Puerto Iguazu, Wodospad Iguazu, Brazylia, Brazylia rowerem, rowerem po Brazylii, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

Puerto Iguazu – wielkie starcie „my kontra dętka” 9-16.07.2012

Droga do Iguazu wystawiła naszą cierpliwość na wielką próbę. Trudności, z którymi musieliśmy sobie radzić w ciągu wielu miesięcy podróży, wykształciły w nas mocno opanowaną postawę i kreatywne podejście do wszelakich problemów. Mówiąc wprost nie przejmowaliśmy się zbyt wieloma sprawami jednak niewiele rzeczy może być tak deprymujących dla rowerzysty jak powtarzające się awarie roweru! I właśnie z tym, nie pierwszy raz niestety, przyszło nam się zmierzyć.

Problemy zaczęły się wkrótce po opuszczeniu Obery. Mimo chłodnej i pochmurnej pogody wyjechaliśmy wcześnie ale w drodze zatrzymała nas awaria koła. Jechaliśmy w pagórkowatym terenie i tuż przed wjazdem do miasteczka Dos de Mayo pękła kolejna szprycha. Do miasteczka wiódł stromy podjazd więc pchaliśmy rower pod górę, żeby oszczędzić pozostałe szprychy ale na niewiele się to zdało. Braki były już zbyt duże i skutkiem tego koło nieźle zwichrowane zaczęło ocierać o ramę. Dotarliśmy pod opustoszały market na skraju miasteczka, który zamknięty był z powodu obchodzonego tu święta 9 lipca. Usiedliśmy na pustej ławeczce i nie pozostawało już nic innego jak tylko zabrać się za wymianę szprych i centrowanie koła by doprowadzić nasz rower do stanu używalności. 

W dzień świąteczny, w podziurawionych ubraniach, zrzuciliśmy cały nasz brudny załadunek z roweru i na chodniku przed sklepem Przemek ze stoickim spokojem zabrał się za nie wiadomo już którą w trakcie tej długiej podróży naprawę. A trzeba dodać, że nie było to łatwe zadanie, gdyż szprychy jakie jeszcze znalazły się w zakamarkach przyczepki były oczywiście w różnych rozmiarach i trzeba było tworzyć różne kombinacje, żeby je jakoś dopasować. Spędziliśmy mnóstwo czasu przy markecie Austral ale w końcu Przemkowi udało się „postawić rower na nogi”. Mieliśmy nadzieję, że dotrzemy do Iguzau bez kolejnych napraw ale czas miał pokazać, ze bardzo się myliliśmy. 

Tymczasem następnego dnia, po mozolnej i nieco leniwej jeździe dotarliśmy do „storczykowego” miasteczka Monte Carlo. Zatrzymaliśmy się przy informacji turystycznej, żeby popatrzeć na mapę a tam zjawiła się zaraz, ni stąd ni zowąd, miła pani oferująca nam nocleg w pobliskich kabanas za przystępną cenę 40 pesos. Przemkowi się na to oczy zaświeciły i jechać dalej nie chciał, mimo, że z 40 pesos zrobiło się 60 a na liczniku mieliśmy zawrotny dystans niecałych 40 km! Jednak biorąc pod uwagę, że gorący prysznic mieliśmy okazję wziąć 9 dni temu (!) zostaliśmy w domku. Od ostatniego noclegu pod dachem minęły natomiast ponad dwa miesiące i może dlatego tak dziwnie nam się spało w łóżku i wierciliśmy się przez całą noc.

Kolejnego dnia wyjechaliśmy wcześnie i przemierzaliśmy pagórkowatą drogę wśród plantacji ostrokrzewu i tartaków. Wkrótce jednak tylne koło przypomniało nam o swoim istnieniu… Zaczęło z niego uchodzić powietrze i co kilka kilometrów wymagało dopompowania. Opona też wyglądała kiepsko. W takich okolicznościach jazda szła opornie i w końcu znów trzeba się było zabrać za naprawę.  A więc ponowne: rozpakowanie całego roweru, zdjęcie koła i załatanie dętki i zapakowanie wszystkiego z powrotem. Jednak udało nam się przejechać ledwie kilka kilometrów, kiedy z opony w kole znów zrobił się kompletny flak! Ponowny postój i ponowna reperacja. Okazało się, że łatki nie trzymają. Przemek nakleił nowe ale i te nie były dobrej jakości i powietrze nadal trochę schodziło. Byliśmy pewni, że jutro ten problem znów nas gdzieś zatrzyma 🙁 Niestety nasze obawy szybko się sprawdziły. Rano, po noclegu w lesie, w tylnym kole roweru powietrze znowu zeszło całkowicie! Cóż było robić… Ja zajęłam się śniadaniem a Przemek łataniem dętki po raz trzeci! Wyjechaliśmy nieco później niz planowaliśmy. Jednakże pogoda była nienajgorsza i mieliśmy nadzieję, że dziś bezwzględnie dotrzemy do Puerto Iguazu ale i tym razem się pomyliliśmy.

