Ushuaia, Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem

Koniec świata w Ushuaia  19- 25.03.2012 

Ciepły posiłek, nocleg w zacisznym miejscu i gorąca kąpiel u przyjacielskiej argentyńskiej rodzinki postawiły nas na nogi. Rano zjedliśmy śniadanko w ciepłej kuchni a gospodyni wyprała nam rzeczy w pralce, przygotowała przepyszny obiad po czym wszyscy nas serdecznie zapraszali by ich odwiedzić w drodze powrotnej z Ushuaia i chętnie oferowali pokój gościnny do spania. Rower, jak widać, potrafi w niezwykły sposób otwierać ludzkie serca i dlatego rowerowa wyprawa nie da się porównać z niczym innym. Rowerzyści z sakwami nie są zwykłymi turystami, na których chce się zarobić, rowerzyści są „wędrowcami”, którym zdecydowana większość ludzi spotkanych w drodze jest gotowa okazać pomoc i przyjaźń zupełnie bezinteresownie! To właśnie jeden z powodów dla których podróżowanie rowerem może zupełnie odmienić spojrzenie człowieka na świat.

Wyjechaliśmy więc dopiero popołudniem, robiąc jeszcze zakupy w argentyńskiej La Anonimie a potem upychając zapasy żywieniowe do sakw przed marketem. To zawsze stanowi swego rodzaju sensację dla przechodniów, którzy nie wierzą, że wszystkie zakupy da się załadować na nieźle już objuczony rower. Szczerze mówiąc dla nas to też zagadka ale zawsze nam się udaje 🙂

Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem

Ledwo wyjechaliśmy za miasto a zaraz zaczęły się trawiaste pustkowia a „wiatrzysko” przypomniało nam kto tu rządzi! Wiało nam centralnie w twarze a prędkość jazdy spadła do 6 km na godzinę chociaż dawaliśmy z siebie wszystko mocno wysilając mięśnie. Momentami brakowało nam sił i trzeba było prowadzić rower. Na szczęście po około 10 kilometrach droga skręciła i wiatr zmienił się na bardziej sprzyjający. Niestety było już późno i w sumie przejechaliśmy tylko 30 kilometrów. Wieczorem los się do nas uśmiechnął. Nagle na pustkowiach pojawiły się jakieś zabudowania, gdzie jak się okazało znajdowała się wspaniała restauracja nad samym oceanem. 

O tej porze roku była jednak nieczynna gdyż bardzo niewiele osób tędy przejeżdżało. Pytaliśmy właścicieli o pozwolenie na postawienie namiotu za budynkiem by schronić się przed wiatrem a oni zaoferowali nam spanie w restauracji. A to luksus! Nie trzeba było namiotu rozstawiać, wiatr przestał nas męczyć, zrobiliśmy sobie gorący posiłek i zjedliśmy go przy stole z panoramicznym widokiem na ocean smagany wiatrem, widoczny przez wielką przeszkloną ścianę w restauracji. Zupełnie magiczny nastrój i gdyby ktoś w Polsce zafundował nam nocleg w luksusowym hotelu z pewnością nie bylibyśmy bardziej szczęśliwi niż tego wieczoru! Wypiliśmy wspólnie gorącą kawę a wicher za oknem wiał, wiał i wiał…

Przez kolejne dni niestrudzenie przemierzaliśmy wichrową wyspę. Około pięćdziesięciu kilometrów za Rio Grande na pustkowiach zaczęły pojawiać się pierwsze grupy drzew, które stanowiły dla nas dużą ulgę. Były to głównie wyschnięte lasy zaatakowane przez pajęczynowate pasożyty, które obrastały drzewa, przyczyniając się do ich obumierania. Jednak nawet te szkielety drzew wytłumiały wiatr i przyjemniej się jechało. Potem coraz więcej było żywych drzew i coraz częściej wjeżdżaliśmy do lasu – ależ byliśmy szczęśliwi! Mogliśmy zjeść sobie spokojnie posiłek wśród drzew na trawie i chwilę odpocząć. Wieczorem minęliśmy miejscowość Tolhuin, gdzie zrobiliśmy zakupy a potem duże i zimne jezioro Fagnano. Miejsce na spanie znaleźliśmy wśród drzew.

