pozostało poniżej 300 km. Jechaliśmy więc niespiesznie, by na kilka dni przed wylotem dotrzeć do kempingu.

Staraliśmy się unikać dróg z dużym nasileniem ruchu by ostatnie dni pedałowania nie za nadto nam się uprzykrzyły. Minęliśmy misteczko Cachoeira a potem dotarliśmy do Madre de Deus, na wybrzeżu. Pokusiliśmy się o wjazd do miasta i odwiedzenie plaży i ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że było to najbrzydsze miejsce jakie mieliśmy okazję napotkać w drodze. Próżno było tu szukać uroczego, nadmorskiego klimatu. Cała miejscowość byłą właściwie jedną wielką rafinerią. Ponad ulicami ciągnęły się rurociągi a nad głowami dymiące lub wręcz buchające ogniem kominy. Mimo, że plaża w miasteczku owszem – była, to jednak cała miejscowość wywarła na nas tak niemiłe wrażenie, że z ulgą wyjechaliśmy na okoliczne, pokryte zielenią pola i nie próbowaliśmy już wjeżdżać do kolejnych nadmorskich miejscowości!

Po kilku dniach jazdy ruch jednak bardzo się nasilił i zbliżaliśmy się do wielkiego Slavadoru. Przedmieścia były tuż przed nami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.