Argentyna, Parana, Argentyna rowerem, podróże po Ameryce Południowej, Ameryka Południowa rowerem

W kierunku mostu na Paranie – omijając Buenos Aires szerokim łukiem! 6.06 – 15.06.2012

Okolice Buenos Aires to jedno z najbardziej koszmarnych miejsc dla rowerzysty! Wiedzieliśmy o tym doskonale i dlatego postanowiliśmy trzymać się z dala od tego miasta – molocha i ominąć je w bezpiecznej odległości. Niestety, mimo próby objechania rejonu stolicy dość szerokim łukiem, mieliśmy do czynienia z najbardziej niebezpiecznym, męczącym i nieciekawym etapem  w trakcie całej naszej wyprawy. Obiecaliśmy sobie, że wszystkich potencjalnych amatorów jazdy rowerem do BA będziemy ostrzegać, że to naprawdę fatalny pomysł!!! Bez wahania wsiadajcie do autobusu lub łapcie stopa!

Jeżeli chcecie zwiedzić stolicę i nie jedziecie wielkim tandemem, który nie mieści się do autobusowego bagażnika lub wymaga zatrzymania ciężarówki, narażanie zdrowia i życia nie ma sensu! Koszmarny ruch na drodze, brak pobocza, pogarda dla rowerzysty, jazda w ciągłym stresie, hałasie i spalinach oraz konieczność łamania przepisów – oto co czeka desperatów, którzy chcieliby dojechać do Buenos Aires rowerem. Zasada jest jedna – im bliżej stolicy, tym gorzej…

Opuściliśmy kemping w Santa Rosa jak zwykle znacznie później niż planowaliśmy. Poranek był chłodny i nie zachęcał do wczesnego wstawania. Pakowanie obozowiska po postoju dłuższym niż na jeden nocleg zawsze zabierało więcej czasu. Do tego doszła jeszcze pogawędka z miejscowym turystą z sąsiedniego namiotu, który mówił nieco po angielsku i znów wyjazd o poranku stał się fikcją. Zabrakło też benzyny do palnika na dwóch podmiejskich stacjach ale mieliśmy nadzieję, że w następnej miejscowości może będzie lepiej. Za miastem rozciągały się pola uprawne i od czasu do czasu skupiska drzew, które nas bardzo cieszyły. Tutaj ruch nie był jeszcze zbyt duży a pogoda sprzyjająca. Jechało się więc całkiem przyjemnie aż do momentu gdy pękły kolejne dwie kiepskiej jakości szprychy w kole naszego pojazdu. Przeturlaliśmy się tak jeszcze ze trzydzieści kilometrów i rozłożyliśmy obozowisko na stacji benzynowej przy drodze, gdzie Przemek miał zajęcie na cały zimny wieczór w przedsionku naszego pałacu 🙂

Kolejne dni były do siebie podobne i stawiały nam zawsze jakieś przeciwności na drodze byśmy się zbytnio po wyjeździe z Patagonii nie rozleniwili.

W ciągu następnych nocy znowu kilkakrotnie przyszedł mróz a ponieważ wyrzuciliśmy już część zużytych, ciepłych ubrań, marznęliśmy w śpiworach. Za każdym razem powtarzaliśmy sobie jednak to samo: „ ale to już chyba był ostatni mróz na tej wyprawie”. Gdzieś za małą miejscowością Pellegrini znów dały o sobie znać problemy z rowerem. Tym razem odpadł jeden z moich pedałów. Jak wiadomo takie rzeczy mogą się zdarzyć jeżeli nie posiada się specjalnie przygotowanej pod tandem korby, która jest droga i na tym kontynencie niedostępna. Wtedy pozostaje zestaw kombinowany i mocowanie pedała na klej, który po jakimś czasie może się odkleić 🙁 Niestety okazało się, że nie chodzi o zwykłe przyklejenie tylko o uszkodzony gwint i trzeba było tak to wszystko posklejać, żeby można było w ogóle dalej jechać. Na szczęście trafiła się opuszczona „estancja” niedaleko od drogi. Bezludne domostwo w cichym i spokojnym miejscu, z mięciutką, suchą trawą, jak puszysty dywan, w sam raz pod namiot. Pora była jeszcze wczesna ale nie mieliśmy innej opcji. Trzeba było rozkładać obozowisko i zająć się kolejną naprawą.

Następnego dnia mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Wokół pojawiły się rozlewiska, wśród których grasowało mnóstwo ptaków: kaczki, myszołowy, czaple oraz nasi dobrzy znajomi – bociany! Zabawnie wyglądały kaczki pływające między zalanymi znakami drogowymi 🙂 Niestety znalezienie miejsca na spanie w takiej podmokłej okolicy to było nie lada wyzwanie. Z pomocą przyszła kapliczka Gauchito Gila, postawiona nieopodal małej grupki drzew. Za kapliczką znalazło się jeszcze dość miejsca na twardym gruncie, żeby zmieścić tam nasz namiot.

