Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Ameryka Południowa rowerem, rowerem przez Patagonię, Chile rowerem

Droga powrotna – Tierra del Fuego po raz drugi 25.o3-4.04.2012

Świadomość, że czeka nas jeszcze wiele tygodni jazdy przez bezludne, zimne i wietrzne pustkowia pojawiała się złowieszczo w naszych głowach we wszystkich najtrudniejszych momentach. Oprócz wysiłku fizycznego, jaki wkładaliśmy w codzienne pedałowanie Patagonia wymagała od nas ogromnej wręcz determinacji. Nie mieliśmy jednak wyboru. Jeśli już dojechaliśmy na „koniec świata” teraz trzeba się było z niego jakoś wydostać. Czasem zasypialiśmy wspominając gorące, brazylijskie noce lecz odgłos wycia wiatru, zamiast tropikalnej muzyki świerszczy nie pozwalał nam zapomnieć gdzie jesteśmy…

 Noc spędziliśmy w lesie około 2 km przed Przełęczą Garibaldiego a poranek był nieprzyjemnie chłodny i wilgotny. Zmierzaliśmy w stronę Tolhuin w pochmurnej pogodzie. Momentami pojawiało się jednak słabe słońce i wtedy otaczający nas jesienny krajobraz naprawdę zachwycał. Wystarczyło jednak, że słońce z powrotem schowało się za chmury i zaczął padać deszcz a świat wydawał się miejscem bardzo nieprzyjaznym. Wieczorem, gdy dotarliśmy do miasteczka spotkała nas jednak cudowna niespodzianka. Być może los zsyłał nam takie podarunki by podtrzymać naszą wolę jazdy 🙂

Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem

Podjechaliśmy zziębnięci pod Panaderię La Union, żeby kupić pieczywo, kiedy niespodziewanie sprzedawca poinformował nas, że piekarnia ma darmowy pokój dla rowerzystów! Dostaliśmy smaczny obiad, miejsce do spania i możliwość wzięcia gorącego prysznica. Nawet nie marzyliśmy o czymś tak wspaniałym. Wieść o Panaderii La Union jest stale przekazywana wśród przemierzających te pustkowia rowerzystów. Nam też wspominano o niej wiele miesięcy temu ale z czasem ta informacja wyleciała nam z pamięci i tego dnia gościnność właściciela była dla nas czymś najbardziej niespodziewanym, co spadło jak „grom z jasnego nieba”.  

Na ścianie w pokoju dla rowerzystów, który znajdował się pośród worków z mąką, widniało mnóstwo wpisów. Były to podziękowania dla Emila – właściciela piekarni od podróżników rowerowych, którzy byli tu przed nami. Znalazła się również księga, pełna  podziękowań ludzi, którzy tak jak my, z zimnej, wietrznej krainy, znaleźli się nagle w ciepłym, suchym miejscu i w dodatku dostali pożywny, ciepły posiłek. My również zostawiliśmy swój wpis z podziękowaniami dla człowieka o otwartym sercu, który każdego roku uszczęśliwia swoją gościnnością dziesiątki przemierzających te niegościnne rejony rowerzystów.

Rano ruszyliśmy dalej. Las się przerzedził a wiatr stał się znów bardziej dokuczliwy. Znaliśmy już drogę, którą przecież pokonywaliśmy po raz drugi, dzięki temu łatwiej nam było rozplanować jazdę. Wiedzieliśmy, że nie możemy wyjechać poza granicę drzew przed nocą, ponieważ nie znajdzie się tam już miejsca osłoniętego od wiatru, w którym dałoby się postawić namiot. Minęliśmy kapliczkę Difunty Correra, około 10 kilometrów za Tolhuin, gdzie jest blaszany domek, nadający się na obozowisko dla tych, którzy jadąc w przeciwnym kierunku, nie zdążyliby dotrzeć do Panaderii La Union. Po południu zatrzymaliśmy się na nocleg przy granicy drzew. Przejechaliśmy tego dnia niewielki dystans ale czuliśmy zmęczenie a dalej były już tylko pustkowia i wiatr, wiatr, wiatr…

Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Blanaszana buda, w której można spędzić noc...
Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem

