Patagonia, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem

Witaj Patagonio! 17-23.02.2012

Pogoda stała się burzowa. W ciągu dnia wciąż było bardzo ciepło lecz wieczory zrobiły się chłodniejsze a popołudniami nad kampingiem przechodziły nawałnice. Blask słońca był jakby delikatniejszy a cienie zdawały się dłuższe. Powiewy wiatru na pampie niosły zapowiedź jakiejś zmiany. Wiedzieliśmy, że w Argentynie niedługo skończy się lato, choć nie mieliśmy pewności jak będzie się wtedy kształtowała pogoda i jak długo da się jechać zanim przyjdzie zima? Coraz bardziej zaczęliśmy odczuwać presję czasu. Minął właśnie miesiąc od momentu, kiedy przekroczyliśmy granice Argentyny i choć się nie oszczędzaliśmy, dystans, który wciąż pozostawał do przebycia w drodze na południe był ogromny. 

Po raz kolejny odczuliśmy na własnej skórze jak wielkie terytorium obejmuje ten kraj. Rozpoczynając naszą podróż rozkoszowaliśmy się błogą świadomością, że nic nie musimy a przede wszystkim nie musimy się spieszyć. Jednak przemierzając wielkie odległości, mieszkając w namiocie i ciągle eksponując swoje organizmy na zmieniające się warunki klimatyczne nie można podróżować nie licząc się z czasem i porą roku. Przyszedł moment konfrontacji z rzeczywistością. Było oczywiste, że jeśli nadal będziemy zmierzać na południe niedługo dopadnie nas jesień a potem zima. Czy byliśmy na to przygotowani? Jasne, że nie! Po ponad 10 miesiącach podróży nasz sprzęt i ubrania, bynajmniej nie z najwyższej półki, były mocno zużyte a wiele rzeczy nadawało się praktycznie do wyrzucenia. Natomiast odzieży i butów do jazdy w trudnych warunkach klimatycznych, takich jak zimno czy deszcz nie posiadaliśmy w ogóle! 

Nie łatwo zaplanować z góry tak długą podróż, tym bardziej, że kiedy wsiadaliśmy na rower w Salvadorze, wciąż jeszcze nie chciało nam się wierzyć , że dotrzemy tak daleko. Nie łatwo jednak również świadomie rezygnować, ze swoich marzeń, kiedy ma się je niemal w zasięgu ręki. Przecież jednym z najważniejszych powodów dla których chcieliśmy odwiedzić Amerykę Południową był dla nas widok lodowców w Argentynie. To były trudne chwile, wahaliśmy się, mieliśmy sprzeczne uczucia lecz wreszcie podjęliśmy decyzję – pojedziemy tak długo i tak daleko jak się da! Od tego momentu nie wracaliśmy już do tematu i choć wtedy nie byliśmy jeszcze świadomi jak trudna czeka nas droga, wiem, że mimo wszystko  dziś pewnie podjęlibyśmy taką samą decyzję 🙂 Myślę, że nie będzie żadnej przesady w stwierdzeniu, że podróż rowerem przez Patagonię i Ziemię Ognistą o tej porze roku była jednym z największych wyzwań w naszym życiu.

 Opuściliśmy więc Malargue i ruszyliśmy dalej na południe.  Przez kolejny tydzień podążaliśmy przez pampę do miejscowości Las Lajas. Jeszcze tego samego dnia po wyjeździe z kempingu dotarliśmy do malowniczego kanionu rzeki Rio Grande. Płynąca wartko woda, koloru brunatnego, wydrążyła go w czarnej  zastygłej lawie a cały widok można było podziwiać z niewielkiego mostku. Nadal doskwierał nam upał i brakowało wody, niestety ta z rzeki nie nadawała się do picia ale jak zwykle trafiła nam się po drodze jakaś „poczciwa dusza” na pustkowiu i zostaliśmy obdarowani wodą przez przejeżdżającego kierowcę. Droga była bardzo kiepska, bez asfaltu a w dodatku po południu zmienił się kierunek wiatru, który bardzo silnie wiał nam po skosie w twarz.

Rio Grande, Patagonia, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem,
Rio Grande, Patagonia, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem,

 Mieliśmy momentami problemy z utrzymaniem równowagi na rowerze a także problemy ze spadającym od wstrząsów, spowodowanych jazdą po wertepach, łańcuchem, który już zanadto się obluzował. Wiatr powoli stawał się naszym niechcianym towarzyszem w tej wędrówce na południe. Nie poddawaliśmy się jednak i jechaliśmy dalej choć czasem wichura niebezpiecznie szarpała rowerem. Odczuliśmy na własnej skórze, już po raz kolejny zresztą, jak wielki wpływ ma to na jazdę. Podjeżdżając pod górkę krętą drogą, gdy mieliśmy wiatr w plecy jechaliśmy z prędkością ok. 19 km/h, gdy tylko wyjechaliśmy zza zakrętu i wiatr zmienił się na przedni  zaraz prędkość jazdy spadała poniżej 10 km/h. Następnego dnia znów zostaliśmy poratowani wodą przez dwoje starszych Argentyńczyków, gdy już doskwierała nam susza. Starszy pan poinformował nas także, że za jakieś 5 kilometrów będzie „todo pavimento” i rzeczywiście, ku naszej radości, wkrótce dotarliśmy do asfaltu.  

