Droga Siedmiu Jezior, Camino de Siete lagos, Patagonia, Indian Comunidad, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem

Koniec lata w Argentynie. Podróż drogą „Siedmiu Jezior” do Villa La Angostura   24.02-3.03.2012

Wciąż inspirowało nas płynące z głębi serca pragnienie poznawania świata. Nie zmniejszało się mimo przybywających na naszym liczniku kilometrów i dziur w ubraniach i mimo widocznych na twarzach i rowerze trudów związanych z wielomiesięczną podróżą. Czuliśmy, że jeszcze wiele przed nami. Tak, bardzo wiele… Opuściliśmy więc senne i spokojne Las Lajas kierując się dalej – na południe Patagonii.

 Tego dnia nadeszło też to, czego spodziewaliśmy się od kilku tygodni – w Argentynie skończyło się lato. Pogoda była pochmurna ale i bezwietrzna więc jechało nam się nienajgorzej choć powietrze stało się parne i senne. Zaopatrzeni w żywność około godziny 14.00 zrobilismy  postój na jedzenie i ledwo zaczęliśmy się pożywiać gdy z chmur nad naszymi głowami posypały się pierwsze krople deszczu. Ponieważ w dalszym ciągu przemieszczaliśmy się na odkrytym terenie bez drzew, trzeba było szybko skończyć jedzenie. W dodatku zrobiło się jakoś chłodno i musieliśmy poubierać kurtki, w ochronie nie tylko przed deszczem ale i zimnem. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że na następne gorące dni przyjdzie nam poczekać bardzo, bardzo długo ale słusznie przeczuwaliśmy, że zaczęła się jesień a z nią jeszcze większe wyzwania dla nas i naszego roweru.

Jeszcze tego samego dnia po południu dotarliśmy do miejscowości Zapala. Znów trzeba było wejść do sklepu by uzupełnić to, co zjedliśmy w drodze, gdyż do następnego miasteczka mieliśmy jeszcze ponad 200 kilometrów. Niestety zgodnie z naszymi obawami ceny znów były wyższe, obecnie na same produkty żywnościowe wydawaliśmy już ok. 70 zł dziennie. W drodze z miasteczka zatrzymała nas sympatyczna argentyńska para. Ludzie spotkani w podróży nie przestają nas zadziwiać! Rozmawialiśmy chwilę. Nelson powiedział, że jest Włochem. Przyjechał tutaj bo w Europie jest ciężkie życie a w Argentynie nawet biedni mają co jeść – podsumował szczerze. W zasadzie byliśmy w stanie się z nim zgodzić. 

Szczególnie biorąc pod uwagę trudy egzystencji w naszym kraju i choć sytuacja ta z pewnością nie dotyczy europejskich krajów wysoko rozwiniętych, to jednak co by nie mówić życie w Argentynie z pewnością jest mniej skomplikowane.  Po krótkiej rozmowie zostaliśmy zaproszeni przez nich na obiad a niezwykle towarzyski Nelson wręczył nam kartkę z adresem, pod którym mieliśmy się stawić w drodze powrotnej z Patagonii, kiedy to będziemy na kursie prowadzącym do ich domu! Byliśmy pod wrażeniem a oni stwierdzili tylko, że jesteśmy chudzi i przydałoby się nam posiedzieć u nich kilka dni i się dobrze najeść 🙂 Trudno było zaprzeczyć ale na razie nasza droga prowadziła w przeciwnym kierunku a wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że w najbliższym czasie łatwiej z pewnością nie będzie…

Patagonoa rowerem, Argentyna rowerem, Ameryka Południowa rowerem, podróżowanie po Argentynie, podróżowanie po Patagonii
Klasyczny patagoński krajobraz w Argentynie

Wieczór tego dnia był chłodny i deszczowy, podobnie jak wiele kolejnych dni i nocy. Jednak następnego ranka na niebie się nieco przejaśniło ale dla odmiany zaczęło mocniej wiać. Wiatr wiał z boku a podmuchy były tak silne, że co jakiś czas niebezpiecznie wyrzucały rower na środek szosy! Tandem gorzej sobie radzi w takich warunkach niż tradycyjny rower, ze względu na dużą powierzchnię a my do tego ciągnęliśmy za sobą jeszcze przyczepkę. Tysiące przejechanych kilometrów sprawiły, że potrafiliśmy już świetnie balansować na naszym rowerze i doskonale zgrywać swoje ruchy i dostosowywać się do warunków otoczenia ale kontrolowanie jazdy przy takim natężeniu wiatru było po prostu niemożliwe. Po kilku godzinach pedałowania, w trakcie których przebyliśmy ledwo 50 km, dotarliśmy do niewielkiego rancho przy drodze, gdzie dostaliśmy trochę wody a w malutkim sklepiku kupiliśmy ciastka, gdyż nic innego nie mieli. 