Następny dzień upłynął na zmaganiu się z wichurą.  Po wyjechaniu poza ostatnie grupy drzew na otwarty teren, mimo, że pedałowaliśmy z całych sił, nasze tempo znowu spadło do zaledwie 6-7 km na godzinę.  W miarę jak mijały kolejne godziny dnia wiatr miał tendencję do nasilania się. W dodatku zmienił się nieco kierunek i już nie dmuchało nam centralnie w twarz ale lekko z boku. Paradoksalnie to jeszcze bardziej utrudniło nam życie. Przemek męczył się całymi godzinami by utrzymać duży tandem na kursie i musieliśmy robić częste przerwy bo z wysiłku drętwiały mu ręce. Silniejsze podmuchy kilkakrotnie przewróciły rower. Jednak wychodziliśmy z upadków bez szwanku i za każdym razem kiedy się pozbieraliśmy, uparcie jechaliśmy dalej. Najbardziej jednak szkodziły nam nadjeżdżające z naprzeciwka wielkie tiry. Kiedy się zbliżały w twarze uderzała nas ściana wiatru tak silna, jakby trafiało się głową w mur. Potem samochód odcinał na chwilę wiejący ukośnie z naszej lewej strony wicher, co powodowało takie zawirowania powietrza, że nie byliśmy w stanie kontrolować roweru, który za każdym razem tracił równowagę i się przewracał. Jedynym sposobem na uniknięcie wywrotki było zatrzymywanie się na widok każdej zbliżającej się wielkiej ciężarówki. Ale to niestety bardzo nas spowalniało. 

Kolejne dwa dni spędziliśmy u naszej zaprzyjaźnionej rodzinki w Rio Grande. Ciepło, jedzenie, ciasto, pranie i prysznic. Wszystko w samą porę bo Przemka przewiało i właśnie brało go zaziębienie. Dwa dni komfortu wystarczyły by stanął na nogi. W rewanżu ostatniego dnia przygotowaliśmy całej rodzinie polskie śniadanie: bliny, sałatka warzywna z majonezem i twarożek z zielonym szczypiorkiem. Byli bardzo zaskoczeni ilością jedzenia! Wcale nas to nie dziwiło – znamy już argentyński zwyczaj posilania się kawą i jakąś drożdżówką lub dwoma tostami z dżemem J Potem pożegnaliśmy naszych argentyńskich przyjaciół, nigdy nie zapomnimy ich życzliwych serc.

Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
W kanale przepustowym, w oczekiwaniu na poprawę pogody.

Powrót na wietrzną pampę szybko przywrócił nas do rzeczywistości… Słońce wschodziło coraz później, dopiero około 8.00 robiło się jasno. Zanim zdołaliśmy wygrzebać się z ciepłych śpiworów, przygotować gorący posiłek a potem złożyć obozowisko i spakować wszystko na rower nierzadko dochodziła już godz.11.00 Wyjazdy o tej porze stały się normą. Codzienna jazda w ciągłym wietrze sprawiała, że starczało nam sił na 5-6 godzin pedałowania, potem byliśmy totalnie zmęczeni. Do tego czasami przepadywał deszcz a nasze ubrania, czy raczej to co z nich zostało, nie stanowiły już przed nim żadnej ochrony. Nakładaliśmy więc foliowe peleryny, które wicher tarmosił jak żagle i w takich oto „gore-texach” toczyliśmy się dalej i dalej. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do granicy w San Sebastian. Strażnik graniczny uprzejmie zaprosił nas do poczekalni, gdzie mogliśmy spędzić noc. W środku było ciepło, była możliwość skorzystania z kuchenki i dostatecznie dużo miejsca by rozłożyć na podłodze to, co zostało z naszych nędznych materacy. Znowu mieliśmy chwilę wytchnienia.