Coraz trudniej było znaleźć miejsca na posiłek z powodu silnego wiatru i całkowitych pustkowi bez drzew, za którymi można by się schronić. Drugiego dnia od wyruszenia z Malargue jedliśmy posiłek pod cmentarzem, który okazał się idealnym miejscem! Był kran z wodą i osłona przed wiatrem. Opierając się o płot, za którym znajdowały się groby, gotowaliśmy na palniku puree ziemniaczane i smażyliśmy jajecznicę a potem mieliśmy kawę i kruche ciasteczka… Zaczynaliśmy chyba być już bardziej włóczęgami niż cywilizowanymi ludźmi 🙂 Osiemnastego lutego dotarliśmy do miejscowości Barancas w prowincji Neuquen – to właśnie tutaj, jak się oficjalnie podaje, zaczyna się Patagonia.  I to właśnie w tym rejonie zaczął się najbardziej eksploatujący nas fizycznie i psychicznie etap naszej podróży.

 

W Barancas zrobiliśmy zakupy, choć miejscowość to niewielka i położona na odludziu z jakimś malutkim sklepikiem. Był nawet kemping jednakże ceny wygórowane, zresztą tak samo było z cenami artykułów żywnościowych – im dalej jechaliśmy na południe, tym były wyższe, skończyły się też niestety tanie owoce. Na jakimś zielonym skwerku w Barancas natknęliśmy się na wąż, którym podlewano kwiaty i dzięki temu zrobiliśmy zapas wody. Noc spędziliśmy za miastem przy wysypisku śmieci. Najpierw npotkaliśmy dróżkę , prowadzącą niby na „mirador” czyli punkt widokowy na rzekę Rio Grande. Wyglądała zachęcająco ale potem okazało się, że dotarliśmy na nielegalne wysypisko, gdzie miejscowi podrzucali śmieci. Okolica może nie najmilsza ale było już późno a tam mieliśmy wał ziemi, który chronił przed wiatrem i połać terenu bez kolczastych krzewów, nadającą się pod namiot. Zrobiliśmy więc obozowisko i noc minęła nam spokojnie – oprócz dwóch okolicznych psów, które przyszły przez chwilę poszczekać na intruzów, nikt się nie zjawił. A psy? No cóż, psy były nam już nie straszne – mieliśmy z nimi do czynienia od miesięcy 🙂

Obudziła nas słoneczna pogoda i niemiła woń, gdyż zasuszone krowie odchody, które pałętały się w okolicy namokły podczas nocnego deszczu. Mieliśmy zatem motywację do szybszego ruszenia w drogę. Wiatr nadal wiał i wciąż był niesprzyjający. Po mozolnym pedałowaniu dojechaliśmy do miejscowości Buta Rankil. Była to niedziela i pora siesty więc bez entuzjazmu wjechaliśmy wygłodzeni do malutkiego centrum. Trafiliśmy na zielony skwerek, z kranem i drewnianymi stolikami pod drzewami. Usiedliśmy przy jednym z takich stolików, zastanawiając się czy czekać na koniec siesty czy też nie ma szansy, żeby jakiś sklepik otworzyli w niedzielę. Na skwerku był plac zabaw i wkrótce zaczęły się schodzić argentyńskie rodzinki z dziećmi, żeby spędzić tu siestę. 

Jak nie zaczną wyciągać z toreb smakołyków i pysznych kanapek, na przykład z wędliną i sałatą! To dopiero masakra! O czymś takim mogliśmy sobie tylko pomarzyć – wędliny osiągają ty horrendalne ceny ( coś koło 80 zł za kg) więc nawet gdyby sklepy były otwarte i tak nie kupilibyśmy takich rarytasów. Nie pozostało nam nic innego jak tylko … co? Bliny! Jak zwykle – ostatnia deska ratunku. Najpierw trzeba było się zabrać za umycie garów, co nieźle musiało ubawić towarzystwo na skwerku a kiedy na palniku w okopconycm garnku rozpoczęliśmy produkcję blin, to była już prawdziwy kabaret 🙂 

Umycie naczyń, upieczenie wszystkich blin i wreszcie zjedzenie posiłku oraz ponowne umycie naczyń i spakowanie wszystkiego zajęło nam 3 godziny! Oto spektakularny przykład na to jak wiele czasu można by zaoszczędzić mając zasobny portfel – gdybyśmy poszli do restauracji najedzenie się nie zabrało by nam więcej niż 30 min. No ale nie narzekaliśmy, nie mieliśmy grubego portfela a dotarliśmy aż tutaj a poza tym nie byliśmy uzależnieni od restauracji. Tej nocy spaliśmy w wyschniętym korycie rzeki, wieczorem umyłam się wodą z butelki i trzęsłam się z zimna w podmuchach wiatru. No właśnie – to były pierwsze symptomy zmian w pogodzie.

