Argentyna, Diffunta Correra, Gauchito Gill, legenty argentyńskie, Ameryka Południowa

Na pustkowiach żyją legendy

Argentyna to ogromny kraj z wielkimi otwarymi przestrzeniami, które już zdążyliśmy polubić w trakcie naszej podróży. Mieliśmy świadomość, że będzie nam brakowało takich rozległych, niezamieszkałych terenów po powrocie do Polski. Przemierzając ten kraj rowerem w większości jechaliśmy przez pustkowia i to na pustkowiach po raz pierwszy zetknęliśmy się ze światem argentyńskich legend.

Pewnego dnia jadąc przez suche, odludne tereny, przy pustej, nagrzanej słońcem drodze, pod wielką akacją zobaczyliśmy nagle bardzo tajemnicze dla nas miejsce. Zatrzymaliśmy się i zeszliśmy z roweru zadziwieni, żeby przyjrzeć się temu z bliska. W popołudniowej ciszy słychać było tylko odgłosy świerszczy. Wokoło nie było żywej duszy a przed nami w cieniu drzewa tkwiły w niemal całkowitym bezruchu czerwone chusty i chorągwie, otaczające coś w rodzaju małej, czerwonej kapliczki. We wnętrzu dostrzegliśmy wizerunek kobiety i palącą się świeczkę. Na zewnątrz natomiast znajdowało się kilka butelek z wodą. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy przypadkiem znaleźli się w jakimś niezwykłym miejscu czarów. Bliższe oględziny tego miejsca niczego nam jednak nie wyjaśniły a rozwiązanie zagadki i związaną z tym legendę poznaliśmy dopiero za jakiś czas.

Difunta Corea – to właśnie jej poświęcona była czerwona kapliczka. Jak mówi legenda Difunta Corea wyruszyła na pustynię w poszukiwaniu swojego męża, który został przymusowo wcielony do wojska a następnie, kiedy dopadła go choroba, porzucony na pustyni. Kobieta z małym synkiem, którego niosła na rękach poszła na pustynię by odnaleźć męża. Niestety zmarła z pragnienia a jej ciało znaleźli po kilku dniach argentyńscy gaucho, którzy pędzili tam stada bydła. Jednak syn Difunty cudem przeżył, leżąc w ramionach swej martwej matki i gaucho zabrali dziecko ze sobą. Difunta została pochowana w miejscowości Vallecito a jej bohaterska historia szybko rozpowszechniła się w okolicy. Difuntę szczególnie upodobali sobie kierowcy i to oni zostawiają przy kapliczkach symboliczne butelki z wodą by ugasić pragnienie Difunty. Takich miejsc widzieliśmy potem w Argentynie mnóstwo i często w intensywnie czerwonych barwach. Difunta jest jedną z trzech legendarnych postaci, z którymi spotykaliśmy się podróżując przez Argentynę. Oprócz Difunty przydrożne kapliczki stawia się także dla Gauchito Gila i San Expedito.

Difunta Corea, Argentyna, legendy w Argentynie, podróżowanie po Argentynie, Argentyna podróże
Bariloche, Argentyna rowerem, podróżowanie po Argentynie, Ameryka Południowa rowerem

A kim był Gauchito? Gaucito Antonio Gil był młodym farmerem, którego jak głosi legenda, obdarzyła uczuciem bogata wdowa. Kiedy jednak bracia wdowy i szef miejscowej policji, bardzo zainteresowany kobietą, dowiedzieli się o wszystkim, oskarżyli Gauchita o kradzież i próbowali go zgładzić. By ujść z życiem młody Gauchito zaciągnął się do wojska i przez długi czas walczył przeciwko armi paragwajskiej. Wreszcie wrócił do wioski otoczony sławą bohatera. Niestety w Argentynie właśnie rozpoczęła się wojna domowa i Gauchito znów miał wrócić do walki. Młody farmer nie chciał brać udziału w wojnie, gdzie brat występował przeciwko bratu i postanowił uciec. Gauchito Gil ukrywał się w lesie i zyskał sobie wkrótce sławę „Robin Hooda”, który to pomagał ludziom w potrzebie. Niestety również Gauchito, jak można się domyślać, zginął tragicznie. W końcu został złapany przez plicję i zginął z rąk jednego z policjantów, który podciął mu gardło. Podobno przed śmiercią Gauchito powiedział policjantowi, że jego syn jest ciężko chory lecz może go ocalić, jednak ten zignorował jego słowa. Po powrocie do domu policjant odkrył jednak, że Gauchito mówił prawdę. Przerażony tym, że nie posłuchał młodego Gauchita,mężczyzna zaczął prosić go o uzdrowienie syna a nawet zorganizował pogrzeb Antonio Gila. Wkrótce syn rzeczywiście wyzdrowiał a wdzięczny ojciec rozsławiał wszędzie imię Gauchita, dzięki któremu stał się cud. Od tej pory przy drogach stawia się małe, zwykle czerwone kapliczki poświęcone osobie Gauchito Gila a Argentyńczycy zostawiają tam często dla niego drobne podarunki, takie jak monety, słodycze, papierosy a czasem nawet butelki wina 🙂

