Las Grutas, Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem

Las Grutas – dwadzieścia tysięcy kilometrów rowerowej wędrówki :) 21-25.05.2012

 Uświadomiliśmy sobie, że minęły już ponad trzy miesiące od momentu jak wjechaliśmy do Patagonii i zaczęliśmy naszą rowerową przeprawę przez wietrzną, bezludną pampę! W Polsce nieraz czytywaliśmy wspomnienia innych rowerzystów podróżujących przez Patagonię lecz dopóki samemu się tego nie doświadczy, trudno jest sobie wyobrazić tak rozległe pustkowia i tak silne poczucie izolacji. W drodze do Las Grutas znowu kilkakrotnie doświadczyliśmy uczucia zagubienia w czasie i przestrzeni, które powodował jednostajny i niezmienny krajobraz wokół nas. Czasami, korzystając z tego, że wiatr był słabszy i mogliśmy się porozumiewać, wymyślaliśmy zabawne wierszyki i rymowanki a czasem jechaliśmy godzinami w kompletnym milczeniu, pogrążeni w swoich myślach. Skoro od tylu dni widzieliśmy tylko trawę i krzaki, sięgające aż po horyzont, nie było nawet czego skomentować… 

Jednakże powoli i niepostrzeżenie na pampie zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy zmian. Zauważyliśmy, że jest jakby bardziej zielono a krzaków porastających pustkowia jest coraz więcej i w miarę jak przemieszczaliśmy się na północ, stawały się trochę wyższe. Teraz mogliśmy „przycupnąć” i krzaki dawały nam schronienie przed wiatrem, dzięki czemu można było zjeść posiłek, nie martwiąc się, że wiatrzysko nas przewieje. Stopniowo, drobnymi kroczkami zaczęły się też zmniejszać odległości między kolejnymi miasteczkami i wioskami, dając nam poczucie powolnego przybliżania się do „cywilizacji”.

Niestety kiedy dotarliśmy do granicy prowincji Chubut i wjechaliśmy do Rio Negro, skończyło się pobocze 🙁 Bardzo ułatwiało nam jazdę a teraz znów trzeba było wrócić do starej metody ciągłej obserwacji drogi z tyłu i z przodu – to taka nasza tandemowa współpraca 🙂 Kierowcy ciągle zasuwają przez pustkowia z prędkością powyżej 100 km/h, nawet ci, którzy siedzą za kółkiem ogromnego tira z dwiema naczepami… Bywają tu kilkudziesięciokilometrowe odcinki proste jak linijka, gdzie drogę widać aż po horyzont, stąd też kierowcy nie przewidują potrzeby hamowania a co dopiero omijania rowerzysty na drodze! Rowerzyści, jeśli już ktoś miałby się nimi przejmować, mogą się zjawić na RN 40 ale nie tutaj – tu na wybrzeżu nie spotkaliśmy nikogo. No więc jak to możliwe, że jest jednak rower na drodze… I w dodatku podwójny i jeszcze z przyczepką?! 

Być może niektórzy uważali nas za fatamorganę na pampie, w każdym razie znowu mijali nas zaledwie o centymetry, pędząc jak diabły do piekła i tylko ściana wiatru uderzała w nas z przodu i z tyłu, kołysząc rowerem na boki. Pozostawało się tylko pilnować by nie stracić równowagi bo wielkie ciężarówki zwykle jeździły „stadami” i jak nie jedna, to kolejna mogła nas zmieść z powierzchni drogi. Niektórzy trąbili donośnie zjawiając się nagle za naszymi plecami, żeby szybko zjechać im z drogi! Nie zdawali sobie sprawy, że jest to absolutnie niemożliwe, gdyż asfalt wylewa się tu wielokrotnie po kilka warstw jedna na drugą i powierzchnia jezdni jest po prostu za wysoko, żeby zjechać z niej tak załadowanym rowerem. Tak więc Przemek kierował a ja wypatrywałam ciężarówek z tyłu i z przodu a kiedy istniało ryzyko, że dwa potężne tiry będą się przy nas mijać trzeba było schodzić z roweru i przeczekiwać obok drogi. Tak było bezpiecznie ale oczywiście zdecydowanie wolniej…

