Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej

Ziemia Ognista – kraina wiatru (dorga do Rio Grande) 15.03 – 18.03

Isla Grande de Tierra del Fuego czyli Ziemia Ognista jest wyspą, którą cieśnina Magellana odziela od stałego lądu. To właśnie tu znajduje się legendarne miasteczko Ushuaia, zwane przez podróżników „końcem świata”. Podobno nazwę nadał wyspie Magellan, który przybywając tu drogą morską, ze swego statku widział płonące na nabrzeżu ognie. To Indianie zamieszkujący Tierra del Fuego grzali się przy ogniskach. Doskonale ich rozumiemy…

Zastanawiam się jak opisać podróż rowerem przez Ziemię Ognistą i Patagonię komuś, kto tego nie doświadczył. Kiedy powiem, że wyspę Tierra del Fuego trudno jest pokonać na dwóch kółkach bo wieje tam silny wiatr, to będzie prawda.  Wtedy jednak obraz tego, czego doświadcza człowiek przemierzający te trawiaste pustkowia byłby blady i niewiele warty. Jak opisać poczucie zupełnego odosobnienia, ciągłe zmaganie się z zimnem i wiatrem, który prawie nigdy nie cichnie i wiele samotnych nocy na pustkowiach, spędzonych w dziurach w ziemi lub prowizorycznych schronieniach, przy nieustającym wyciu wichru… To był początek najbardziej wyczerpującego nas psychicznie i fizycznie etapu podróży. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi, że w takich okolicznościach przyjdzie nam jechać przez kolejne dni, tygodnie, miesiące…

Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej

Dzięki życzliwości starszej pani i jej dwóch synów wyspaliśmy się w ciepłym miejscu. Rano, ledwo wstaliśmy a już gospodarze częstują nas gorącą aromatyczną kawą, ciastkami i przygotowanymi bezpośrednio na piecu tostami z dżemem. Poruszeni taką gościnnością powtarzamy tylko „muchas gracias” i wcinamy tosty aż nam się „uszy trzęsą”. Zastanawiamy się jak to jest żyć tutaj na tym porośniętym wyłącznie trawą i smaganym wiatrem odludziu. Starsza pani ma przyjaciela Zorro – pięknego srebrnego lisa, którego dokarmia i który dał się jej oswoić. Południowe krańce kontynentu to niezwykle trudne miejsce do życia, które wciąż pozostaje jednym z najrzadziej zaludnionych obszarów na świecie. Jednak my już wiemy, że właśnie to sprawia, że tutejsi ludzie są życzliwi i mają otwarte serca.

Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej
Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej

Pożegnaliśmy ciepło gospodarzy, zrobiliśmy wspólne zdjęcie i ruszyliśmy w dalszą drogę przez pampę. Ponieważ wciąż zmierzaliśmy w stronę Ushuaia wiatr był jeszcze sprzyjający. Nie widzieliśmy po drodze żadnego człowieka ani samochodu lecz mijaliśmy stadka strusi nandu, guanako i gęsi. Darmowy prom zabrał nas na wyspę i tak oto całkiem sprawnie znaleźliśmy się na Ziemi Ognistej. Po drodze trafiliśmy nawet na mini sklepik, gdzie kupiliśmy małe „ co nieco” za resztę chilijskich pesos, jakie mieliśmy jeszcze przy sobie pozostałe z poprzedniego pobytu w tym kraju. Dotarliśmy do drogi odchodzącej do Cerro Sombrero ale ponieważ mieliśmy jeszcze trochę zapasów jedzenia zdecydowaliśmy się jechać dalej bez  wjeżdżania do miasteczka. 

Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej
Prom na Tierra del Fuego
guanako, Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej
Guanako

Wkrótce jednak skończył się asfalt, droga zrobiła się kiepska i musieliśmy zmienić opony na terenowe by móc dalej jechać. Po krótkiej jeździe, z prawdziwym zaskoczeniem odkryliśmy mały domek, który pojawił się nagle wśród pustki. Ku naszej radości okazało się, że to „refugio” czyli darmowe schronienie postawione przy drodze dla przypadkowych, zbłąkanych podróżnych, przez „Municipalidad Primavera”, co w naszym tłumaczeniu oznacza coś w rodzaju zarządu gminy. Warunki w tym rejonie bywają naprawdę ciężkie i takie schronienie może się przydać również podróżującym samochodem czy motorem, kiedy wiatr staje się tak silny, że zagraża bezpieczeństwu. Najbardziej jednak przydaje się przejeżdżającym tędy rowerzystom! 

