Hernandarias i tama Itaipu – pożegnanie z Argentyną i pierwsze dni w Paragwaju 17-18.07.2012

Po ponad sześciu miesiącach spędzonych w Argentynie, z krótkimi tylko przerwami na wypady do Chile, przyszedł dzień, w którym byliśmy gotowi na opuszczenie tego kraju. To był dzień pełen wyzwań i zmieniających się uczuć od zaciekawienia i dreszczyku ekscytacji, poprzez zadowolenie, ulgę i nostalgię…

Dzień zaczęliśmy od śniadania w hostalu, które jak wspomniałam wliczone było w cenę noclegu. Jednak nauczeni wcześniejszym doświadczeniem wiedzieliśmy, że argentyńskie sniadanie to dla nas co najwyżej przekąska 🙂 Tradycyjnie kawa lub herbata, trochę pieczywa z odrobiną masełka lub dżemu i nieduży rogalik – oto na co można liczyć, pytanie tylko który rowerzysta by się tym najadł? To prawdziwe dziwactwo Argentyńczyków, którzy na kolację o północy zjadają sztukę mięsa z ryżem lub warzywami i jeszcze rano mają pełen żołądek i oczywiście często zbędne kilogramy. Nocnemu obżarstwu mówimy zdecydowane „nie” ale za to poranne w naszym przypadku było jak najbardziej wskazane:) Przybylismy więc do jadalni z reklamówką własnego prowiantu i na rozgrzewkę zjedliśmy to co serwuje hostal a dopiero potem dobraliśmy się do własnych zapasów. Wzbudzilismy pewne zdziwienie dziewcząt, siedzących przy sąsiednim stoliku, dla których nawet rogalik był zbyt dużym wyzwaniem!

Trzy kraje w jeden dzień 🙂

I to w dodatku na rowerze! Tak właśnie wyglądają realia przekraczania granicy w Puerto Iguazu. Aby dotrzeć do paragwajskiego Ciudad del Este, trzeba najpierw przejechać brazylijskie miasteczko Foz do Iguaçu. Sprawnie załatwiliśmy wszystkie formalności na granicy a potem po prostu pojechaliśmy dalej i Argentyna pozostała za nami. Zbliżając się do granicy czekaliśmy na ten moment. Czuliśmy powracające podekscytowanie przed nieznanym, którego nam już trochę brakowało ale teraz kiedy wreszcie nadszedł nagle poczuliśmy się dziwnie, zupełnie jakbyśmy zostawili za tą linią graniczną coś cennego, co do nas należało. Wraz z Argentyną zostały za nami tysiące przepedałowanych kilometrów, Ruta 40, upalne dni w Cuyo i zimne w Patagonii. Tygodnie spędzone na pustkowiach, stada strusi i guanaco, przemierzające wietrzną pampę i Wodospady Iguazu i wszyscy ludzie spotkani w drodze… Argentyna nie była krajem, który uważalibyśmy za wyjątkowo piękny a jednak w tej jednej chwili oboje wiedzieliśmy doskonale, że właśnie ten kraj i wszystko czego tutaj doświadczyliśmy zajmuje szczególne miejsce w naszych sercach. Jechaliśmy jednak na przód nie oglądając się za siebie. Przed nami był jeszcze spory kawałek drogi – nowe miejsca i ludzie, których jeszcze spotkamy. Ciekawość świata gnała nas przez ulice Foz do Iguaçu naszym załadowanym tandemem w kierunku kolejnej granicy a Argentyna wraz z niezwykłymi sześcioma miesiącami naszego życia pozostała w tyle, coraz dalej i dalej…

W Brazylii poczuliśmy się niemal jak w Europie. Foz do Iguaçu to spore miasto, pełne różnorakich sklepów, restauracyjek i przede wszystkim budek z jedzeniem na wynos, których w Argentynie nam brakowało. Jednak zmiana języka na portugalski utrudniała życie, znowu mielismy problem, ze zrozumieniem wielu napisów informacyjnych przy drodze i nazw sklepów. Przejechalismy przez miasto bez postojów i w końcu dotarliśmy do kolejnej granicy na moście Przyjaźni, na rzece Parana. A tam czekał nas prawdziwy Sajgon! Dziesiątki samochodów przesuwały się w żółwim tempie w gigantycznej kolejce na przejazd przez most. To obywatele Argentyny i Brazylii zmierzali do przygranicznej strefy handlowej w Ciudad del Este na tanie zakupy! Bez skrupułów  wykorzystaliśmy przewagę roweru nad autem i przemknęliśmy w sznurze oczekujacych samochodów poza kolejnością, gdyż w przeciwnym razie musielibyśmy tam spędzić jeszcze wiele godzin. Rower przez most trzeba było przeprowadzić. Przyjmujemy strategię – Przemek prowadzi, ja ochraniam tyły. Wokół było mrowie ludzi i kręciły się wszędzie jakieś podejrzane „indywidua”, choć z pewnością o nas też można by tak powiedzieć 🙂 Przed mostem dostalismy pieczątki wyjazdowe z Brazylii a za mostem wjazdowe do Paragwaju. Trzeba tego dobrze przypilnować, ponieważ zdarzały się sytuację, że w Paragwaju stempla nie przystawiono a potem próbowano od skołowanych turystów wyciągnąć pieniądze za niedopełnienie formalności. Na szczęście zakupowicze z krajów ościennych nie muszą załatwiać żadnych formalności wjazdowych bo aż strach pomyśleć, co by się działo gdyby wszyscy ci ludzie ustawili się w kolejce! A tak wszystko przebiegło sprawnie i przy okienku byliśmy tylko my, jako, że Paragwaj nie jest zbyt popularną destynacją turystyczną.