Wkrótce dotarliśmy do miasteczka Wanda, które znane jest w okolicy z kopalni minerałów. Dla nas było jednak ciekawe z innego względu – miejscowość Wanda została utworzona przez Polaków. Przy wjeździe do miasteczka przybyszów pozdrawia polski napis „witamy” a w odległości nie większej niż kilometr, znajduje się drewniany kościółek o nazwie Częstochowa, wybudowany przez polskich osadników w 1945 roku. Już wcześniej Argentyńczycy mówili nam, że w prowincji Missiones mieszka wielu Polaków i rzeczywiście dostrzegaliśmy swojsko brzmiące nazwiska na samochodach firm przewozowych czy linii autobusowych. Miasteczko Wanda i kościółek Częstochowa, to były jednak absolutnie niezaprzeczalne dowody polskiego osadnictwa w tym rejonie. 

.

Wanda, Puerto Iguazu, Wodospad Iguazu, Brazylia, Brazylia rowerem, rowerem po Brazylii, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii
Wanda, Puerto Iguazu, Brazylia, Brazylia rowerem, rowerem po Brazylii, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

Niestety my mieliśmy  problemy. Dętka znowu straciła powietrze i nie nadawała się do jazdy. Kolejny postój przy drodze i łatanie. Najlepszym rozwiązaniem byłby oczywiście wjazd do miasteczka i kupno nowej dętki ale na nasze nieszczęście właśnie rozpoczynała się siesta i na otwarcie sklepów musielibyśmy czekać aż do godziny 17.00. W końcu ruszamy dalej ale po przejechaniu kilku kilometrów problem powraca i jesteśmy dokładnie w tej samej sytuacji: dętka bez powietrza, jazda niemożliwa, łatanie po raz czwarty! Kiedy po przejechaniu ledwie kilometra sytuacja znów się powtórzyła, czułam, że jestem u kresu wytrzymałości. To był jakiś zupełny obłęd. Ileż razy można łatać tę samą dętkę?! Mieliśmy ostre spięcie w naszym duecie – ja postanawiam zatrzymać jakieś auto i zabrać się stopem do Iguazu by kupić tam w końcu nową dętkę i zakończyć tę farsę ale Przemek „z uporem maniaka” bierze się za piąte łatanie. Siedzimy przy drodze – on zakleja dziurę a ja czuje jak dosłownie zalewa mnie frustracja. Masakra. Jazda na tandemie wymaga współdziałania i choć wydaje nam się, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, bywały takie momenty, które nieźle targały naszymi emocjami! 

W między czasie Przemek wpadł na pomysł by zamienić dętki – tę felerną dać na przednie koło, żeby w razie kolejnej awarii uniknąć konieczności ciągłego rozpakowywania roweru i odpinania przyczepki – by zdjąć przednie koło wystarczy tylko zdjąć przednie sakwy. Ostatecznie tak właśnie zrobiliśmy i po piątym łataniu ruszamy dalej. Koło nie traci powietrza, więc oddalamy się od zjazdu na Wandę w stronę Iguazu. Ale licho nie śpi! Wkrótce wymieniona dętka w tylnym kole po prostu się przebiła!!! Nie do wiary! Postój, rozpakowanie roweru i łatanie po raz szósty… Głodni i wściekli dojechaliśmy do wioski Libertad, gdzie po zakupieniu żywności rozpytywaliśmy miejscowych o sklep rowerowy. Było już jasne, że tego dnia do Puerto Iguazu nie dojedziemy a trzeba było położyć wreszcie kres temu szaleństwu! Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w wiosce są polscy księża. Trochę już zdesperowani, przechodząc przy kościele, zapukaliśmy więc do drzwi plebani i do księdza, który się pojawił, przemówiliśmy po polsku „dzień dobry” wprowadzając go w spore zadziwienie. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, gdzie możemy zakupić dętki a przy okazji ksiądz zaproponował nam miejsce na namiot przy kościele i ciepły prysznic. To był wreszcie jakiś pozytywny zwrot sytuacji 🙂

Mieliśmy nadzieję, że następnego dnia sprawy ułożą się lepiej ale… 

Rano nieszczęsna dętka w przednim kole (ta felerna) została wymieniona na nową. Tylna (przebita poprzedniego dnia) mogła być tylko załatana, gdyż niekompatybilny wentyl nie pozwolił na wymianę a niestety innych modeli w miasteczku Libertad nie było. Podziękowaliśmy księdzu, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Wkrótce poczuliśmy pewną ulgę. Jechało się dobrze, rower nie sprawiał problemów, mieliśmy dobre tempo. Droga zrobiła się niemal płaska. Indianie w drewnianych chatach sprzedawali plecione ręcznie kosze oraz sadzonki storczyków, minęliśmy zaporę i jezioro Urugway. Wreszcie gdy już niemal uwierzyliśmy, że nam się uda, gdy dotarliśmy do skraju miasteczka Puerto Iguazu nagle traaach i dętka, w tylnym oczywiście kole, przebita! Oznaczało to, ni mniej ni więcej, tylko jedno: postój, rozpakowanie bagaży i siódme łatanie w ciągu 3 dni! Przemek bierze się za naprawę, ja ruszam w miasto na poszukiwanie kempingu, który miał być przy głównej drodze. Niestety tym razem nie powiodło się nikomu. Przemek nie dał rady załatać dętki a ja nie znalazłam kempingu ani nie udało mi się uzyskać informacji gdzie on jest 🙁