Zaraz zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Resztę dnia spędziliśmy na ciągłym pedałowaniu przez wietrzne łąki i jak na zamówienie po południu dotarliśmy do kolejnego refugio. Było w lepszym stanie niż poprzednie. Wewnątrz oprócz stolika znajdowało się piętrowe łóżko i mały piecyk zrobiony ze starej beczki. Wieczorem siedzieliśmy przy świecach i jedliśmy rozgrzewający gorący posiłek w zupełnie nierealnej scenerii. Na zewnątrz było bardzo zimno. Spoglądaliśmy z niepokojem w niebo, gdyż wiedzieliśmy że prognozy zapowiadały trzy dni opadów. Jednak niebo było bezchmurne i pełne gwiazd a wokół oprócz szumu wiatru nie było słychać żadnych innych dźwięków.

rowerem przez Patagonię, refugio, guanako, Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej
guanako, Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej

Niestety rano, dokładnie tak jak zapowiadano, niebo się zachmurzyło i wkrótce zaczął padać deszcz. Nie było szans na dalszą jazdę. Nasze wątpliwej jakości ubrania przeciwdeszczowe były już tak zniszczone, że wystarczyłoby 10 minut jazdy w deszczu by nas przemoczyć. To byłby najgorszy scenariusz – znaleźć się w przemoczonych ubraniach na  pustkowiu z wiejącym wiatrem bez żadnego schronienia. Nie ma wtedy szansy nawet na zjedzenie posiłku a w momencie kiedy przestanie się pedałować organizm natychmiast zaczyna się wychładzać i po kilku minutach nie jest się już w stanie ani jechać ani zrobić niczego innego. Nie było nam do śmiechu, gdyż nie mieliśmy takich zapasów aby w razie konieczności spędzić tu trzy dni! Nastrój poprawił nam gorący posiłek.

Jednak po południu przestało padać i choć chmury nadal zakrywały niebo, spakowaliśmy rower i ruszyliśmy w dalszą drogę. Było chłodno, wilgotno i nieprzyjemnie. Wokoło ani jednego drzewa, ani domu ani oczywiście człowieka. Wiatr, który rano nieco osłabł, teraz zaczął się wzmagać i w końcu wiało już jak zwykle – czyli nie było mowy o postoju na posiłek ani o postawieniu namiotu. Jechaliśmy i wypatrywaliśmy z nadzieją na horyzoncie jakiegokolwiek schronienia ale niczego nie wypatrzyliśmy. Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Cullen, która widniała na naszej mapie. Mieliśmy nadzieję, że tu nareszcie uda się gdzieś postawić namiot. Niestety i ta nadzieja zawiodła. W około nie było żadnych domów mieszkalnych ani żadnych ludzi tylko zakłady wydobywające gaz. Nie było też żadnego sklepiku a wszystkie zabudowania gazowni otoczone były płotem. 

Ruszyliśmy więc dalej szukając choćby pagórka czy rozpadliny w ziemi, która stanowiłaby jakąś ochronę przed wiatrem ale niczego takiego nie było. Jednak i tym razem szczęście nas nie opuściło! Chociaż sytuacja wyglądała kiepsko i zbliżał się wieczór, to nagle w szczerym polu pojawił się mały metalowy barak! Ściany zrobione były z blachy ze starych beczek a wokoło zalany był wodą po wczorajszych opadach. Miał jednak dach chroniący przed deszczem i ściany przed bezlitosnym wiatrem. W środku było zimno i wilgotno jak w piwnicy ale nie wiało, co od razu sprawiło nam ogromną ulgę. Był też piecyk z beczki ! Rozstawiliśmy namiot w środku i marzyliśmy, żeby się ogrzać. Znaleźliśmy kilka desek i kawałków drewna a Przemek porąbał maczetą w drzazgi kawałek polana i wkrótce w piecyku zapłonął ogień. Na zewnątrz szybko zapadł zmrok. Siedzieliśmy w namiocie i słyszeliśmy dobiegające z zewnątrz wycie wiatru , który szarpał blaszakiem aż metalowe ściany trzeszczały. Jak to dobrze mieć „jakiś dom”, choćby taki jak ten stary blaszak – myśleliśmy, patrząc w ciepłe płomienie w piecyku.