Rano było chłodno i padał deszcz. Wyjazd mocno się opóźnił. Jechaliśmy przez lasy i góry, których szczyty w nocy pokrył śnieg. Mijaliśmy ładnie położone jeziora a otoczenie przypominało nam mocno nasze Tatry. Niestety wiatr już nam nie sprzyjał, było zimno i pochmurnie więc przemieszczaliśmy się powoli. Następnego dnia doskwierał mi dotkliwy ból kolana, które przewiał zimny wiatr i nie miałam siły pedałować prawą nogą a mieliśmy sporo podjazdów do pokonania. Im bliżej byliśmy Ushuaia tym więcej pojawiało się gór i czuliśmy się trochę jak w Tatrach późną jesienią. Zimno, góry i przepadujący deszcz a na poprawę pogody nie można było liczyć ponieważ jesień właściwie już przyszła a niedługo miała tu nadejść zima. 

Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Ushuaia, Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Ushuaia

Rower też ucierpiał i ledwo się toczył. Mieliśmy uszkodzony bębenek w tylnim kole z powodu ciągłego przeciążenia naszego pojazdu. Na szczęście daliśmy radę i dnia 22 marca, po 351 dniach podróży dotarliśmy do bramy miejskiej z napisem Ushuaia! Zatrzymaliśmy się by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Byliśmy zziębnięci i zmęczeni a nasze twarze, smagane wiatrem przez wiele dni nie robiły najlepszego wrażenia. Czyżbyśmy dotarli do celu? Popatrzyliśmy na siebie trochę zaskoczeni – no tak, przecież to koniec świata, najbardziej wysunięte na południe miasto, w którym kończy się droga. Dalej już nie pojedziemy! Uśmiechnęliśmy się do siebie. Czy czuliśmy satysfakcję, że dotarliśmy tu we trójkę: my i nasz rower – z pewnością tak ale przede wszystkim czuliśmy, że nam zimno i że jesteśmy głodni…

Można by zapytać czy Ushuaia słusznie nazywa się „końcem świata”? Jeśli nawet, to oczywiście jedynie symbolicznie. Tak naprawdę najdalej wysuniętym na południe zamieszkałym miejscem jest mała chilijska wioska o nazwie Puerto Williams położona po przeciwnej stronie Kanału Beagle na wyspie Navarino. Z Ushuaia można się tam dostać dosyć drogim promem, a na miejscu skorzystać z jeszcze droższej restauracji i noclegu 🙂 My nie czuliśmy koniecznie takiej potrzeby, na pewno nie o tej porze roku.

Przejechaliśmy więc przez miasto, które od pierwszego wejrzenia nie wydało nam się szczególnie atrakcyjne. Owszem jest ładnie położone wśród gór i przy kanale Beagle, który dodaje mu uroku. Niektóre domki są całkiem ładne lecz naszym zdaniem brakuje w nim jakiegoś specyficznego klimatu. Miasteczko po bardziej szczegółowym rozpoznaniu wydawało nam się trochę bez wyrazu. Brzydkie, portowe uliczki mieszają się z  turystycznym centrum, nastawionym głównie na zamożnego turystę. Takich przybywa tu sporo w sezonie by wziąć udział w wycieczkach na Antarktydę – niestety kosztują ogromne pieniądze L pozostali przybywają by zobaczyć ów specyficzny „koniec świata”, co podkreśla się tu na każdym kroku w nazwach hoteli, sklepów, restauracji. Dosyć silnie wyczuwało się tu również „ wiszącą w powietrzu” niechęć do Brytyjczyków. Napisy umieszczane na tablicach informacyjnych lub witrynach sklepowych zawierające stwierdzenie „Malvinas son Argentinas” (Malviny należą do Argentyny) są częste w tym rejonie. Co ciekawe spotkaliśmy się także z sytuacją, kiedy Anglików traktowano „per noga” nawet w hostalu mimo, że było po sezonie i na nadmiar gości nikt nie narzekał.

 

Ushuaia, Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem
Ushuaia, Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonię, Ameryka Południowa rowerem

W Ushuaia dostępne są trzy kampingi, również „municipal”, który znajduje się ok. 10 km za miastem – niestety jest czynny tylko w sezonie. Choć temperatura nie nastrajała do spania w namiocie ceny hostali są wysokie nawet po sezonie. Również ceny kampingów nie są niskie 35-40 pesos od osoby. Zatrzymaliśmy się na kampingu Pipo River oddalonym około 6 km od centrum ponieważ był najtańszy i miał duża kuchnię z pełnym wyposażeniem i jadalnię ogrzewaną piecykiem, w którym właściciel co rano rozpalał ogień, a co najważniejsze miał gorące prysznice.