Wreszcie mogliśmy ruszyc dalej. Pozostaje jeszce pokonanie strefy handlowej, która była jak jeden wielki gigantyczny bazar, gdzie Paragwajczycy sprzedają a przybysze z Brazylii i Argentyny kupują, kupują i kupują…

W końcu udało nam się dotrzeć do miasta. Nie mieliśmy jednak mapy ani planu dalszej trasy. Postanowilismy pojechać w okolice dworca i tam się „pokręcić” by znaleźć nocleg, jako, że jakieś tanie hostale zwykle znajdują się w takim miejscu. Ostatecznie wylądowaliśmy w przydworcowym przybytku za 50 tys guarani czyli ok. 10 euro. Wybraliśmy się jeszcze na wstępny rekonesans miasteczka. Ledwo przeszliśmy kawałek a tu już rynek 🙂 Tego najbardziej nam brakowało w cywilizowanej Argentynie! Wszyscy wokoło handlowali czym się dało a klimat zupełnie jak w krajach azjatyckich. Targowisko jak labirynt, z wąskimi uliczkami i tanimi jatkami na zewnątrz, dziurawe chodniki lub ich brak i nadszarpnięte zębem czasu budynki. Poczuliśmy się swojsko i prawdę mówiąc chyba mamy pewien sentyment do takich klimatów w podróży. Oprócz pełnej reklamówki owoców i warzyw, zakupiliśmy też mapę, jedyną jaką udało nam się znaleźć. Przyjrzeliśmy się jej trochę zdziwieni. Nie było jednak wątpliwości – to nie był rozkład ulic we wsi „Wąchocko” jak nam się z początku wydawało lecz mapa drogowa państwa Paragwaj 🙂 Widniało na niej ledwo kilka asfaltowych dróg i niewiele dróg nieasfaltowych. To poważnie ograniczało nam pole manewru ale mniej więcej wyznaczyliśmy sobie wstępną trasę.

Następnego dnia dotarliśmy do miejscowoci Hernandarias oraz do masywnej tamy Itaipu, która do niedawna była największą zaporą wodną na świecie. Wszędzie stanowiliśmy nie lada atrakcję i opowiadalismy ludziom naszą „łamana hiszpańszczyzną” o tym skąd jesteśmy i jaką to już trasę przejechaliśmy rowerem oraz pokazywać zainteresowanym licznik rowerowy z wynikiem ponad 22 tys. przejechanych kilometrów. Niestety język hiszpański używany przez Paragwajczyków to dla nas duże wyzwanie, często zbyt duże 🙁 

W Visitor Center powiedziano nam, że możemy wziąć udział w darmowej wycieczce objazdowej po tamie, z czego skorzystaliśmy, żeby przyjrzeć się jej z bliska. Tama Itaipu leży na granicy brazylijsko-paragwajskiej na rzece Parana. Obydwa państwa brały udział w tym przedsięwzięciu i obecnie elektrownia wodna pokrywa ponad 90% paragwajskiego zapotrzebowania na prąd oraz około 20 % zapotrzebowania Brazylii. Niestety budowa tamy przyczyniła się do bezpowrotnej utraty największego wodospadu na świecie Saltos del Guairá! Jeszcze trzydzieści kilka lat temu można było podziwiać ten podobno przepiękny wodospad, gdzie spiętrzały się ogromne masy wody. Kilkakrotnie większe niż w przypadku wodospadu Iguazu! Został on zalany przez zbiornik powstały przy budowie tamy, która zajmuje powierzchnię prawie 8 km szerokości i ponad 200 metrów wysokości. Jak na ironię Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Cywilnych uznało zaporę Itaipu jako jeden z „Siedmiu Cudów Współczesnego Świata”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.