Wkrótce zmęczeni walką z wiatrem zaczęliśmy poszukiwać miejsca na obozowisko. Zadanie było trudne – bo gdzie postawić namiot na pustkowiach bez drzew, na których szaleje wichura? W końcu wypatrzyliśmy wysuszone koryto rzeki. Miejsce dalekie było od ideału ale chociaż częściowo chroniło od wiatru. Wciągnęliśmy z mozołem rower do koryta i zabraliśmy się za oczyszczenie podłoża z większych kamieni a potem za ustawianie namiotu. Niestety w międzyczasie wiatr zmienił kierunek i przybrał na sile, uderzając w nas silnymi porywami i miotając wokół piachem. Wkrótce stało się jasne, że o postawieniu namiotu możemy zapomnieć. 

Trzeba było z powrotem spakować wszystko na rower a potem wyciągnąć go znów na drogę, co było jeszcze większym wysiłkiem niż sprowadzenie na dół. Wreszcie gdy wywlekliśmy się ponownie na asfalt, wichura była już tak silna, że nie było mowy o żadnej jeździe! Rower trzeba było pchać i mieć nadzieję, że zanim zapadnie zmrok znajdziemy jakieś schronienie. Nadzieja ta była niczym nieuzasadniona, bo skąd niby na pustkowiach miałoby się nagle wziąć schronienie? Ale widać w tej podróży szczęście było nam jednak pisane 🙂 I jeszcze zanim zapadł zmrok na horyzoncie pojawiło się kolejne samotne domostwo! Przyjęła nas społeczność indiańska, jakich spotykaliśmy mnóstwo w Ameryce Południowej ale w Argentynie po raz pierwszy. 

Patagonia, Indian Comunidad, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem

Ostatecznie wylądowaliśmy w pomieszczeniu, które służyło za salkę katechetyczną. Było przestronne i mogliśmy sobie wewnątrz postawić namiot i nie stanowiliśmy dla nikogo problemu. W środku były też stoły i krzesła, dzięki czemu można było wygodnie przyrządzić posiłek i zjeść go na siedząco! Cóż to była za frajda trafić w takie miejsce i do ludzi, którzy okazali życzliwe serca dwóm obdartusom na rowerze. Twarze mieliśmy czerwone od wiatru jakby nas żywym ogniem przypalali a zmęczeni byliśmy niemożliwie. Siedzieliśmy przy stoliku pijąc gorącą herbatę, słysząc jak wiatrzysko szarpie dachem i szybami w oknach i cieszyliśmy się los znów się do nas uśmiechnął w beznadziejnej sytuacji. To był nasz pierwszy nocleg w pomieszczeniu od momentu jak opuściliśmy Boliwię, czyli od ponad dwóch miesięcy 🙂

Następnego dnia okazało się, że w okolicy znajdowało się jeszcze kilka chat, tworzących maleńką wioskę o nazwie Las Cortaderas, gdzie mogliśmy spokojnie i w zaciszu spędzić noc. Wstaliśmy wcześnie i słyszeliśmy, że wiatr trochę osłabł więc szybko ruszyliśmy w drogę zabierając ze sobą zapas wody, który dostaliśmy od gospodarzy. Po drodze zrobiliśmy postój na drugie śniadanie i zjedliśmy resztę pieczywa, jaka została jeszcze w sakwie. Wkrótce dotarliśmy do miejsca La Negra, gdzie według mapy miała być wioska. W rzeczywistości było tylko skrzyżowanie dróg i ani jednego domu! Po południu po monotonnej jeździe przez pagórkowate obszary w nieustającym wietrze dotarliśmy do rzeki. Ku naszej radości pojawiły się wreszcie zielone drzewa i krzewy, mogliśmy spokojnie rozbijać obozowisko.

