Puerto Natales, Patagonia rowerem, Argentyna, podróżowanie po Patagonii, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa

El Calafate – wyspa na ocenie pampy i magiczny urok lodowca Perito Moreno 13.04 – 22.04.2012

Z Puerto Natales nasza droga wiodła na północ. Wciąż toczyliśmy zawzięte zmagania z wiatrem i nawracającym deszczem a do tego zimno stawało się coraz bardziej dokuczliwe. W końcu zbliżaliśmy się do lodowców a w Patagonii chyba już powoli nadchodziła zima. Wieczory i poranki były bardzo zimne. Rano zwykle trawa pokryta była szronem a namiot pokrywały zamarznięte kropelki wody. Padał też śnieg ale na szczęście nie utrzymywał się dłużej gdyż temperatura spadała poniżej zera tylko okresowo. Wiejący podczas jazdy wiatr w połączeniu z zimnem i deszczem wystawiał nas codziennie na ciężką próbę.

Następnego dnia po późnym wyjeździe z Puerto Natales nękani przeszywającą wichurą z deszczem, dotarliśmy do małej wioseczki Cerro Castillo. Stąd wiedzie droga do Parku Torres del Paine, gdzie planowaliśmy się wybrać na trekking. Jednakże z przykrością musieliśmy zrezygnować z tego planu. Nie mieliśmy ze sobą ani porządnych butów trekkingowych ani ciepłych kurtek. Tymczasem w górach padał śnieg a wokoło wiał wiatr z deszczem i na samą myśl o trekkingu w taką pogodę i eksponowaniu się na zimno i deszcz brało nas niemalże obrzydzenie… W małej restauracyjce uprzejma pani z obsługi pozwoliła nam się ogrzać przy piecyku i zjeść przy stole swój własny posiłek. Przeczekaliśmy najgorszą zawieruchę i kiedy przestało nieco padać, po otrzymaniu pieczątek wyjazdowych w wiosce, ruszyliśmy dalej w kierunku Calafate. Wieczorem dotarliśmy do „aduana” –  punktu kontroli granicznej w Argentynie i po raz trzeci wbito nam do paszportów pieczątki wjazdowe do tego kraju, celnicy dali nam też wodę do zbiornika i mogliśmy jechać dalej.

Przez kolejne dwa dni z mniejszym bądź większym wysiłkiem przemierzaliśmy pampę pod wiatr.  Minęliśmy po drodze jedną stację benzynową, poza tym wokoło tylko trawa i ani jednego drzewa, ani domu ani człowieka, tylko czasem stadka strusi, jakiś skunks przy drodze lub czasem jakieś na wpół dzikie owce lub krowy. Jednakże otaczająca nas pustka nam nie przeszkadzała. Zawsze lubiliśmy włóczyć się w odludnych miejscach i choć to było jednym z najbardziej wyizolowanych, w jakich zdarzyło nam się być, przywykliśmy już do tego. Znacznie trudniej było przywyknąć do ciężkich warunków pogodowych, zwłaszcza, że przez cały dzień przebywaliśmy na zewnątrz, bez jakiejkolwiek możliwości ogrzania się, a nocą w zimnym namiocie. Trzeciego dnia wicher stał się znowu tak silny, że jazda była niemożliwa. Z trudem wlekliśmy się pod wiatr, pchając rower. Mieliśmy nadzieję, że za kilka kilometrów, kiedy dotrzemy do asfaltu być może uda nam się jechać, chociaż odcinkami. 

Szybko jednak okazało się, że nic z tego nie będzie. Wiatr był tak silny, że z trudem można było utrzymać równowagę a pchanie objuczonego roweru sprawiło, że po około 3 km marszu byliśmy całkowicie wykończeni i bez sił… Odpoczynki nie były możliwe, ze względu na przeszywające zimno. Niestety jedynym wyjściem było czekanie na poprawę pogody. Mieliśmy nadzieję, że może pod wieczór trochę się wyciszy i spróbujemy jechać w nocy. Musieliśmy więc zawrócić ponieważ w tej okolicy nie było gdzie się ukryć a przedtem mijaliśmy skrzyżowanie, gdzie widzieliśmy jakiś budynek. Wsiedliśmy na rower i 3 km, których pokonanie z pchaniem roweru zajęło nam ponad godzinę, teraz z wiatrem zrobiliśmy w niecałe 5 min! Budynek okazał się siedzibą robót drogowych. Był w nim jakiś starszy mężczyzna, zdecydowanie niepozytywnie do nas nastawiony. Być może zniecierpliwiony przejeżdżającymi tędy rowerzystami, którzy nieraz pewnie szukali schronienia. W dodatku nie potrafiliśmy się gramatycznie wysłowić, nie znając języka. 