Minęliśmy kolejną miejscowość Chos Malal. Znaleźliśmy jakieś markety i mogliśmy zrobić porządniejsze zakupy. Wieczorem mieliśmy więc pożywną kolację z argentyńskiej wołowinki. Obozowisko stanęło nad rzeką i Przemek ruszył zaraz po wodę do mycia garów. Nie było to łatwe bo brzegi były błotniste i Przemek przedzierał się przez krzaki a potem „tańcował” z butelką skacząc po kamieniach! Zanim wreszcie nabrał wody zrobiło się już całkiem ciemno a ponieważ przy rzece rosły bujnie zarośla znalezienie namiotu okazało się niełatwą sprawą . Na szczęście mu się udało i mogliśmy przyrządzić kolację w czystych naczyniach 🙂

Pisaliśmy już o tym, że w Ameryce Południowej odległości podawane na znakach należy traktować z dużym przymrużeniem oka ale takie cudeńka jakie miały miejsce w drodze z Chos Malal jeszcze nam się nie przydarzyły. Otóż według tablicy informacyjnej Zapala – jedna z kolejnych miejscowości na naszej drodze, była bliżej niż Las Lajas, do którego właśnie jechaliśmy. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów była kolejna tablica, według której odległość do Las Lajas się zwiększyła, choć byliśmy pewni, że przecież nie wracamy do Chos Malal! Na trzeciej z kolei tablicy, po przejechaniu kolejnych kilkudziesięciu kilometrów odległość do Zapala się zwiększyła a do Las Lajas była wciąż taka sama, co oznaczało, że nasz rower, który od kilku godzin napędzaliśmy siłą naszych mięśni, stał w miejscu! Mimo wszystko zawsze to lepsze niż jazda wstecz i pocieszyliśmy się, że sprawy idą jednak w dobrym kierunku 🙂 

W drodze nasz licznik rowerowy wskazał 16 tysięcy przejechanych kilometrów a my znów czuliśmy się trochę zmęczeni . Od miesiąca jechaliśmy przez pampę, bez drzew, porośniętą tylko suchymi krzewami, koryta rzek w 80 – 90 % były wyschnięte, w dodatku teraz zmagaliśmy się jeszcze z wiatrem a w ciągu dnia nadal z upałem. Zjedliśmy posiłek siedząc pod płotem, którym nie wiedzieć po co, ogradza się pustkowia. Tak, Argentyna to tysiące kilometrów płotu wzdłuż drogi. Tym razem jednak nam się przydał, zawiesiliśmy na nim plandekę a drugi koniec przyczepiliśmy do roweru i w takim oto namiocie jedliśmy posiłek by schronić się jednocześnie przed wiatrem i słońcem. Zbliżając się do Las Lajas po raz pierwszy zobaczyliśmy na pampie cztery strusie, których widok bardzo nas rozbawił. Szare strusie Nandu doskonale wtapiają się w otoczenie i są znacznie mniejsze niż strusie afrykańskie lecz tak samo zabawne 🙂

Wczesnym popołudniem, jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Las Lajas gdzie spotkała na nas cudowna niespodzianka. W małym, niepozornym Las Lajas na dwóch zmęczonych obieżyświatów czekał „Camping Municipal” ( czyli państwowy kamping w przyzwoitej cenie) i pełen jedzenia market 🙂 A więc zakupy, prysznic a potem „nasza siesta” – kolacja i owoce, których nie jedliśmy od tygodnia i lenistwo na materacach. Następnego dnia powtórka: późne śniadanie i oprócz prania żadnych obowiązków – tylko odpoczywać i jeść. W końcu 16 000 przejechanych kilometrów do czegoś zobowiązuje, prawda? 

0 Comments

  1. Niezłe, ja już bym dawno ten rower zostawił, ale żeby 3 godziny gotować bliny? Matko boska!
    Na psy jest doskonały odstraszacz ultradźwiękowy. Mam go ze sobą i rzeczywiście działa 🙂

  2. Właśnie nabyliśmy odstraszacz 🙂 Na razie jednak nie było na kim wypróbować bo na naszego przydomowego Kajtka ręki nie podniesiemy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.