Rano znów przepadywał deszcz i było chłodno. Minęliśmy kolejną niby wioskę – Catan Lil. Tablica wjazdowa, stojąca w szczerym polu, potem dwa kilometry pustkowia i tablica wyjazdowa. Ot i cały Catan Lil! Zupełne szaleństwo 🙂

 Z każdym dniem jazdy na południe poczucie izolacji stawało się coraz większe. Ruch na drodze był niewielki, wioski coraz dalej od siebie a wielkie pustkowia pozbawione drzew wydawały się ogromne. Zaludnione miasta, zgiełk codziennego życia, komunikacja, Internet i kontakt ze światem  – wszystko to zdawało się coraz bardziej oddalać a w to miejsce pojawiło się dotkliwe uczucie pustki i konieczności liczenia tylko na siebie. W San Ignacjo kolejnej wiosce był jeden dom i restauracja, w której można było kupić tylko ciastka. Nasze ciała domagały się natomiast solidnych posiłków. Byliśmy wychudzeni i źle znosiliśmy spadek temperatury dlatego musieliśmy pochłaniać większe porcje jedzenia. 

Znaleźliśmy drewnianą budę na przystanku, przy drodze i tam, chroniąc się przed wiatrem, ugotowaliśmy całą paczkę  makaronu. A potem znów wiatr, trawiaste, pagórkowate przestrzenie aż dotarliśmy do szkółki leśnej. Niestety sztucznie nasadzane świerki były jeszcze małe i nie chroniły przed wiatrem lecz wszystkie pnie odchylały się już od pionu nękane ciągłą wichurą. Gęsta ściana drzew to najskuteczniejsza ochrona przed wiatrem jednak wiele świerków nie wytrzymywało suszy a ich igły były brunatne i opadały, no cóż w końcu to nie była przyjazna kraina ani dla ludzi ani dla drzew! Mimo wszystko jednak świerczki cieszyły nasze oczy. Trafiliśmy też w drodze na stanowisko obserwacji kondorów. Dostrzegliśmy je bez trudu jak kołowały wysoko w powietrzu nad skałami. Podziwialiśmy jak szybują w dowolnym kierunku, mając w poszanowaniu wiatr, który nam tak zatruwał życie.

Mijały kolejne chłodne i deszczowe dni . Wychodzenie z namiotu i ciepłego śpiwora odbywało się raczej bez entuzjazmu i niejednokrotnie pojawiało się w naszych głowach pytanie „co my tu właściwie robimy?”.  Mimo wszystko jednak nie mieliśmy ochoty zawrócić. Przecież gdzieś tam czekały na nas lodowce…

 Minęliśmy miasteczko San Junin. Wpadliśmy tam głodni, jedynie z niedojedzoną paczką ciastek, tuż po godz. 13.00. Byliśmy przekonani, że te ciastka będą musiały nam wystarczyć aż do 17.00, kiedy to skończy się siesta ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu w miasteczku był market – otwarty pomimo siesty! Tak więc w nagrodę mieliśmy składniki na pyszną kolację i zaopatrzenie na dalszą drogę. San Junin to sympatyczna mieścinka. Spokojna i bez wielkich atrakcji turystycznych ale położona w otoczeniu zieleni nad rzeką z czystą wodą. Być może tylko dlatego wydawała nam się ładna – trudno o obiektywność w takich okolicznościach 🙂

 

San Junin de Los Andes, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem
San Martin

Droga z San Junin do San Martin de Los Andes, jednego z ulubionych kurortów argentyńskich elit, była już nieco lepsza. Stopniowo zaczęły pojawiać się drzewa a w odległości około 20 kilometrów przed miastem rozpoczęła się śliczna, zielona kraina położona wśród gór. San Martin przypominało nam bardzo nasze Zakopane, choć ma chyba ładniejszą zabudowę i więcej stylowych domków lecz pełne jest hoteli, hostali, kabanas i turystów oczywiście. Jest tu co robić przez cały rok – zimą narty i snowboard, latem trekkingi, kajaki i rowery górskie w otoczeniu ślicznych gór i jezior. Tak więc kto ma zapas gotówki nie będzie się tu nudził, a kto nie ma – to zawsze może, tak jak my, zrobić zapasy prowiantu w marketach a potem ruszyć załadowanym rowerem do Laguny Lacar i w górę na stukilometrowy szlak, tak zwaną „drogą siedmiu jezior” aż do następnej malowniczej wioski, o nazwie Villa La Angostura.