Nie mieliśmy wyboru. Nie mogliśmy przecież stać przy drodze, trzeba było rower bez powietrza w tylnym kole, wyprowadzić na górkę, którą prowadziła droga przy wjeździe do miasta by znaleźć jakiś nocleg. Wkrótce jednak sytuacja jeszcze się pogorszyła. Ostatecznie dowiedzieliśmy się, że kemping już nie funkcjonuje. W międzyczasie, jak można było się spodziewać, pozbawiona powietrza dętka porwała się na strzępy pod ciężarem roweru. Znowu utknęliśmy. Rower strasznie ciężki i trudno ciągnąć go z uszkodzonym kołem. Do centrum jeszcze kawałek drogi a w dodatku pora siesty – nic nie da się kupić. Czekanie na otwarcie sklepów a potem naprawa roweru potrwałyby do wieczora a my nie mieliśmy świateł by jeździć po zmroku. Poza tym trzeba było jeszcze znaleźć jakiś nocleg w przystępnej dla nas cenie. Mogło się to okazać trudne, zwłaszcza, że w pobliżu widzielismy drogie kompleksy i hotele z basenami, gdzie za postawienie namiotu żądano od nas równowartość 100 zł…

W pewnej chwili jednak Przemek, który ma zwyczaj kolekcjonowania zbędnych rzeczy, przypomniał sobie, że wczoraj nie wyrzucił starej dętki lecz mamy ją jeszcze w przyczepce. Wiadomo było, że kolejne łatanie nie miałoby sensu ale w pobliżu zauważyliśmy „gomerie” ( wulkanizator) i była szansa, że może w warsztacie coś jeszcze z tą nieszczęsną dętką zrobią. Ku naszej radości udało się. Dętkę załatano a my po raz kolejny musieliśmy rozpakować rower i zająć się tylnym kołem. To była siódma naprawa. Uff…Wreszcie jednak postawiliśmy na swoim i rower znów był gotowy do jazdy. 

Na kemping dotarliśmy już po zmroku, dzięki pomocy lokalnego rowerzysty, który poprowadził nas nad rzekę, w zachodnim krańcu miasta. Jednak miejsce noclegowe wiele tańsze niż przy hotelu nie było a do tego znaleźliśmy się daleko od centrum. Kemping był naprawdę fajny. Położony w tropikalnym ogrodzie, nad rzeką Parana, za którą rozciąga się już terytorium Paragwaju. My jednak potrzebowaliśmy czegoś tańszego i bliżej centrum, tym bardziej, że w chwili obecnej na rower nie można było liczyć. Spędziliśmy na kempingu jedną noc a rano z „duszą na ramieniu” wróciliśmy do centrum. 

Na szczęście koła wytrzymały i ostatecznie zatrzymaliśmy się w hostalu Pop Natura, który miał ogród, gdzie można było zostawić rower i znajdował się niedaleko dworca autobusowego, skąd odjeżdżały busy do wodospadów. Mimo, że było po sezonie cena wynosiła 60 pesos/osoba za nocleg w dormitorium. Jednak turystów wokoło mnóstwo, więc nie było powodu by obniżać ceny a najtańsze noclegi trzeba rezerwować z wyprzedzeniem! Zadomowiliśmy się na łóżkach przy oknie, przez które bez problemu mogliśmy wpakować nasz dobytek do środka 🙂

Puerto Iguazu, jak się można domyślać, to typowo turystyczne centrum z restauracjami, hotelami dla turystów, sklepikami z pamiątkami i naganiaczami. Na obrzeżach miasta znajduje się także schronisko dla zwierząt, które przywracane są tutaj do naturalnego środowiska. Park jest udostępniony do zwiedzania dla turystów w cenie 50 pesos za osobę. Poza centrum rozciąga się natomiast sieć uliczek, gdzie toczy się codzienne życie zwykłych mieszkańców tego miejsca, nie związanych z turystyką. Tutaj większość dróg jest bez asfaltu a zamiast restauracji i sklepów z pamiątkami królują małe sklepiki spożywcze i zwykłe „comedory”. Niestety sklepu rowerowego nie udało nam się znaleźć, tymczasowo jednak problem koła został rozwiązany ale na zwiedzanie wodospadów postanowiliśmy się jednak wybrać autobusem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.