Facet mówił coś do nas podniesionym, zniecierpliwionym głosem, postukał się w czoło, co chyba miało oznaczać, że mamy nierówno pod sufitem, żeby w taki wicher rowerem jeździć i bełkocząc pod nosem, że to „nie hotel” wskazał nam miejsce w pomieszczeniu przypominającym garaż, które miało trzy murowane ściany. Usiedliśmy tam i zjedliśmy kanapki. Pomieszczenie osłaniało nas wprawdzie od wiatru jednak nie czuliśmy się tam zbyt dobrze, mając świadomość, że nasza obecność tutaj, to uprzykrzenie dla nieżyczliwego gospodarza. Przemek zeszył namiot, który potrzebował naprawy bo urwała się taśma mocująca a następnie mimo szalejącej wichury opuściliśmy zaciszne schronienie i poszliśmy jakiś kilometr dalej, gdzie zauważyliśmy wcześniej niewielkie zagłębienie w ziemi. 

Postanowiliśmy, że mimo wszystko wolimy nie być uciążliwi. Z niemałym trudem udało nam się tam rozbić namiot a ponieważ wiatr nie zamierzał ustąpić a wręcz przybierał na sile, pozostawało nam tylko siedzieć w środku z nadzieją na poprawę sytuacji. Wieczorem przejeżdżali tamtędy robotnicy i zostawili nam zapas wody, dzięki czemu mogliśmy przygotować sobie na palniku ciepły posiłek. W nocy budziliśmy się co godzinę, na odgłos budzika, który nastawialiśmy by sprawdzać czy wiatr się zmniejszył i możemy jechać.  Niestety wicher wiał i wiał więc zostaliśmy w namiocie, mimo, że po północy wydawało nam się, że trochę osłabł i mieliśmy już ochotę jechać. Ostatecznie jednak zrezygnowaliśmy i znów dobrze się stało. Po godzinie wiało tak samo a w dodatku przyszedł mróz, który w połączeniu z wiatrem dopiero dałby nam szkołę! Brr… aż strach pomyśleć gdzie byśmy się wtedy schowali, będąc daleko od naszej niewygodnej ale jednak dającej jakieś schronienie dla namiotu, dziury w ziemi.

Dotarcie do Calafate zabrało nam jeszcze kolejne dwa dni. Wiatr nie odpuszczał i mieliśmy wrażenie, że chce nam głowy pourywać. Czasami trochę osłabł i dało się jechać, kiedy przybierał na sile pozostawało pchanie. Potem wjechaliśmy między wzgórza, które nieco wytłumiały podmuchy i w dodatku mieliśmy zjazd. Nieźle nas wprawdzie przemroziło ale naszym oczom ukazał się widok na modre Lago Argentina, który po wielu dniach jazdy przez sięgającą po horyzont pampę, wydawał nam się niemal zapierającą dech w piersiach atrakcją turystyczną! W drodze skończyła nam się woda i ostatniego dnia pedałowania nie mieliśmy nawet gorącej herbaty ani śniadania 🙁 Trzeba było wyjść ze śpiworów na zimno, złożyć obozowisko i ruszać w drogę na głodnego. Nie było to łatwe ale mobilizowało do szybkiego kręcenia pedałami, żeby się rozgrzać… W trakcie jazdy trafiliśmy jednak na kolejne zabudowania dla robotników, gdzie na szczęście dostaliśmy wodę i mogliśmy się pożywić i rozgrzać gorącą herbatą.

Wreszcie po południu dojechaliśmy do Calafate, które było jak smagana wichurą wyspa na oceanie pampy. Nieliczne drzewa posadzone tu przez mieszkańców nękane były nieustającą wichurą i nawet w miasteczku , między zabudowaniami wiatr wściekle wzbijał w górę opadłe liście i kurz. Znaleźliśmy przytulne schronienie przy hostalu El Calafate Viejo, który ktoś nam wcześniej polecał ( w cenie 25 pesos za osobę). Można było postawić namiot w ogrodzie i korzystać z łazienki oraz kuchni w hostalu a przemiła właścicielka częstowała nas pyszną marmoladką śliwkową. Wicher szarpał wielkimi topolami, które trzeszczały pod jego naporem jakby miały się lada moment połamać. Byliśmy nieziemsko zmęczeni ale ciepły prysznic i posiłek w zacisznej kuchni doprowadziły nas do przyzwoitego stanu 🙂

Puerto Natales, Patagonia rowerem, Argentyna, podróżowanie po Patagonii, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa
Puerto Natales, Patagonia rowerem, Argentyna, podróżowanie po Patagonii, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa

Wycieczka do Perito Moreno

Postanowiliśmy podarować sobie odrobinę luksusu i na wycieczkę do lodowca wybrać się busem, żeby przez dwa dni, które zamierzaliśmy spędzić w Clafate, odpocząć od pedałowania pod wiatr. Nie była to tania przyjemność, jak zresztą wszystko, co oferuje się turystom w tym miasteczku, stanowiącym bazę wypadową do jednej z większych atrakcji południowo-amerykańskiego kontynentu. Za przejazd busem zapłaciliśmy 125 pesos, za wstęp do parku 100 pesos. Mimo wszystko zważywszy na siłę wiatru, przez którą pokonanie dzielącej nas od lodowca odległości  ok. 80 km, mogło nam zająć nawet dwa dni, ta opcja wcale nie musiała okazać się dużo droższa a na pewno była dla nas miłym relaksem. Chociaż było już dawno po sezonie a w Calafate raczej niewielu turystów, to bez problemu zebrała się grupka do busa i towarzyszyły nam jeszcze 4 osoby. 

Zabawne było to, że my nie byliśmy jednak turystami, tylko „rowerzystami w busie”. Nasze umysły reagowały na wszystko inaczej. Podczas gdy oni zachwycali się bezludnym krajobrazem pampy, nasze mózgi oceniały drogę, analizowały okolicę szukając miejsca na namiot, dostępu do wody, oceniały topografię terenu, zastanawiając się gdzie wieje mocniej a gdzie jest szansa, żeby trochę się osłonić… Po ponad roku jazdy rowerem takich reakcji nie można się wyzbyć przez wejście do samochodu! Siedzieliśmy rozparci w fotelach, mieliśmy wygodę i w poszanowaniu wiejący wiatr lecz za to widzieliśmy świat zza szyby i nie mogliśmy się zatrzymać, gdziekolwiek przyszła by nam na to ochota. Widok odległych sylwetek guanako wywołał poruszenie wśród turystów – tymczasem dla nas była to codzienność. Widywaliśmy je bardzo często z daleka i z bliska. Czasem  podchodziły do drogi, żeby nam się lepiej przyjrzeć. Wiedzieliśmy jak się zachowują, poruszają, nawołują – były nieodłączną częścią pampy i to one wraz ze strusiami nandu i pancernikami umilały nam życie podczas tygodni samotnej jazdy przez tą krainę.

 

Lodowiec Perito Moreno, El Calafate, Patagonia rowerem, Argentyna, podróżowanie po Patagoni, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa
Lodowiec Perito Moreno, El Calafate, Patagonia rowerem, Argentyna, podróżowanie po Patagoni, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa

Dzień był piękny i słoneczny a niebo bezchmurne! Okoliczne góry , porośnięte lasem w cudownych, jesiennych barwach i lodowiec Perito Moreno wprowadziły nas w zachwyt. Turystów wokół było bardzo niewielu, szczelnie owiniętych grubymi kurtkami i kryjących się przed podmuchami wiatru. Dla nas zahartowanych długotrwałymi trudami podróży takie podmuchy nie były już żadnym problemem i bez przeszkód mogliśmy pałaszować nasze kanapki na zewnątrz podziwiając potężny, lodowy kolos. Perito Moreno ma urzekający biało-błękitny kolor i jak się można spodziewać bije od niego zimno jak z gigantycznej chłodni. W tak piękny, słoneczny dzień, jak ten, który nam się trafił, cudownie błyszczy w słońcu. W miarę upływu dnia, kiedy wędruje ono po niebie, sprawia, że w błękitnych lodowych szczelinach pojawiają się głębokie cienie i Perito Moreno nabiera jeszcze bardziej malowniczego wyrazu. Od czasu do czasu rozlega się w powietrzu huk pękających, olbrzymich mas lodu, przypominający nieco odgłos grzmotu i wielkie odłamy lodowe osuwają się do wody. Niektóre pokaźnych rozmiarów kry, przemieszczają się potem po wodach wielkiego jeziora Argentina, przypominając trochę góry lodowe na oceanie…

Wracaliśmy do Calafate w radosnych nastrojach, że udało nam się dotrzeć do tego odległego ale pięknego miejsca. Mimo patagońskiego wiatru mieliśmy śliczną pogodę i mogliśmy się cieszyć widokiem lodowca w spokoju i bez tłumu turystów, który w sezonie potrafi skutecznie zepsuć urok miejsca. Przyglądając się temu lodowemu cudowi natury myśleliśmy o ciągłej walce z wiatrem i o wszystkich zimnych nocach, które przyszło nam spędzić w namiocie, żeby tu dotrzeć. Myśleliśmy również o dniu, w którym kiedyś zobaczyliśmy w jakimś albumie zdjęcie Perito Moreno. Wtedy od razu wiedzieliśmy, że to jest kolejne miejsce, które na własne oczy chcielibyśmy zobaczyć…

Lodowiec Perito Moreno, El Calafate, Patagonia rowerem, Argentyna, podróżowanie po Patagoni, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.