Pogoda była niesprzyjająca i może również z tego powodu Ushuaia nie wywarło na nas specjalnego wrażenia. Zimno, wilgoć i przepadujący deszcz zniechęcają do podejmowania jakiejkolwiek aktywności. Przyjemność sprawiało nam siedzenie w kuchni przy piecu, przebywanie na zewnątrz powodowało uczucie zimna i ciągle nawracającą konieczność korzystania z toalety J Ze względu na kiepską pogodę nie wybraliśmy się nawet do Lapataia – miejsca w którym kończy się droga, gdyż najzwyczajniej nie mieliśmy najmniejszej ochoty jeździć rowerem w deszczu i zimnie. W ładniejszej pogodzie to miejsce warte odwiedzenia. Jest symboliczna tablica przy końcu drogi oraz podobno przyjemna okolica na spacery po lesie. Można także wjechać kolejka na punkt widokowy. Niestety aura nie była dla nas łaskawa. W dodatku koło wciąż nie zostało naprawione bo w namiocie nie dało się tego robić a Przemek nie miał dość samozaparcia by siedzieć na zewnątrz w chłodzie. Zajmowaliśmy się więc jedzeniem i trochę poszwędaliśmy się po mieście. 

Z okazji dotarcia do Ushuaia zrobiłam pyszny torcik ze śmietaną, galaretką i owocami, korzystając z dostępnego wyposażenia kuchni. Następnego dnia musieliśmy opuścić kamping, który właśnie kończył swoją działalność w tym sezonie. Trzeba było pchać w deszczu obładowany rower do ostatniego kempingu, który jeszcze działał. Na szczęście tam też była kuchnia z piecykiem. Wśród nielicznych biwakujących sami Niemcy i Francuzi – jak w każdym niemal hostalu czy kempingu, zastanawiam się czy nadejdą kiedyś czasy, że Polacy będą mogli tak licznie podróżować.  Po kolejnych dwóch noclegach rower został wreszcie naprawiony. Czas było ruszyć w drogę powrotną. Wiedzieliśmy, że nie mamy szansy przejechać autobusem tych odcinków drogi, które już raz pokonaliśmy rowerem – tandemu nie można było zapakować do bagażnika. Mogliśmy więc liczyć tylko na własne siły i mieliśmy świadomość, że pewnie będziemy należeć do bardzo nielicznego grona tych, którym Patagonię chciało się przemierzać rowerem tam i z powrotem!

 

Ushuaia, Tierra del Fuego, Patagonia rowerem, Ziemia Ognista, Argentyna rowerem, rowerem przez Patagonie, Ameryka Południowa rowerem

Poranki stawały się coraz bardziej zimne a dni coraz krótsze. Później robiło się widno a namiot trzeba było rozkładać wcześniej ze względu na przejmujące zimno. Czas naglił by uciekać przed zimą. Żegnaliśmy się z Ushuaia z dziwnym uczuciem w duszy, że od tej chwili ruszamy w podróż powrotną… Bardzo nie chciało nam się wracać tą samą drogą i w dodatku w kierunku, gdzie wiatr jest bardziej niesprzyjający. Przy wyjeździe z miasta natknęliśmy się na dwie pary autostopowiczów, którzy po dotarciu na „koniec świata” na rowerach opuszczali to miejsce już innymi środkami lokomocji. Zastanawialiśmy się czy też nie spróbować szczęścia i nie podwieźć się do promu. Jednak nasze szanse były niewielkie – mogła nas zabrać tylko ciężarówka a te prawie zawsze były pełne lub zaplombowane. Nie mieliśmy cierpliwości czekać bezczynnie przy drodze na swoją kolej. Poza tym nie było dużej szansy, że dzisiaj wyjechalibyśmy z miasta. Rzuciliśmy więc ostatnie spojrzenie na zimne Ushuaia i ruszyliśmy w drogę. Markety, sklepy z upominkami, biura podróży, hotele i restauracje oddalały się z każdym obrotem kół. Przed nami ciągnęły się kilometry odludnych terenów, po których hulał wiatr.

Naszym zdaniem jeśli gdzieś tu znajdował się „koniec świata”, to zaczynał się raczej tutaj – na pustkowiach za Ushuaia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.