rowerem przez Patagonię, Patagonia rowerem, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej, Rio Gallegos

Jak spotkaliśmy Cezara i zamiast w Rio Mayo znaleźliśmy się w Rio Gallegos… 10 – 14.03.2011 

Pewnego dnia, wiele lat temu, w jakimś pięknie wydanym albumie zobaczyliśmy zdjęcie lodowca Perito Moreno i oboje bardzo zapragnęliśmy go zobaczyć. Tak właśnie powstało jedno z naszych marzeń – które inspirowało nas do tej podróży. Teraz byliśmy gdzieś na odludziu w południowej Argentynie i dzieliło nas od niego już „tylko” niecałe dwa tysiące kilometrów. A jednak rozmyślaliśmy, liczyliśmy i wiedzieliśmy, że żadnym sposobem nie uda nam się dojechać rowerem do lodowca a potem do Ushuaia przed nadejściem zimy.  Przez kolejne dni wciąż byliśmy w rozterce…

Dwie samotne sosny, pod którymi stał namiot szumiały nad naszymi głowami. Wstaliśmy późno pomimo ładnej pogody. Niestety późne wstawanie już weszło nam w krew. Poranki stały się takie zimne, że nie miało się wystarczająco silnej woli by wyjść ze śpiwora póki słońce nie ogrzeje trochę powietrza. Nasze ciała, które nie zawierały już ani grama zbędnego tłuszczu ciężko przystosowywały się do chłodów a organizm ciągle domagał się jedzenia. Jednak jadąc przez wietrzne pustkowia, człowiek nie ma możliwości na częste zatrzymywanie się na posiłek.

Wyjechaliśmy późno ale jazda szła dobrze i mieliśmy wreszcie bardziej sprzyjający wiatr.  Zmierzaliśmy w stronę miejscowości Esquel. Wokoło rozciągały się pustkowia bez żadnych wiosek ale po drodze minęliśmy rzekę i od czasu do czasu pojawiły się gdzieś jakieś drzewa. Rosło tam też mnóstwo jeżyn oraz pięknych, czerwonych głogów. Lokalni w okolicach swoich wiosek zbierają te owoce specjalnymi grzebieniami a potem produkuje się z nich aromatyczne konfitury. Popołudniem dotarliśmy do miasteczka, choć planowaliśmy wcześniej rozłożyć obozowisko ale nie trafiliśmy na żadne dobre miejsce. Na przedmieściach natknęliśmy się na manifestację. Zrozumieliśmy tylko, że ludzie protestowali przeciwko jakiejś kopalni – zbyt mało znamy język, żeby wywnioskować czy kopalnia znajduje się w tym miasteczku czy też chodziło o kopalnię, która miała zostać wybudowana w Chile a Argentyńczycy obawiali się, że to właśnie ich rejon najbardziej ucierpi. 

Szkoda byłoby, bo to całkiem sympatyczne miejsce. Spokojne, położone w otoczeniu gór, bez dużego ruchu. Chcieliśmy się tu zatrzymać choćby na jeden dzień i poleniuchować chwilę w tej zupełnie ”surrealistycznej” atmosferze dziwnej oazy zagubionej gdzieś na wietrznej pampie. Niestety czas naglił. W miasteczku były markety i mogliśmy się porządnie zaopatrzyć w jedzenie, choć bardzo brakowało nam w Argentynie naszej ulubionej instytucji rynku czy bazaru, gdzie można kupować świeże artykuły wprost od rolników za przyzwoitą cenę. Potem trzeba było zaraz wskakiwać na rower i wracać do RUTA 40, którą jechaliśmy na południe. Przy wyjeździe z miasteczka natknęliśmy się jeszcze na kamping. Jednak cena 30 pesos/osoba jak dla nas była dość wysoka i zdecydowaliśmy się jechać dalej by rozbić się jednak gdzieś na dziko. 