Camino de Siete Lagos, Droga Siedmiu Jezior, Patagonia, Indian Comunidad, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem
Camino de Siete Lagos
Patagonia, Indian Comunidad, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem
Droga Siedmiu Jezior

Camino do los Siete Lagos czyli szlak siedmiu jezior jest naprawdę piękny, szczególnie dla rowerzystów, którzy mogą podziwiać fantastyczne, górskie krajobrazy bezpośrednio z roweru! Droga przechodzi przez dwa parki narodowe: Park Lanin i Park Nahuel Huapi, pełne jezior, czystych potoków i lasów, które w Patagonii są zjawiskiem bardzo rzadko spotykanym! Przez ponad miesiąc jechaliśmy przez suche i wietrzne argentyńskie pustkowia z bardzo skąpą roślinnością więc taka odmiana nas zachwycała! Aby jednak cieszyć się wszystkimi tymi dobrodziejstwami, trzeba trafić na dobrą pogodę. My niestety nie mieliśmy tego szczęścia 🙁  Było chłodno i deszczowo i czuliśmy się zziębnięci. Być może dlatego, że wciąż przebywaliśmy na zewnątrz i nie było miejsca, w którym można byłoby się ogrzać, ciepło robiło się dopiero wieczorem w śpiworze. 

Na szczęście w tym rejonie znajduje się kilka pól biwakowych (płatnych i bezpłatnych), gdzie można się zatrzymać i rozkoszować urokami przyrody, jeśli nie pada. My grzaliśmy się przy ognisku, piekliśmy chlebek i patrzyliśmy w ciepłe płomienie. Następnego dnia zanim znów zaczęło przepadywać, trafiło nam się kilka chwil z przebłyskami słońca i wtedy świat wydawał się być cudowny. Niestety trwało to krótko i do malutkiej, turystycznej wioski Villa La Angostura położonej nad jeziorem Nahuel Huapi, dotarliśmy chłodnym popołudniem w mżawce. Nie myśleliśmy już o lesie „Bambi Forest”, który chcieliśmy tu odwiedzić ani o spacerze nad jeziorem, które w tych warunkach wydawało się chłodne i nieprzyjazne. 

Myśleliśmy jedynie by schować się w namiocie, zjeść gorący posiłek i wejść do ciepłego śpiwora! I los znów nam dopomógł. Jechaliśmy zziębnięci w deszczu, który z mżawki zdążył się już zmienić w rzęsisty opad i wiedzieliśmy, że jeżeli w ciągu 15 minut nie znajdziemy miejsca na spanie to nie będziemy już w stanie dalej jechać z zimna. Wtedy to zupełnie niespodziewanie, kilka kilometrów za wioską, trafiliśmy na opuszczony kamping wśród drzew nad jeziorem! Nawet w namiocie nie było zbyt przyjemnie przy takiej pogodzie ale „jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma”. A my mieliśmy przecież jedzenie, ciepłe śpiwory i nadzieję na lepsze jutro 🙂

 

Droga Siedmiu Jezior, Camino de Siete Lagos, Patagonia, Indian Comunidad, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem
Droga Siedmiu Jezior, Camino de Siete Lagos, Patagonia, Indian Comunidad, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem

0 Comments

  1. Wiem ze sie powtarzam, ale juz pisalem wielokrotnie ja bym to ten rower w czorty w rowie zostawil 🙂
    Historia z namiotem mi sie b spodobala ale nie rozumiem jednego:
    „Ostatecznie wylądowaliśmy w pomieszczeniu, które służyło za salkę katechetyczną. Było przestronne i mogliśmy sobie wewnątrz postawić namiot i nie stanowiliśmy dla nikogo problemu.”
    Stawialiscie namiot w salce katechetycznej? Po co w pomieszczeniu namiot stawiac, chyba ze to wiata jakas byla? A co na to ksiadz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.