25 tysięcy kilometrów w drodze do Parnaiby 22-31.08.2012

Wdawało nam się, że każda noga waży co najmniej tonę! Powietrze było gorące a ciśnienie zbyt niskie. Droga do Campo Grande wciąż prowadziła wzdłuż obrzeży Pantanalu. To była strefa śmierci… Trzy szare, nieruchome sylwetki, tkwiły na poboczu w pełnym słońcu przyciągając muchy. Widok bardzo nas poruszył. Zeszliśmy z roweru i staliśmy przez chwilę w milczeniu jak nad grobem, czując żal z powodu wszystkich tych bezsensownych śmierci. Cała rodzinka kapibar, rodzice i mała kapibara, straciła życie zapewne pod kołami pędzącej wielkiej ciężarówki. Tragedia musiała się rozegrać niedawno, właśnie tego słonecznego dnia, kiedy zwierzęta beztrosko wyszły z zarośli na drogę. Teraz ich zastygłe w bezruchu ciała z nieruchomymi oczyma dołączyły do innych – trupów pancerników i mrówkojadów, których na tym poboczu widzieliśmy już wyjątkowo wiele…

Wkrótce dotarliśmy do Aquidany. W mieście kupiliśmy sobie termos do zimnej wody, jakich używają tutejsi kierowcy. Dostęp do chłodniejszej wody w trakcie jazdy był dla nas dużą ulgą. Droga do najłatwiejszych nie należała. Pobocze było raczej kiepskie a na jednym ze stromych zjazdów nieźle nami „zatrzęsło”. Pędząc w dół trafiliśmy na wystające progi, które miały odprowadzać wodę z jezdni. Mając niesprawne hamulce, wjechaliśmy na nie z całym impetem naszym ważącym ponad 200 kg tandemem! Szczęśliwie jednak wyszliśmy cało z opresji i my i rower. Zgubiliśmy tylko olej do smarowania łańcucha i podskoczyło nam ciśnienie 🙂 Niestety nie zanosiło się na to byśmy mogli gdzieś tu kupić klocki do hamulca tarczowego. W sklepikach rowerowych, gdy Przemek pokazywał stary, zużyty klocek z naszego hamulca by wyjaśnić czego potrzebujemy, sprzedawcy nawet nie wiedzieli do czego to służy… Tymczasem rower – nasz wierny towarzysz coraz dotkliwiej odczuwał trudy tak długiej wędrówki i coraz więcej nosił na sobie blizn. Po południu pojawił się problem z pedałem Przemka, który zaczął się obluzowywać. Próby dokręcenia go nie dały rezultatu, gdyż gwint w korbie do niczego się już nie nadawał. Pedał był bowiem założony z niewłaściwej strony, co było naszą częstą praktyką przy tandemie, pozwalającą rozwiązać problem korzystania ze standardowej korby (nie tandemowej, w której gwinty są odwrotne). Przyklejenie pedała również nie przyniosło efektu. Wypatrzyliśmy więc miejsce na obozowisko, mając nadzieję, że przez noc klej lepiej zwiąże i jakoś damy rade dojechać do kolejnej miejscowości. Niestety zawiedliśmy się. Jednak miasteczko było już blisko i kiedy wreszcie do niego dotarliśmy, zaraz przy samym wjeździe natknęliśmy się na „bicikleterie”. Trzeba oczywiście było kupić całą korbę oraz nowy komplet pedałów, gdyż stary był już tak zabrudzony klejem, że nie sposób było go wyczyścić. Do kompletu dorzuciliśmy nową oponę, gdyż aktualnie używana w każdej chwili mogła się rozpaść. Kosztowało nas to w sumie ponad 200 zł. Przemek zajął się naprawą roweru a sprzedawcy mu asystowali, podsuwając niezbędne narzędzia i wkrótce mogliśmy ruszyć dalej. Droga wiodła teraz w kierunku Campo Grande. W trakcie jazdy, mijający nas autem sympatyczni Brazylijczycy, wręczyli nam dwa lunch-box’y – gotowy obiadek wprost do ręki sprawił nam nie małą frajdę. 