Odpowiednie miejsce na nocleg wypatrzyliśmy około 6 km za miastem. Wcześniej trzeba było jeszcze pozować do zdjęcia przygodnie napotkanemu tubylcowi, który okazał się również rowerzystą podróżującym niegdyś z sakwami a nawet przyczepką! To prawdziwy rodzynek w tych okolicach. Potem spotkaliśmy motocyklistę, z którym trzeba  było zrobić kolejne zdjęcia i pogawędzić chwilę, kalecząc ordynarnie język hiszpański. Dostaliśmy paczkę yerba mate na pożegnanie. Niestety nie mieliśmy sprzętu do spożywania tego napoju ale „co się odwlecze to nie uciecze”, jak to się mówi. Wreszcie zostaliśmy sami, poszliśmy w upatrzone miejsce i rozbiliśmy sobie obozowisko, zjedliśmy kolację, napiliśmy się kawy, schrupaliśmy ciastka a potem odpoczywaliśmy.

Obudziła nas pogoda pochmurna i zimna a w drodze przepadywał deszcz. Okolica była już bez drzew – tylko wzgórza pokryte trawą i kolczastymi krzewinkami a po obu stronach drogi, ciągnące się tysiącami kilometrów płoty, które nie wiedzieć czemu mają służyć. A więc panorama, którą oglądaliśmy już od tygodni. Do następnej większej wioski Rio Mayo mieliśmy ponad 300 kilometrów. Jednak po drodze według mapy miały być jeszcze dwie mniejsze, więc liczyliśmy, że uda nam się kupić coś do jedzenia. Miasteczka żadnego nie było już w planie przez najbliższe 2000 km 🙂 Odczucie pustki i oddalania się od cywilizacji było coraz bardziej dotkliwe i myślę, że to właśnie podróżujący tędy rowerzyści doświadczają go najbardziej. 

Świadomość całkowitej samotności i konieczności polegania tylko na sobie staje się dominującym uczuciem. My jednak byliśmy drużyną i oprócz wiatru słyszeliśmy jeszcze siebie nawzajem i odgłosy naszego roweru. Po południu zbliżyliśmy się do rzeki Tecka, przy której rosły grupki drzew i to w dodatku przed płotem, tak że mogliśmy sobie postawić namiot w miejscu osłoniętym od wiatru. Pod drzewami była miękka, zielona trawa a za płotem, przez który można było się przecisnąć – rzeka z czystą wodą. Wokół pustka i cisza a powietrze jeszcze na tyle ciepłe, że na upartego można było się umyć , natrzeć pachnącym balsamem a potem wypić kawę i tradycyjnie zjeść ciasteczka. Zapomnieliśmy na chwilę o naszych problemach i byliśmy szczęśliwi.

Rowerem przez Patagonię
rowerem przez Patagonię, Chile, Argentyna, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej, Rio Gallegos

Następnego dnia dotarliśmy do pierwszej z dwóch mniejszych wiosek, również o nazwie Tecka. Udało się znaleźć jakieś małe sklepiki i uzupełnić zapasy żywieniowe. Jednak od momentu wyjazdu ze wsi rozpoczęła się prawdziwa męczarnia. Czekał nas piętnastokilometrowy podjazd i silny, zimny wiatr boczny. Męczyliśmy się strasznie żeby utrzymać rower na kursie i mimo jazdy pod górkę musieliśmy poubierać kurtki bo hulający po pustkowiach wicher bez przeszkód nas przewiewał. Po 5 godzinach wykańczającej jazdy mieliśmy przejechane ledwo 50 km! Zatrzymaliśmy się na chwilę za wałem z ziemi by zjeść posiłek i odpocząć chwilę od wiatru. Potem jednak mieliśmy więcej szczęścia – wjechaliśmy między wzgórza, które trochę nas osłaniały i udało nam się przejechać jeszcze 20 km. Pojawiło się nawet jakieś rancho od czasu do czasu ale znajdowały się one z dala od drogi a bramy wjazdowe pozamykane były łańcuchami.

