W Pantanalu – kajmany, kapibary i moskity :) 13 – 21.08.2012

Ciężkie, duszne i gorące powietrze, przepełnione sennym brzęczeniem owadów zdawało się zastygnąć w bezruchu. Bezlitosne słońce, które od wielu dni niepodzielnie władało lazurowym niebem powoli wędrowało jednak w stronę horyzontu. Nadszedł wreszcie niecierpliwie wyczekiwany moment, kiedy temperatura powolutku zaczęła opadać. Wprost nad naszymi głowami przeleciał tukan, miękko trzepocząc skrzydłami i usiadł na pobliskim drzewie. Słońce podświetlało jego okazały dziób, który przybrał płomienną czerwono-pomarańczową barwę i wyglądał niemal jak latarnia na tle nieba. Ptak zabrał się za wyjadanie owoców, przechylając głowę to w prawo, to w lewo i zręcznie posługując się swoim wielkim dziobem.

Stałam z rowerem na opustoszałej jezdni z niemiłosiernie rozgrzanym asfaltem a Przemek skrupulatnie racjonował wodę do picia z plastikowej butelki. Nie mieliśmy jej w nadmiarze… Przy wyjeździe z miejscowości Bodoquena napełniliśmy wszystkie zbiorniki na stacji benzynowej, znajdującej się na rogatkach miasteczka. Dalej ciągnął się długi zjazd. Zdecydowaliśmy się jechać, mimo problemów z klockami hamulcowymi ale rower zaraz się rozpędził a asfalt wkrótce stał się dziurawy i wyboisty. Przy prędkości ponad 60 km/h trudno było utrzymać kontrolę nad tandemem na takiej nawierzchni. Zaraz na początku zgubiliśmy pierwszą butelkę z wodą, później drugą a baniak spadł z przyczepki i ciągnął się za nami przypięty taśmą. Byliśmy już niemal na dole kiedy Przemkowi udało się wreszcie powstrzymać nasz pędzący rower sandałem Keen’a lub raczej tym, co z niego zostało… (zaczynał się rozpadać, zastępując hamulec w każdej awaryjnej sytuacji). Niestety zbiornik był już przedziurawiony i musieliśmy go wyrzucić, udało nam się jednak odzyskać jedną butelkę, która została na drodze kilkaset metrów dalej. Woda z butelki była nagrzana, przez co wydawała się niesmaczna ale dzięki temu, piliśmy tylko tyle, żeby zaspokoić pragnienie.

Następnego dnia minęliśmy Mirandę – ostatnie miasteczko na trasie, gdzie można było zrobić większe zakupy żywnościowe.  Im bardziej zbliżaliśmy się do Pantanalu, tym bardziej zauważaliśmy, że wkraczamy do świata przyrody i krainy pełnej zwierząt. O tej porze roku obszar obejmujący około 200 tys. km² powierzchni mokradeł i bagien był całkowicie pozbawiony opadów i panowała w nim pora sucha. Wielkie rozlewiska skurczyły się do niedużych sadzawek i bajorek, które stanowiły teraz jedyne źródła wody dla żyjących w tym rejonie zwierząt. Lasy pełne były ptaków a przy drodze napotkaliśmy strusie nandu, mrówkojada, jelenie i przede wszystkim kapibary, kąpiące się w jeziorkach na trawiastych równinach. Gorące powietrze dawało się jednak mocno we znaki i działaliśmy trochę jakby na zwolnionych obrotach. Kiedy tylko znaleźliśmy zacienione miejsce i mogliśmy zrobić sobie postój na posiłek zaraz zaczynały nas kąsać komary albo gzy. Najliczniejszą jednak grupą zwierząt w Pantanalu o tej porze roku wydawały się być kajmany. Z początku nie byliśmy świadomi ich obecności ale następnego wieczora po wyjeździe z Mirandy mieliśmy bliskie spotkanie z jednym z nich, które szybko uświadomiło nam jak licznym są tutaj gatunkiem! Jadąc przez trawiaste obszary wypatrzyliśmy przy drodze wjazd na fazende i postanowiliśmy w tym miejscu zatrzymać się na nocleg. Było tu poletko miękkiej trawy a wysokie kępy roślin doskonale osłaniały nas od drogi. W oddali mieliśmy natomiast bajorko z wodą. Szybko rozłożyliśmy obozowisko a ponieważ słońce nie zdążyło jeszcze się schować za drzewami, korzystając z dostępności wody, postanowiliśmy się umyć, zanim nadejdzie pora komarów. Wzięłam więc butelkę i ruszyłam do sadzawki po wodę. Przemek ostrzegł mnie z przekąsem żebym uważała na krokodyle. Prawde mówiąc wzbudziło to tylko dobroduszny uśmiech na mojej twarzy. Brzegi jeziorka były błotniste, co utrudniało nabranie wody. Wprawdzie zaraz w pobliżu brzegu z wody wystawał kamień ale znając swoje kiepskie poczucie równowagi wolałam na niego nie wskakiwać, żeby nie wylądować zamiast tego w błocie. Nabrałam więc wody, tam gdzie udało mi się sięgnąć i wróciłam do obozowiska na „prysznic”. Przemek wziął drugą butelkę i ruszył moim śladem, wkrótce jednak wrócił i kategorycznie zażądał, żebym z nim poszła nad stawek, bo nie uwierzę. Wróciłam więc nad brzeg a Przemek pokazał mi kajmana we wodzie kilka metrów od brzegu. Trochę powątpiewałam, że to łeb bestii ale gdy Przemek rzucił kamykiem w jego stronę, nie było już żadnych wątpliwości. Gad natychmiast zanurzył się w wodzie i wydać było przez chwilę jego ogon i tylne łapy. A co zabawniejsze – okazało się, że ten „kamień” przy brzegu, na który nie chciałam wskoczyć też gdzieś zginął… 