Zbliżaliśmy się do Campo Grande. Na rozległej, otwartej przestrzeni, która rozciągała się przed nami, zobaczyliśmy duże miasto, pełne zabudowań, wieżowców i ulic. Obydwoje natychmiast poczuliśmy wewnętrzną niechęć. Mieliśmy świadomość, że przejazd przez tak duże miasto zajmie nam z pewnością cały dzień i nieźle nas wymęczy. Stanie w korkach, na światłach, rondach, szukanie drogi wyjazdowej i uważanie na złodziei – wszystko to spowodowało, że podjęliśmy natychmiastową decyzję o nie wjeżdżaniu do miasta lecz ominięciu go obwodnicą, na której właśnie się znajdowaliśmy. W międzyczasie zatrzymał się mijający nas samochód z TV Campo Grande. Wysiadł z niego korpulentny jegomość i młoda, ładna dziewczyna, którzy mieli zamiar przeprowadzić z nami wywiad. Jednakże bardzo szybko ostudziliśmy ich zapał, gdyż po portugalsku nie potrafiliśmy się nawet przedstawić… Mimo tego, nie obeszło się bez pozowania do zdjęć a dziewczyna, która mówiła trochę po angielsku spisała wszystkie fakty dotyczące naszej podróży w notatniku. W taki oto sposób udzieliliśmy drugiego wywiadu w trakcie naszej wyprawy 🙂

Dalej kierowaliśmy się w stronę miejscowości Parnaiba. Coraz częściej nasze myśli krążyły wokół powrotu do kraju. Trudno było nam sobie wyobrazić jak wrócimy teraz do życia w cywilizowanym świecie. Czy po tylu miesiącach włóczęgi, mieszkania w namiocie, codziennego obcowania z przyrodą i swobodnego przemierzania wielkich przestrzeni, będziemy jeszcze potrafili być szczęśliwi w mieście? Mieliśmy wiele obaw i wątpliwości ale byliśmy świadomi, że czas naszej wielkiej przygody powoli dobiegał końca i niestety nie mogliśmy zrobić nic by ten koniec odsunąć. Pantanal był ostatnim punktem na naszej liście miejsc do odwiedzenia i teraz pozostawało już tylko pedałowanie w stronę Salvadoru, choć i tak wiedzieliśmy, że będziemy musieli jeszcze skorzystać z jakiegoś środka transportu by dotrzeć tam na czas. Cieszyliśmy się jeszcze wolnością, błękitnym niebem, zielonymi lasami, bezkresną przestrzenią wokół nas i towarzystwem hałaśliwych papug lecz obydwoje nosiliśmy w sobie świadomość, że były to już ostatnie tygodnie naszego życia w drodze. 

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Aqua Clara, gdzie Przemek wymienił dętkę a ja zrobiłam zakupy na dalszą drogę. Potem pedałowaliśmy dalej w kierunku Parnaiby drogą drugorzędną, na której ruch znacznie się zmniejszył a okolica była bardzo przyjemna – pełna drzew i zieleni. Spokojny, cichy wieczór dobiegał końca. W trawie cykały świerszcze a słońce zbliżało się szybko do linii horyzontu. W jego purpurowym blasku na jezdni i czerwonej ziemi, kładły się nasze długie cienie. Bez trudu znaleźliśmy miejsce na nocleg za kępami wysokich traw. Cisza wieczoru i głosy przyrody przypominały nam, że takie chwile ceniliśmy najbardziej. Nie było tu wprawdzie sklepu z bułkami i dostępu do prysznica – woleliśmy jednak umyć się wodą z butelki i zjeść czerstwe pieczywo z sakwy w zamian za wyjątkowy przywilej spania z dala od cywilizacji.

Do Parnaiby dotarliśmy po dwóch dniach a w drodze na naszym liczniku wybiła jubileuszowa liczba 25 tysięcy przejechanych rowerem kilometrów 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.