W nocy padał deszcz i rano znów było chłodno i wilgotno. Obudziło nas wycie wiatru, który nie odpuszczał ani na chwilę. Dalsza droga była kręta a wicher raz był sprzyjający a innym razem wiał z boku wyrzucając nas co chwilę na środek drogi. Wokoło nie było nic tylko czasem guanako i dzikie gęsi. Dojechaliśmy jednak do miejsca, gdzie rosły krzaki przypominające trochę naszą kosodrzewinę i dzięki temu mogliśmy zrobić postój a nawet ugotować coś ciepłego na palniku. Pod wieczór, po całym dniu jazdy przez rozległą, zimną i wietrzną pampę, dojechaliśmy do przygranicznej chilijskiej wioski San Sebastian. Było tam dosłownie kilka domów, restauracja, hostel i kamping. Niestety nie mieliśmy już prawie chilijskich pesos, więc kamping nie wchodził w grę. Poszliśmy do restauracji zapytać czy możemy gdzieś postawić namiot. Właścicielka się zgodziła i mogliśmy usadowić nasz „dom” za małym budynkiem, w którym spali pracownicy gazowni.

Obudził nas kolejny zimny i wietrzny dzień ale na osłodę pracownicy przynieśli nam trochę jedzenia i słodyczy. Byliśmy im bardzo wdzięczni bo nasze zapasy były już na wyczerpaniu. Po śniadaniu zaczęliśmy zaraz szykować się do drogi, tym czasem w restauracji zjawił się właściciel i bezceremonialnie strofował żonę, za to że pozwoliła nam postawić namiot za darmo i kazał nam się zaraz zabierać. Uwijaliśmy się szybko i cieszyliśmy się, że „dziad bez serca” nie zjawił się wczoraj bo nie wiadomo gdzie byśmy tę noc spędzili! 

Do granicy mieliśmy jakieś 500metrów i przekroczyliśmy ją bez problemu, w wyjącym zapamiętale wichrze. Całe szczęście. Nie chodziło o to, że nie lubimy Chile ale  w kieszeniach mieliśmy jedynie argentyńskie pesos, które dawały nadzieję na to, że uda nam się kupić coś do jedzenia. Wkrótce dojechaliśmy do argentyńskiego punktu kontroli granicznej i wioski San Sebastian w Argentynie. Niestety scenariusz się powtórzył. Kilka domów i brak jakiegokolwiek sklepu. Tak więc sytuacja była już jasna – trzeba było dojechać do miasta żeby zwyczajnie mieć co jeść. Na szczęście po drodze była stacja, gdzie mogliśmy nabrać wody. Pogoda też nie była najgorsza i przez cały długi dzień jazdy mieliśmy w większości sprzyjający wiatr, który wiał od północno-zachodniej strony wyspy. 

Rio Grande

Droga od czasu do czasu zbliżała się do oceanu. Wówczas miała miejsce dość niezwykła dla nas sytuacja – wiatr wiejący od strony lądu okazywał się silniejszy od tego znad Atlantyku i zdmuchiwał pianę z białych grzywaczy  z powrotem do morza! Tak więc pod siłą wiatru fale cofały się z powrotem do oceanu. Pedałowaliśmy cały dzień ile sił w nogach. Wietrzne, trawiaste pustkowia nie stwarzały zresztą pokusy żeby zatrzymać się na odpoczynek czy nawet posiłek. O zmierzchu, bardzo zmęczeni, dotarliśmy wreszcie do większego miasta Rio Grande, co do którego mieliśmy pewność, że będą w nim sklepy. Problemem byoł tylko miejsce na spanie ale na razie myśleliśmy tylko o jedzeniu. Miasto położone na pustkowiach przy Oceanie Atlantyckim jest narażone na ciągły wicher, dlatego wszędzie przy domach widzieliśmy masywne płoty, mury lub ekrany osłaniające przed wiatrem. 

 

Rio Grande, Ziemia Ognista, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej

Byliśmy głodni, bardzo zmęczeni a nasze twarze skazane na ciągłe znoszenie wichury wyglądały jak poparzone. Jednak, jak już wielokrotnie w tej podróży, nagle znajdowało się szczęśliwe rozwiązanie. Zupełnie jakby świat sprzyjał nam w spełnieniu marzeń, stawiając na naszej drodze przyjaznych ludzi, o istnieniu których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Przemek zapytał napotkaną kobietę z zakupami o to, gdzie jest sklep i tak trafiliśmy pod dach wspaniałych ludzi – rodziny Andradów. Zrobiliśmy zakupy żywieniowe a potem spędziliśmy wieczór na dwudziestych pierwszych urodzinach najmłodszej córki gospodarzy wraz z rodziną i przyjaciółmi. Wszyscy bawili się świetnie i wspólnie – młodsi i starsi na zupełnie bezalkoholowej imprezie. Od razu polubiliśmy rodzinkę. Siedzieliśmy w ciepłym, przytulnym miejscu, opychaliśmy się przepysznym ciastem urodzinowym solenizantki i byliśmy niezmiernie szczęśliwi, że wreszcie nie słyszymy i nie czujemy tego nieznośnego wiatru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.