Spędziliśmy nocleg w krzakach przy kapliczce Gauchito Gila, znów noc była mroźna a woda w zbiornikach zamarzła. Mieliśmy jednak nadzieję, że to już ostatni mróz podczas tej podróży. Kiedy dotarliśmy do małej mieścinki Sierra Grande, spotkała nas miła niespodzianka w postaci marketu La Anonima, którego się tu absolutnie nie spodziewaliśmy. Zaraz dostaliśmy ochotę na świeże pieczywo i ruszyliśmy po zakupy. Wiatr, który był dość słaby znowu się nasilił ale nie było to już takie wiatrzysko, żeby nam uniemożliwić jazdę.  Kolejna noc była ciepła i niebo pokryte chmurami. Rano wokoło unosiła się jakby mgiełka i intensywny zapach porastającej pampę roślinności. Z tęsknotą przywoływał na myśl dawniejsze czasy, kiedy jechaliśmy przez ciepłe tereny a rano rosa parowała wraz z aromatem rosnących wokół roślin… Podjęłam przełomową decyzję i zmieniłam wełnianą czapkę na kapelusz, wygrzebany z głębi sakwy. Kurtki od kilku dni woziliśmy na bagażniku. Bardzo chcieliśmy już pożegnać się z zimnem i czuliśmy, że jednak powolutku rzeczy zaczynają iść w lepszym kierunku.

 

Las Grutas, Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem
Las Grutas, Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem

Nucąc pod nosem najgłupsze piosenki, jakie przychodziły nam do głowy wjechaliśmy do Las Grutas a jeszcze przed miasteczkiem na naszym rowerowym liczniku wybiła nam magiczna liczba 20 000 przejechanych tandemem kilometrów 🙂

Miejsce było całkiem sympatyczne i ładnie położone na opadających do morza klifach. Jednak jak to bywa w nadmorskich miejscowościach, po sezonie było to istne wymarłe miasteczko, jakby w nim jakaś zaraz przeszła – wszystko, co w sezonie tętni życiem pozamykane było na cztery spusty i nie mogliśmy znaleźć nawet żadnej „panaderii” ani „pastelerii”, gdzie by jakieś świeże pieczywo można było kupić, czy zjeść jakąś smaczną argentyńską drożdżówkę 🙁 No i jak tu świętować dwadzieścia tysięcy przejechanych kilometrów? W dodatku sklep po raz kolejny w tym kraju przed nosem nam na siestę zamknęli. Znalazł się wprawdzie jakiś inny, mały czynny 30 min. dłużej, gdzie dorwaliśmy jakieś podsuszone bułki. Poszliśmy z rowerem na nadmorską ścieżkę na klifie i przyglądaliśmy się owym „grutas” czyli grotom, wydrążonym w skałach przez wodę a nasze świętowanie ostatecznie zakończyło się na łapczywym wsuwaniu suchych bułek i popijaniu kawy z termosu.

 

Las Grutas, Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem
Las Grutas, Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem

Już szykowaliśmy się do opuszczenia Grutas, kiedy nagle chmury się przerzedziły, wyszło słońce i zrobiło się przyjemniej. Staliśmy przy murku, na deptaku i patrzyliśmy na ocean, który nabrał ładnego, niebieskiego koloru, aż tu nagle Przemek „sokole oko” wypatrzył w pobliżu delfiny! Było ich całe stado i wkrótce podpłynęły całkiem blisko, w charakterystyczny sposób wynurzając z wody grzbiety, płetwy i pyszczki. Przepiękny widok 🙂 Deptak też nieco się ożywił i na spacer powychodzili miejscowi, których zapewne zwabiło słońce. Las Grutas wydało nam się nagle znacznie bardziej przyjazne. Podjechaliśmy rowerem na ulicę Rio Negro, gdzie znajduje się kilka kampingów i zdecydowaliśmy się zostać na dalsze świętowanie tych przejechanych kilometrów. Poszliśmy na spacer na plażę pooglądać z bliska groty, które upodobały sobie też stadka tutejszych papug i cieszyliśmy się słonym, orzeźwiającym powietrzem. Plaża w Grutas też jest całkiem fajna a do tego miejscowość w sezonie może się poszczycić najwyższą w Argentynie temperaturą wody w oceanie, wynoszącą ok. 25 stopni, co z pewnością przyciąga tu latem tu mnóstwo turystów. Wracając z plaży znaleźliśmy otwartą panaderię i zaopatrzyliśmy się w lukrowane rogaliki. I w taki oto sposób, popijając kawę w namiocie dokończyliśmy świętowanie naszego „rowerowego wyczynu” 🙂

Las Grutas, Patagonia, pampa, Argentyna, Patagonia rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.