Ranek był jeszcze bardziej zimny ale wiedzieliśmy, że mamy już niedaleko do rzeki i drugiej wsi. Zaczęliśmy dzień od zmiany opony. Wczoraj nie „trzasnęła” tylko dzięki temu, że w środek Przemek włożył dwie stare dętki jako podkładki. W dodatku dziura powstała w miejscu, gdzie dętka była załatana i ta właśnie łatka nas uratowała! Gdyby opona pękła poprzedniego dnia bylibyśmy załatwieni. Wicher przewiałby nas totalnie zanim byśmy ją zmienili na nową.

Wkrótce dotarliśmy do wioski Gubernator Costa. Wioska była lepiej zaopatrzona niż poprzednia – bez problemu zrobiliśmy zakupy a w „panaderii” kupiliśmy mnóstwo świeżych, pachnących bułeczek. To było wreszcie to miejsce, w którym wiatr stawał się sprzyjający – czekaliśmy na nie od dawna. W tym miejscu muszę napisać kilka słów wyjaśnienia w związku z wiatrem! Otóż podróżując przez Amerykę Południową w kierunku z północy na południe po stronie zachodniej – równolegle do Pacyfiku mamy do czynienia ze stałym kierunkiem wiatru. Oczywiście mogą się zdarzać drobne odchylenia spowodowane pogodą lub ukształtowaniem terenu jednakże generalnie i niezmiennie wiatr wieje z południowego zachodu. To znaczy, że jeżeli podróżuje się tak jak my z Kolumbii do Argentyny, trzeba być przygotowanym na to, że wiatr będzie niesprzyjający. 

Silniej zaczęliśmy odczuwać to w Ekwadorze i w trakcie całej podróży na południe kontynentu musieliśmy borykać się z bardziej lub mniej silnym wiatrem, który utrudniał nam życie i wiał po skosie w twarz, skutecznie spowalniając nas w drodze. Wiedzieliśmy jednak o tym, że w Patagonii, w pewnym momencie wiatr staje się bardziej sprzyjający – zmienia kierunek na północno zachodni i zaczyna wiać po skosie w plecy. Nie jest to oczywiście układ idealny, ponieważ przy mocnych podmuchach, rower często zostaje dosłownie wyrzucany na środek drogi i nie łatwo jest utrzymać kierunek jednakże ten wiatr pozwala jechać szybkim tempem. Tak więc właśnie dotarliśmy do tego miejsca. Wiatr zaczął nas wspomagać. Ruszyliśmy w stronę Rio Mayo z zamiarem przejechania możliwie jak największego dystansu ale… jak to w życiu bywa – spotkaliśmy kogoś na naszej drodze i zdarzenia potoczyły się nieco inaczej.

Droga Siedmiu Jezior, Villa La Angostura, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem

 

Zanim dotarliśmy do Rio Mayo na pustej drodze pojawiła się mała, nie załadowana ciężarówka. Kierowca zatrzymał się i spytał czy nas gdzieś nie podwieźć. I tak poznaliśmy Cezara – przyjacielskiego wesołka z Chile, który właśnie wracał do domu z miasta Iquiqe. Cezar mieszkał w Puerto Natales na południu Chile, gdzie jego żona prowadziła pensjonat. On zaś sprowadzał na zamówienie samochody z północy kraju, pokonując takim zakupionym przez klienta autem kilka tysięcy kilometrów, z jednego końca rozciągniętego jak wąż Chile, na drugi. Część drogi biegła oczywiście przez Argentynę aby uniknąć drogiej przeprawy promowej i tu właśnie nasze drogi się skrzyżowały. No więc staliśmy na drodze mocno zaskoczeni i zastanawialiśmy się czy chcemy zabrać się z tym gościem. Oczywiście chcieliśmy podróżować rowerem ale czy spotkanie z Cezarem nie było rozwiązaniem naszych problemów? Tak więcposzliśmy na żywioł i zdaliśmy się na los, który dał nam szansę. Załadowaliśmy rower i bagaże na pakę a sami wskoczyliśmy do kabiny. To była świadoma decyzja ze wszystkimi jej konsekwencjami: dotrzemy do Ushuaia na czas, to, co przejedziemy samochodem pokonamy rowerem w drodze powrotnej ale wszystko ma swoją cenę – wiatr znów nie będzie nam sprzyjał…