W trakcie dalszej jazdy przez Pantanal okazało się, że kajmany są wszędzie. Zamieszkiwały każde, nawet najmniejsze jeziorko oraz rzekę. Wysychające mokradła stłoczyły je w niewielkich zbiornikach wodnych, gdzie zwierzęta cierpliwie czekały na nadejście pory deszczowej.

Po wieczornej toalecie zabraliśmy się zaraz za przyrządzanie kolacji, jednak nasze zapędy zostały szybko ostudzone przez komary. Ich liczebność w Pantanalu przekraczała ilość kajmanów, kapibar i wszystkich innych zwierząt razem wziętych! Nie radziły sobie z nimi kadzidła ani krem na komary – insekty kąsały przez ubranie, wchodziły we włosy i oczy. Jedynym skutecznym rozwiązaniem byłby spray, który nadawałby się do użytku również na odzież i włosy. Niestety tego nam zabrakło. Trzeba było wyłączyć palnik i ratować się ucieczką do namiotu. Wewnątrz najpierw musieliśmy wykończyć wszystkie komary, którym udało się wtargnąć do środka, przez tę chwilę, kiedy siatka była otwarta.Kiedy już się z tym uporaliśmy z przerażeniem patrzyliśmy na całe chmary tych krwiopijców, które unosiły się w przedsionku namiotu i słuchaliśmy ich wściekłego brzęczenia.Siatka namiotu pokryta była dziesiątkami komarów, próbujących za wszelką cenę wedrzeć się do środka i wypić z nas krew! Byliśmy przekonani, że o kolacji możemy zapomnieć i będziemy musieli iść spać głodni, jako że niemożliwe było otwarcie włazu nawet na moment, choćby po to by sięgnąć po stojącą w przedsionku namiotu sakwę i wyjąć z niej paczkę ciastek. Okazało się jednak, że mamy sprzymierzeńców… W pewnym momencie zauważyliśmy, że nagle ilość brzęczących komarów zmniejszyła się o połowę. Trochę nas to zdziwiło, gdyż na dworze wciąż było bardzo ciepło i niemożliwe, żeby komarzyska chowały się po kątach przed zimnem. Wkrótce jednak sprawa się wyjaśniła – w pobliżu namiotu usłyszeliśmy charakterystyczne piski i wszystko było jasne. Na łów wyleciały ze swych kryjówek nietoperze! Zaczęły krążyć i pikować na wszystkie strony tuż przy otwartym głównym włazie a nawet w przedsionku namiotu i wyłapywać insekty, które jeszcze nie uciekły. Natychmiast ruszyliśmy im z pomocą – uderzaliśmy w ścianki namiotu i siatkę przy wejściu do sypialni, żeby komary nie mogły siadać na ścianach tylko musiały wzbijać się w powietrze i żeby nietoperze mogły jeść, jeść i jeść… Po pewnym czasie powietrze oczyściło się na tyle, że można było się ubrać w kurtkę przeciwdeszczową i wyjść na zewnątrz by dokończyć gotowanie. A gdy już wróciliśmy do namiotu i siedzieliśmy bezpiecznie za siatką pałaszując kolację, zrobiło się całkiem ciemno i przyszła pora na spektakl w wykonaniu innych mieszkańców tej polanki. Niespodziewanie wszędzie wokół zaczęły nagle migotać małe, tańczące w powietrzu światełka, jakbyśmy znaleźli się w jakiejś zaczarowanej krainie. To była pora świetlików.