Zbliżając się nieuchronnie w stronę okolic Buenos Aires dotarliśmy w końcu do płatnej bramki „peaje”. Wcześniej dwukrotnie mijaliśmy znaki zakazujące jazdy rowerem i nie mieliśmy pewności, że uda nam się wjechać na płatną drogę. Wtedy pozostałoby tylko liczenie na”okazję”, gdyż wszystkie drogi dojazdowe w rejonie stolicy są płatne i z pewnością wszędzie obowiązuje zakaz jazdy rowerem i brak pobocza. Tak więc pedałując w tych stronach, trzeba łamać przepisy. Jednak w Argentynie przepisów się zbytnio nie przestrzega i tym razem to zadziałało na naszą korzyść. Bez problemów przejechaliśmy naszym tandemem z przyczepką zarówno tę jak i kolejne bramki na trasie.

Argentyna, Parana, Argentyna rowerem, podróże po Ameryce Południowej, Ameryka Południowa rowerem
Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem

 

Wiatr także dawał o sobie znać i choć nie był to już patagoński wicher, który potrafił całkowicie uniemożliwić jazdę, to jednak bywały dni, że wciąż bardzo nas spowalniał a w połączeniu z zimną deszczową pogodą, potrafił skutecznie zniechęcić do jazdy. Ale na pocieszenie trafiały się też ładne, słoneczne dni, takie jak na koniec weekendu w niedzielne popołudnie. Trzydzieści kilometrów pędziliśmy na „pełnym gazie”, ani na chwilę nie zdejmując nóg z pedałów. Spieszyliśmy się do miasteczka po zakupy i wiedzieliśmy, że La Anonima otwarta jest do 13.00. 

Wpadłam do sklepu na ostatnią minutę,brudna, prosto z roweru i w pośpiechu kursowałam między regałami, żeby zrobić zapas żywności na następne dni. Jednak zniecierpliwiona sprzedawczyni nie dała mi zbyt dużo czasu, oznajmiając, że sklep już zamknięty i „czas się zmywać”. Mimo wszystko byłam szybka i wybrałam trochę jedzenia. Usiedliśmy na ławce, na placyku przed kościołem w to przepiękne czerwcowe popołudnie i zaraz dobraliśmy się do świeżego pieczywa. Dobrze, że to nie Europa. Ludzie do kościoła przechodzili a tu dwóch zgłodniałych „ śmierdziuchów” z Polski obżera się na skwerku się rogalami i bułkami, popijając jogurtem z La Anonimy. Ludzie tylko nam się przyglądali ciekawie. Nikt nie był zbulwersowany, nikomu z pewnością przez myśl nie przeszło, żeby wezwać policję aby usunęła włóczęgów. Nie, pełen komfort! Jak dobrze jest być w podróży poza Europą 🙂

Niestety wraz z końcem weekendu zaczęła się masakra na drodze! Okropny ruch, brak pobocza i ciągłe ucieczki z jezdni przed pędzącymi na nas ciężarówkami. Przemieszczanie się w permanentnym poczuciu zagrożenia strasznie męczyło.Minęliśmy miejscowość Bragano, potem Chivilcoy. Jazda była bardzo powolna, zmieniła się w prawdziwą udrękę a my byliśmy wykończeni. Zdecydowaliśmy się jechać jeszcze bardziej na około: zamiast do Lujan, najpierw do miejscowości Mercedes a potem jeszcze bardziej okrężną drogą do Zarate, gdzie jest wjazd na most przez Paranę, by dostać się do Urugwaju. Jak się później okazało podjęliśmy słuszną decyzję, mimo konieczności nadłożenia drogi.

Przed Mercedes wjechaliśmy do małej miejscowości Snipacha, żeby uzupełnić prowiant. Choć prawdę mówiąc był to raczej pretekst by chociaż na chwilę ewakuować się z tej fatalnej drogi, która stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Spokojnie zrobiliśmy zakupy i już mieliśmy opuszczać mieścinkę, kiedy napatoczyli się gliniarze i zażądali od nas dokumentów. Wcale nas to nie zdziwiło. Już niejednokrotnie w takich wioskach policja nas legitymowała i spisywała. Pewnie z ciekawości lub z braku lepszego zajęcia – rutyna dnia została złamana przez pojawienie się dwóch dziwnych przybyszów i można było zaspokoić swoją ciekawość, co to za jedni, skąd ich tu „przywiało”, obejrzeć z bliska rower i przyjrzeć się co na nim wiozą. Jednak panowie z Snipacha byli wyjątkowo nadgorliwi i podejrzliwi. Czyżby ze względu na nasz wygląd, brudne twarze i dziurawe tu i ówdzie getry? 