Odbiliśmy z RN 40 w stronę oceanu. Patrzyliśmy na krajobraz, który umykał w szalonym  tempie. Godzina jazdy samochodem, to około półtora dnia jazdy rowerem! Przejechaliśmy setki kilometrów a teren wciąż był taki sam i pejzaż nic się nie zmieniał. Jednak podróżując samochodem nie doświadczyliśmy takiego poczucia wyizolowania i nie musieliśmy się martwić o jedzenie, wodę i spanie. Tak więc w jednej chwili zniknęły wszystkie nasze troski. Po prostu siedzieliśmy sobie wygodnie i patrzyliśmy jak droga ucieka spod kół. Dojechaliśmy do wybrzeża Atlantyku a potem do miejscowości Calleta Olivia. Częściowo prowadził Przemek zmieniając Cezara, który był w drodze już od 4 dni. W Calleta Olivia zatrzymaliśmy się na nocleg na stacji benzynowej, gdzie w dodatku był ciepły prysznic.

Kolejny dzień jechaliśmy tylko z krótkimi przerwami na stacjach benzynowych. Przejechaliśmy ponad 700 km a po drodze minęliśmy tylko trzy miasteczka i krajobraz wciąż był taki sam – pampa, pampa i jeszcze raz pampa, bez jednego drzewa! Jazda na rowerze tym odcinkiem byłaby bardzo trudna – duże odległości, silny wiatr, niewiele wody po drodze a jeśli już trafi się rzeka, to woda w niej jest brudna – nie to co w górach, gdzie potoki spływają do rzek z topniejących śniegów. Koniecznie trzeba by mieć filtr, gdyż chlorowanie nie rozwiązałoby problemu. Miejsce na namiot też nie łatwo znaleźć bo wszędzie płasko i żadnej ochrony przed wiatrem.

Dzięki Cezarowi dojechaliśmy do Rio Gallegos, pokonując w dwa dni prawie 1500 km. To zaoszczędziło nam min. trzy tygodnie jazdy! Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do granicy z Chile przez którą udało nam się przemycić zapasy jedzenia na dalszą jazdę. Niestety do Chile nie wolno wwozić wielu produktów żywnościowych, co stanowi poważny problem dla rowerzystów, ponieważ w okolicy nie ma gdzie uzupełnić zapasów, jeśli nie posiada się chilijskiej gotówki. Kierowaliśmy się do wioski Cerro Sombrero. Zimno było jak skurczybyk! Po całym dniu w samochodzie byliśmy wykończeni bezruchem. Jeszcze kilka takich dni siedzenia w cieple a rozchorowalibyśmy się gdyby przyszło nam wreszcie spać w namiocie. Tak więc byliśmy wdzięczni Cezarowi ale taki tryb życia nam nie służył.

Ponakładaliśmy ciepłe ubrania. Wokoło oczywiście pampa, wiatr i nadchodzący wieczór. Jechaliśmy drogą prowadzącą do promu odpływającego na Isla Grande Tierra del Fuego, na której południowym krańcu leży Ushuaia. Nagle w zapadającym zmroku dostrzegliśmy dom. Przemek poszedł zapytać czy moglibyśmy dostać trochę wody a ludzie przygarnęli nas z tego wietrznego pustkowia do ciepłego domu. Usiedliśmy w kuchni przy piecu, dostaliśmy kawę i tosty z dżemem, potem obiad, dostęp do komputera z Internetem i łóżko do spania. Po raz kolejny szczęście się do nas uśmiechnęło.

Rowerem przez Patagonię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.