Z Conception do J. P. Caballero – zdjęcia, wywiady i przymusowa zmiana planów 30.07 – 6.08.2012

Kilkudniowy odpoczynek nas rozleniwił i Park Cerro Cora opuszczaliśmy dopiero w południe. Drogą, którą tu przybyliśmy trzeba było wrócić do skrzyżowania w Yby-Yau i ruszyć w przeciwną stronę w kierunku miasta Conception. Po obu stronach jezdni wciąż pojawiały się kolejne domy. Drewniane i niezbyt duże ale z wielkimi werandami, schowanymi pod dachami, dzięki temu Paragwajczycy większość czynności mogą wykonywać na zewnątrz niemal przez cały rok. Jeśli chodzi o nas to największy atut ciepłego klimatu. Ponadto wciąż trudno nam było przyjąć do wiadomości, że jest zima… Przypominała o tym jedynie niewielka ilość kwiatów, na pewno nie pogoda, zieleń traw i drzew oraz przepyszne owocujące cytrusy – pomelo i pomarańcze. Doprawdy w głowie nam się nie mieściło jak niektórzy ludzie wytrzymywali mając na sobie kurtki, podczas gdy my jechaliśmy w koszulkach i krótkich spodenkach! To tylko dawało pojęcie jak zabójcze upały muszą być tutaj latem. Gdy dotarliśmy do ruchliwego miasta nie bardzo wiedzieliśmy gdzie się ruszyć. Brakowało nam teraz punktów informacji turystycznej, do których przyzwyczailiśmy się w Argentynie, gdzie bez problemu można było dostać darmową, kolorową mapkę z planem miasta i wykaz ciekawych miejsc do zobaczenia w okolicy. Ruszylismy więc w stronę rzeki Paraguay. Pokręciliśmy się trochę po uliczkach i w pobliżu portu trafiliśmy na hospedaje, gdzie postanowiliśmy się zatrzymać. Cena była przystępna ( 50 tys guarani czyli ok. 40 zł za pokój). Prysznic, czyste ubrania i posiłek sprawiły, że poczuliśmy się jak „nowo narodzenia” i zaraz byliśmy gotowi do wyjścia na miasto. Szybko jednak okazało się, że nasz plan związany z dalszą trasą niestety nie wypali 🙁 Niedaleko naszej kwatery bez problemu znaleźliśmy biuro, gdzie sprzedawano bilety na łodzie. Mieliśmy w planie zapakowanie się z rowerem na łódź i rejs rzeką Paraguay, aż do miejscowości Porto Murtinho w Brazylii. Rzeka na tym odcinku płynie przez bardziej dzikie zakątki i mieliśmy nadzieję, że będzie to fajny sposób na zobaczenie Paragwaju z nieco innej perspektywy niż rower. Jednakże okazało się, ze pierwsza łódź w tym kierunku odpływa dopiero za tydzień… No cóż – tak czasem bywa, jest to niestety ryzyko wliczone w koszt podróży na”własną rękę”. Nie byliśmy zainteresowani spędzaniem tygodnia w mieście, nie pozostawało nam więc nic innego jak powrót w stronę granicy i przekroczenie jej w Juan Pedro Caballero.

Yby Abu, Paragwaj, Paragwaj rowerem, podróżowanie po Paragwaju, wyprawa rowerowa w Paragwaju, Ameryka Płudniowa
Yby Abu, Paragwaj, Paragwaj rowerem, podróżowanie po Paragwaju, wyprawa rowerowa w Paragwaju, Ameryka Płudniowa

 

Wieczór i kolejny dzień spędziliśmy w mieście. Odwiedziliśmy internet cafe i poszliśmy na lody. Przy temperaturze sięgającej niemal trzydziestu stopni, widok ludzi w grubych polarowych bluzach lub nawet kurteczkach wydawał nam się bardzo zabawny ale kiedy na ulicy zobaczyliśmy psa w ubranku, które miało go chronić przed zimnem, to po prostu oboje złapaliśmy przysłowiowego „karpia”! 