No cóż, nawet gdybyśmy codziennie rano brali prysznic i zakładali świeżo wyprane ubrania i tak po południu wyglądalibyśmy niewiele lepiej…  Policjanci dorwali w obroty nasze paszporty i spisywali wszystko, co się dało, męczyli się z naszymi nazwiskami, potem dzwonili na komendę by ustalić czy aby nie jesteśmy poszukiwani i znów się „kaleczyli” by podać nazwiska. Trzeba było cierpliwie czekać aż komenda oddzwoni, następnie czekać na sporządzenie raportu, składającego się z czterech stron druku na każdego z nas i złożyć pięć parafek, mimo, że do końca nie mieliśmy pewności, co podpisujemy! Pocieszaliśmy się tylko myślą, że Argentyna to nie państwo islamskie. Teraz dokładnie rozumieliśmy dlaczego przestępcy niejednokrotnie wpadają w ręce wymiaru sprawiedliwości w małych miejscowościach – to robota takich właśnie policjantów 🙂

Po południu, na pocieszenie po ciężkim dniu boczną, nieasfaltową drogą dotarliśmy do Ruta Nr 41 i wreszcie odczuliśmy ulgę – ruch się zmniejszył! Stamtąd następnego dnia dotarliśmy do miasteczka San Andres de Giles, niestety mimo, że dostaliśmy plan miasta w informacji turystycznej i tak pobłądziliśmy, gdyż drogi nie były dokładnie oznaczone. W końcu jednak znaleźliśmy zjazd na właściwą drogę ( nr 193). Ruch był tu jeszcze słabszy, więc warunki jazdy zaraz się poprawiły. Wreszcie dojechaliśmy do wsi Solis, gdzie znajduje się skrzyżowanie z drogą nr 8 prowadzącą do BA. To był dopiero koszmar – niekończący się sznur pędzących wielkich ciężarówek, gotowych zmieść wszystko, co tylko pojawi się na jezdni. Zrozumieliśmy jak bardzo słuszną podjęliśmy decyzję, rezygnując z jazdy do Lujan, gdzie czekałoby nas dokładnie to samo! Jeździliśmy okrężnymi drogami po małych wioskach ale jakoś dało jechać. Na tej drodze jazda byłaby samobójstwem…

Niestety przed miejscowością Zarate ruch znów nieco się zwiększył i musieliśmy uciekać przed pędzącymi, trąbiącymi na nas przeraźliwie ciężarówkami. Z impetem i całym ciężarem roweru wpadaliśmy z wysokiej drogi, pokrytej wieloma warstwami asfaltu na trawę rosnącą na poboczu. Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. Wkrótce pękły kolejne, fatalnej jakości szprychy „industria Argentina” i ku naszej rozpaczy po raz trzeci urwały przerzutkę! Przejechała z nami około 17 tys. km od samej Wenezueli i pewnie dotrwała by do końca wyprawy, gdyby nie te szprychy… Dopchaliśmy rower do pobliskich krzaków, gdzie stała budka Gauchito Gila. Schowaliśmy się za tymi krzakami przed zimnym wiatrem i Przemek znów zabrał się za naprawę. Na szczęście mieliśmy ze sobą starą, prymitywną przerzutkę, kupioną jeszcze gdzieś w Brazylii, w małej wiosce, gdzie nic lepszego nie było i jakieś zapasowe szprychy. 

Minęła ponad godzina zanim mogliśmy jechać dalej i byliśmy nieźle przemarznięci z powodu tego przymusowego postoju. W padającym deszczu ruszyliśmy pędem do Zarate, żeby się trochę rozgrzać. Wreszcie dotarliśmy do mostu. Rower trzeba było pchać całe 4 km na drugą stronę, ponieważ nie było pasa dla rowerzystów a ścieżka dla pieszych była zbyt wąska żeby nią jechać rowerem z wypchanymi sakwami. Kiedy most się wreszcie skończył musieliśmy jeszcze odpinać przyczepkę i przenosić nasz ciężki tandem bo przejście było wąskie a próg wysoki. I z takim to wysiłkiem przekroczyliśmy rzekę Paranę i znaleźliśmy się na wyspie. Byliśmy przemoczeni, zniechęceni ciężkim dniem i zziębnięci – a okoliczne kempingi niestety miały zbyt wygórowane ceny. My jednak nie mieliśmy ochoty już dłużej jechać i postanowiliśmy zostać, gdzie byliśmy. Zdesperowani rozstawiliśmy więc namiot pod mostem wśród wielkich traw pampasowych. Był z tego jeden pożytek – nie padało nam na głowę.

Argentyna, Parana, Argentyna rowerem, podróże po Ameryce Południowej, Ameryka Południowa rowerem
Argentyna, Parana, Argentyna rowerem, podróże po Ameryce Południowej, Ameryka Południowa rowerem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.