Gauchito Gill, Argentyna, argentyńskie legendy, podróże po Argentynie, podróżowanie po Argentynie, Argentyna podróże
Gauchito Gil, Argentyna, legendy w Argentynie, podróżowanie po Argentynie, Argentyna podróże

 

San Expedito jako jedyny z tych trzech postaci uznawany jest przez Kościół Katolicki. Expedito przedstawiany był jako rzymski żołnierz, który postanowił przyjąć wiarę chrześcijańską. Odrzucił pokusy diabła, który jak mówią legendy, pod postacią kruka lub węża próbował go odwieźć od tego zamiaru. San Expedito zginął śmiercią męczeńską. Kapliczki i kościółki poświęcone tej postaci często są w kolorze zielonym.

No i tak jadąc sobie samotnie mijaliśmy mniejsze i większe przydrożne kapliczki.Argentyński świat legend nawet nam się spodobał, choć trochę dziwiło nas, że w kraju na takim poziomie rozwoju jak Argenyna, bajkowe wierzenia wciąż jeszcze funkcjonują. Najbardziej przypadła nam do gustu Difunta Corea, której zostawiano butelki z wodą. Jadąc w upale przez pustkowia, myśleliśmy często: „kiedy skończy nam się woda zawsze możemy się ratować jakąś butelką spod kapliczki Difunty” i choć taką wodę trzeba byłoby najpierw porządnie przegotować, żeby nie ryzykować zdrowiem ale byłby to jakiś ratunek. Zawsze jednak udawało nam się tak gospodarować wodą, że nie było konieczności podkradać jej z kapliczek i nie naruszaliśmy spokoju Difunty. Jednak w końcu przyszedł dzień, w którym przekroczyliśmy tę granicę. Byliśmy już gdzieś w głębi Argentyny, kiedy w trakcie jazdy uszkodził się nam jeden z naszych zbiorników na wodę. Obawialiśmy się, że możemy nie dojechać do następnej miejscowości bez zapasu wody i wtedy właśnie trafiła się przy drodze kapliczka Difunty z ogromną ilością butelek wszelkiego kalibru. Wśród nich był też duży zakręcany zbiornik, który mógł pomieścić kilka litrów wody. Przemek zaraz go wypatrzył i bez wahania ruszył pod kapliczkę i przyniósł butelkę. Difunta nie będzie z tego zadowolona – powiedziałam – że plądrujemy jej kapliczkę! Przykro mi Difunta – rzucił w stronę kapliczki Przemek ale nie będziemy jeździć o suchym pysku! Uśmiechnęliśmy się rozbawieni sytuacją, przytroczyliśmy butlę do roweru i ruszyliśmy w drogę. Może nie było to zbyt eleganckie ale nie przejmowaliśmy się zbytnio. Wiele można o nas bowiem powiedzieć ale na pewno nie to, że należymy do przesądnych! Piliśmy jednak oszczędnie ale kiedy wreszcie po południu zapas się wyczerpał i sięgnęliśmy po nasz zdobyczny zbiornik miny nam mocno zrzedły. Butelka byłą pusta! W dziwny sposób zakrętka się odkręciła a butelka choć została przypięta do roweru w pozycji pionowej, teraz była mocno przechylona i woda wylała się z niej niemal do ostatniej kropli. Zbiornik też nie nadawał się do użytku, gdyż zgubiliśmy zakrętkę… I chociaż zawsze przyczepialiśmy butle do roweru w ten sam sposób, nigdy przedtem ani nigdy potem taka sytuacja nam się nie przytrafiła.

Od tej pory za każdym razem kiedy opuszczaliśmy kolejne mijane po drodze miasteczko lub wioskę i wyjeżdżaliśmy na pustkowia, byliśmy świadomi, że właśnie wkraczamy do krainy gdzie świat rzeczywisty przenika się ze światem legend 🙂

One Comment

  1. Zajrzałam dziś, nie wierząc, że coś będzie w relacjach, po tak długiej przerwie; od 12.04. Dobrze, że wpis jest, bo babcia zaczynała się martwić…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.