Zasypialiśmy przy szumie wichru a obudziło nas prawdziwe wycie! Na szczęście udało się wjechać do Chile bez drobiazgowej kontroli i nie zabrano nam niczego do jedzenia. W Chile obowiązują surowe przepisy dotyczące przewozu żywności i zawsze jest to poważny problem dla rowerzysty. Zdarza się, że dojechanie do następnego miejsca, w którym można się w cokolwiek zaopatrzyć zajmuje kilka dni a przecież trudno jechać przez tyle czasu bez posiłków. Po ponad 3 godz. jazdy tego dnia przejechaliśmy ledwie 25 km ale kiedy znaleźliśmy blaszaną budę przy drodze i zatrzymaliśmy się na posiłek, stało się coś niezwykłego. Wiatr nagle przestał wiać! Ruszyliśmy natychmiast „z kopyta” do przodu i jechaliśmy bez przerwy aż do wieczora. Wiatr nadal był bardzo słaby więc założyliśmy latarki i postanowiliśmy jechać w nocy. 

Jednak nasza radość nie trwała długo. W pewnym momencie wiatr nagle przypomniał sobie o swoim obowiązku i ruszył do ataku. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Byliśmy w prawdziwych tarapatach, jednak wkrótce udało nam się dotrzeć do budy na skrzyżowaniu dróg. Okazało się jednak, że koczował w niej już rowerzysta z Anglii, jadący w przeciwną stronę. Jednak buda dawała trochę schronienia przed wiatrem i z niemałym trudem udało nam się rozbić za nią namiot, który opierając się szarpiącym podmuchom wytrzymał jakoś do rana… Niestety rano wiatr zmienił kierunek i złożenie namiotu to była prawdziwa szarpanina w wichrze, który przypominał już niemalże huragan! Siła wiatru nas przerażała… Anglik opuścił budę i zniknął nam z oczu błyskawicznie bo wiało mu prosto w plecy. Zebraliśmy więc cały dobytek, zajęliśmy jego miejsce w budzie i zrobiliśmy sobie ciepły posiłek. O jeździe nie mogło być mowy! My mieliśmy kierunek centralnie pod wiatr, a jego natężenie było tak duże, że nie można było ani prowadzić roweru ani nawet samodzielnie iść w stronę, w którą mieliśmy jechać. Nie było więc wyboru – pozostawało siedzieć w budzie i czekać aż wiatr w końcu trochę osłabnie…

Czekaliśmy tak cały dzień zmarznięci i w kiepskich nastrojach ale wiatr ani myślał zelżeć. Musieliśmy podjąć jakąś decyzję ale sytuacja wyglądała kiepsko. Wszystkie nasze zapasy jedzenia mogły nam wystarczyć jeszcze na jeden dzień a do ostatniej miejscowości na Tierra del Fuego o nazwie Porvenir, mieliśmy jeszcze około 80 km. Tymczasem wiatr mógł tak wiać przez kolejnych kilka dni… Wiedzieliśmy, że noc będzie bardzo zimna i to przerażało mnie jeszcze bardziej, ponieważ zawsze najgorzej radziłam sobie właśnie z niską temperaturą. Jednak i tym razem los wybawił nas z opresji – późnym popołudniem na odludnej , pustej drodze pojawiła się ciężarówka z drewnem. 

 

Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Chile rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem

Kierowca zgodził się zabrać nas do Porvenir. Pakowanie roweru i naszych bagaży na stertę drewna to był nie lada wyczyn i baliśmy się, żeby kierowca się zniechęcił i nie zostawił nas z powrotem w tej budzie. Na szczęście Chilijczyk był cierpliwy a nawet pomagał nam w tym całym cyrku i w huraganowym wietrze. Kiedy ruszyliśmy pojawiła się refleksja, że po raz pierwszy w tej podróży musieliśmy wsiąść do samochodu gdyż po prostu nie byliśmy w stanie dalej jechać. Pomimo naszej determinacji Patagonia pokazała nam kto tu rządzi… Jeszcze nie byliśmy jednak na tyle szaleni aby narażać swoje zdrowie. Przed nami wciąż było wiele miejsc, które chcieliśmy zobaczyć. Mimo wszystko czuliśmy jakieś rozgoryczenie lecz później okazało się, jak bardzo słuszną podjęliśmy w tej sytuacji decyzję – wiatr, który zatrzymał nas w drodze do Porvenir wiał jeszcze przez trzy dni a jego siła wynosiła przez ten czas ponad 100 km na godzinę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.