Zanim dotarliśmy do drogi biegnącej przez Pantanal, tak zwanej Estrada Parque, przekraczaliśmy rzeczkę Rodrigues, gdzie znów mieliśmy okazję do bardzo bliskiego spotkania z kajmanami, które wywarło na nas niezatarte wrażenie. Zwierzęta wylegiwały się w słońcu nad brzegiem, nie wykazując nami najmniejszego zainteresowania. Były ospałe i rozleniwione, co pozwalało podejść do nich na odległość dosłownie metra (!) przyglądać się i fotografować do woli i choć widywaliśmy już krokodyle w Azji oraz w Afryce, nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji aż tak bliskiego kontaktu z tymi stworzeniami w naturalnym środowisku.

 

Estrada Parque była piaszczysta, porośnięta z obu stron wysokimi krzakami, które zatrzymywały wszelki ruch powietrza i potęgowały jeszcze uczucie gorąca. Nad drogą unosił się kurz, który wysuszał usta i gardło. Po przejechaniu ośmiu kilometrów dotarliśmy do mostu na rzece Miranda, przy którym znajdował się kemping dla rybaków. Ku naszej radości właściciel zaoferował nam postawienie namiotu gratis 🙂 Zamierzaliśmy teraz przeznaczyć kilka dni na odpoczynek, zresztą przy takich temperaturach trudno było cokolwiek innego robić. Zaczęliśmy od napicia się zimnego piwa… Do leniuchowania nie musieliśmy się zmuszać. Na zwolnionych obrotach, spowodowanych upałem funkcjonowali wszyscy wokół – wędkarze albo siedzieli z wędkami albo w kuchni pod dachem, wypijając niezliczone ilości piw. Miejscowi z niewielkiej sąsiedniej wioseczki siedzieli w cieniu nad rzeką lub „dyndali” w hamakach koło domów. Nawet dzieci były mniej ożywione, nie biegały, nie skakały lecz siedziały w cieniu drzew mango i rozmawiały. Życie płynęło bardzo powoli, nikt się nie spieszył a czas zdawał się biec wolniej. Oczywiście korciło nas mimo wszystko by trochę rozejrzeć się po okolicy ale nie bardzo się to udało. Ścieżki piesze, na które się natknęliśmy, zwykle po krótkim czasie kończyły się w gąszczu, z którego nie można było wybrnąć inaczej, jak tylko wrócić tą samą drogą. Wyprawa rowerem w głąb drogi prowadzącej przez park, niestety mijała się z celem, gdyż po obu jej stronach wciąż ciągnęły się prywatne tereny, ogrodzone płotem, więc po kilkunastu kilometrach zawróciliśmy i zrezygnowaliśmy z planu jazdy do Corumby przez park. Pojechaliśmy też do pousady „Passo do Lontra”, usytuowanej w lesie oraz do centrum dla turystów zwiedzających Pantanal ale i tutaj nie było żadnych dłuższych pieszych szlaków przez las. Turystyka w Pantanalu, podobnie jak i w Bonito definitywnie nastawiona jest na zamożnego turystę, którego trzeba zawieźć, nakarmić i zapewnić mu noclegi a za to wszystko oczywiście skasować górę pieniędzy. Jakąkolwiek samodzielną eksplorację terenu parku dość skutecznie się utrudnia… Zdecydowaliśmy się więc zapłacić za krótką objazdową wycieczkę po parku tak zwane „jeep safari”, która okazała się totalnym niewypałem. Przewieziono nas samochodem główną drogą parkową do następnej turystycznej fazendy, oddalonej ok. 20 km od wspomnianej Passo do Lontra ale żeby wejść na tamtejsze ścieżki trzeba było jeszcze słono zapłacić – nie mieliśmy ze sobą nawet takiej kwoty 🙁 Mimo wszystko kilkudniowy pobyt w Pantanalu pozwolił nam na odpoczynek i liczne spotkania ze zwierzętami, które miały miejsce podczas naszych dzikich noclegów i krótkich spacerów wokół rzeki. Napatrzyliśmy się na kapibary, małpy, mnóstwo kolorowych ptaków, widzieliśmy też sporą anakondę, którą pokazali nam miejscowi nad rzeką a ja doświadczyłam bardzo bliskiego spotkania z ogromnym ptakiem żabiru, który kompletnie zaskoczył mnie swoimi rozmiarami –  był tylko niewiele niższy ode mnie!!! Ptaki te osiągają 140 cm wysokości a rozpiętość ich skrzydeł wynosi nawet 260 cm! Kiedy jednak wspominamy pobyt w Pantanalu to miejsce zawsze najbardziej kojarzy nam się z niezliczoną ilością kajmanów 🙂

Pantanal, Brazylia, Podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem
Pantanal, Brazylia, Podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem
Pantanal, Brazylia, Podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.