Mieliśmy zapędy, żeby wsiąść w autobus jadący do granicy, by nie pokonywać tej samej drogi po raz drugi a częściowo nawet po raz trzeci (odcinek od Yby – Yau do Cerro Cora) ale obawialiśmy się, że nasz rower będzie stanowił zbyt duże wyzwanie dla tutejszych środków transportu. I słusznie. Kiedy następnego dnia wcześnie rano zjawiliśmy się na tandemie na dworcu by spróbować szczęścia, kierowca, jak można było przewidzieć stwierdził, że rower do bagażnika się nie zmieści. Dowiedzieliśmy się, że następny autobus będzie jeszcze mniejszy, więc nie było szansy, żeby się nim zabrać w drogę powrotną. Można było jeszcze próbować zabrać się stopem ale w końcu mieliśmy rower i nie byliśmy aż tak zdesperowani – w gruncie rzeczy zawsze woleliśmy pedałować. Ruszyliśmy więc z powrotem tą samą drogą, którą tu przyjechaliśmy aby dotrzeć do granicy z Brazylią. W naszych planach była jeszcze wizyta w Pantanalu a skoro było już jasne, że nie dotrzemy tam łodzią pozostawało dostać się w ten rejon rowerem.

Yby Abu, Paragwaj, Paragwaj rowerem, podróżowanie po Paragwaju, wyprawa rowerowa w Paragwaju, Ameryka Płudniowa
Yby Abu, Paragwaj, Paragwaj rowerem, podróżowanie po Paragwaju, wyprawa rowerowa w Paragwaju, Ameryka Płudniowa

Po drodze przydarzyła nam się całkiem zabawna historia. Wkrótce po wyjeździe z miasta zaczepił nas pewien mężczyzna i jak większość ludzi tutaj, zaczął wypytywać o naszą podróż. Porozmawialiśmy z nim trochę ale oczywiście niewiele rozumieliśmy. Język hiszpański używany w Paragwaju jest dość specyficzny i stanowi swoistą mieszankę z językiem guarani, co dla osób takich jak my, było ogromnym wyzwaniem. Mężczyzna mówił coś o tym, że pracuje dla radia a następnie opowiadał komuś o nas przez telefon. Wreszcie byliśmy już trochę zniecierpliwieni tą przedłużającą się rozmową i aby jej nie przeciągać zajęliśmy się rowerem, szykując się do dalszej jazdy. Nie za bardzo wsłuchiwaliśmy się w to co mężczyzna do nas mówił, tylko grzecznościowo odpowiadaliśmy wciąż „si”, „si”, „si”. No i przytaknęliśmy o jedno „si” za dużo 🙂  w skutek czego nasz rozmówca się ucieszył i dalejże z nami wywiad dla radia na żywo przeprowadzać! Postawieni znienacka „pod ścianą”, pozdrowiliśmy ładnie słuchaczy „hola” i powiedzieliśmy jeszcze może ze dwa zdania, które udało nam się sklecić. W ten oto sposób pierwszy raz w życiu udzieliliśmy wywiadu po hiszpańsku 🙂 

Żeby było zabawniej, dodam, że zanim dotarliśmy do granicy zatrzymał nas jeszcze fotoreporter, który ni stąd ni zowoąd pojawił się na drodze i wysiadł z auta, z porządnym aparatem. Okazało się, że pracuje dla kolorowego pisma, które w dodatku nazywało się VIP.  A to dobre – przecież z nas takie vip-y jak z koziej d… trąba, no ale cóż… znów trzeba było o podróży opowiadać i do zdjęć pozować 🙂

Kiedy tylko dotarliśmy do J.P. Caballero, profilaktycznie od razu skierowaliśmy się do odprawy granicznej, żeby załatwić wszystkie formalności przed siestą. Granicę tutaj ponoć przekracza się bardzo łatwo – faktycznie, może nawet zbyt łatwo, bo przez to wszystko jeszcze łatwiej się pogubić… W przeciwieństwie do nas lokalni nie potrzebują pieczątek w paszportach ale przez to znalezienie budynku „migracji” bez mapy i adresu to nie była taka prosta sprawa. Miasteczka J.P. Caballero po stronie paragwajskiej i Punta Pora w Brazylii praktycznie łączą się w jedno i błądząc w poszukiwaniu odprawy nie wiedzieliśmy w jakim kraju jesteśmy – czy jeszcze w Paragwaju, czy już w Brazylii 🙂 W końcu trafiamy na duży market „China Shopping” i postanawiam wejść do środka by sprawdzić w jakiej walucie się tu handluje i ewentualnie wydać resztę guarani ale  żeby było jeszcze zabawniej ceny podane były w USD! Kompletna kołomyja. W końcu jednak się udało i jacyś życzliwi przechodnie pokierowali nas we właściwe miejsce! Dostajemy pieczątki i żegnamy się z Paragwajem, który zapamiętamy przede wszystkim jako kraj szczerych i otwartych ludzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.