Andy rowerem, Argentyna, podróż po Argentynie, rowerem przez Argentynie, podróż po Ameryce Południowej

Przez góry do Argentyny. Salta. 7.01 – 19.01.2012

Znowu w góry? Tak, wiem – niektórzy powiedzą, że to już nudne ( do czytania przynajmniej). Może i będą mieli rację. Ale żeby dostać się do Argentyny znów musieliśmy przejechać przez Andy i oczywiście znów dostaliśmy niezłą szkołę, żeby przypadkiem nie stracić respektu przed tym najdłuższym na świecie łańcuchem górskim 🙂

Do San Pedro wjechaliśmy tak szybko, że nie mieliśmy czasu ani ochoty zatrzymać się na granicy żeby stać w kolejce po pieczątki wjazdowe do Chile 🙂 Myśleliśmy tylko o prysznicu i porządnej kolacji a pieczątkami zajęliśmy się dopiero następnego dnia. Odpoczywaliśmy trzy dni na kempingu i doprowadzaliśmy do porządku nasze rzeczy. Jednak ceny w San Pedro do niskich nie należą, więc nie skłaniały do dłuższego leniuchowania a poza tym, prawdę mówiąc, „gnało” nas już do Argentyny. Ruszyliśmy więc w drogę do granicy i pożegnaliśmy się z naszym starym namiotem „Atacama” firmy Marabut, który już niestety nie nadawał się do użytku, więc na Atacamie został. Dobrze nam służył poczciwina ale do końca okresu gwarancji jednak nie dotrwał.

San Pedro de Atacama Chile, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa
San Pedro de Atacama
San Pedro de Atacama Chile, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

Na przejściu granicznym znowu była kolejka i straciliśmy sporo czasu, żeby się doczekać nieszczęsnych pieczątek. Uważamy, że to najbardziej kiepsko zorganizowane przejście graniczne jakie mieliśmy okazję przekraczać w tej podróży. Jechaliśmy drogą przy Salar de Atacama. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do Laguny Cejar. Jeziorko to charakteryzuje się bardzo wysokim zasoleniem i można w nim dzięki temu swobodnie dryfować, podobnie jak w Morzu Martwym. Spędziliśmy tam kilka godzin i wyjechaliśmy dopiero późnym popołudniem. Na nocleg zatrzymaliśmy się w akacjowej oazie, niedaleko drogi i tak jak przypuszczaliśmy rano zaraz trzeba się było zająć łataniem dętek w obu kołach. 

Następnego dnia ruszyliśmy dalej skrajem solnej pustyni. Wkrótce dojechaliśmy do wsi Toconao, gdzie zaopatrzyliśmy się w warzywa i owoce, nie zważając na horrendalne ceny. Upał panujący na drodze sprawiał, że tylko tym mogliśmy się żywić. Tempo mieliśmy wolne lecz piękne otoczenie i widoki na ośnieżone góry po wschodniej stronie uprzyjemniały nam jazdę  a potem mozolne pedałowanie w górę w kierunku wsi Socaire – ostatniej na naszej drodze do granicy ( w San Pedro dostaje się pieczątkę wyjazdową z Chile a następnie trzeba dojechać do jednego z trzech przejść granicznych do Argentyny – my wybraliśmy Paso Sico). We wiosce były dwa małe sklepiki, gdzie mogliśmy jeszcze zrobić zapasy żywieniowe na dalszą drogę przez pustkowia. Tutejsze ceny jednak mogą „osłabić”.  Bo jak skomentować to, że na przykład jedno jajko kosztuje tu 750 pesos czyli ponad 5 zl!!! 

 

Andy rowerem, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa
Andy rowerem, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

Kupiliśmy co się dało i co nie kosztowało tak nieprzyzwoicie dużo ale zapasy były raczej skromne i oczywiście o pieczywie można było zapomnieć. Zaraz nabyliśmy więc mąkę do własnej produkcji blin, jak nas Przemka babcia nauczyła 🙂 Za wsią skończył się asfalt i wszelkie oznaki cywilizacji. Znów jechaliśmy przez pustkowia i spaliśmy w niezwykłych miejscach. Jednak wieczorami robiło się coraz chłodniej a niektóre noce były mroźne i kiedy rano wychodziliśmy z naszego „marketowego namiotu”, na sakwach był jeszcze szron a w butelkach z wodą kawałki lodu. Rano schodziło sporo czasu na gotowanie lub smażenie naleśników albo blin ale ciepły posiłek to była konieczność.

Andy rowerem, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa
Andy rowerem, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

Czwartego dnia jazdy dotarliśmy do Salar de Talar i prześlicznych seledynowych lagun. Wokoło pusto i cisza, tylko wiatr dawał się porządnie we znaki i trudno było znaleźć miejsce na namiot. Nasze zapasy żywieniowe były już naprawdę mizerne i musieliśmy oszczędzać jedzenie ale następnego dnia – w piątek trzynastego, uśmiechnęło się do nas szczęście! Dojechaliśmy do kopalni w górach. Były tam jakieś zabudowania i kiedy wjechaliśmy, a właściwie wciągnęliśmy rower na górkę (bo z powodu oszczędzania jedzenia brakowało już siły na podjeżdżanie) to nogi mieliśmy jak z waty. Poszliśmy do zabudowań kopalni żeby zdobyć trochę wody. A tam było dwóch sympatycznych górników, którzy nie dość, że sprzedali nam trochę żywności w przyzwoitej cenie, to jeszcze pozwolili nam ugotować sobie obiad w ich kuchni! A była ona czysta, schludna, świetnie wyposażona. Obiad mogliśmy zjeść przy stole i jeszcze poczęstowali nas kawą, która w tych okolicznościach smakowała po prostu wybornie. To był prawdziwy luksus! Ten posiłek tak utkwił nam w pamięci, że zaczęliśmy później pić kawę, choć nigdy wcześniej nie byliśmy jej zwolennikami 🙂

Andy rowerem, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa
Andy rowerem, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

Czy może być coś gorszego od jazdy ciężkim rowerem po „ tarce”? Może być – jazda ciężkim rowerem, po tarce, pod wiatr! A czy może być coś gorszego od jazdy ciężkim rowerem, po tarce, pod wiatr? Może – jazda ciężkim rowerem, po tarce, pod wiatr i pod górkę! A co jest gorszego od jazdy ciężkim rowerem po tarce, pod wiatr i pod górkę??? Jazda ciężkim rowerem po tarce, pod wiatr, pod górkę i na głodnego!!!

Po sześciu dniach jazdy naszym załadowanym rowerem, który brnął powolnie w piaszczysto-kamienistej drodze z tak zwaną tarką oczywiście, dotarliśmy wreszcie do granicy. Napis przy drodze w szczerym polu oznajmiał, że jesteśmy w Argentynie. Po jedenastu kilometrach jednak pojawiły się budynki ‘migracion – frontiera control”. Dostaliśmy pieczątki wjazdowe na 90 dni, wodę do zbiorników oraz informację, że pieniądze można będzie wymienić dopiero w San Antonio de los Cobres. Oznaczało to, że nawet jeśli napatoczy się jakiś sklepik po drodze to nic w nim nie kupimy bo nie mieliśmy argentyńskiej waluty, tak więc nadal trzeba było racjonować żywność tak, by dojechać do miasteczka. Mieliśmy do niego około 135 km ale w tych warunkach przebycie takiego dystansu mogło potrwać nawet kilka dni! 

 

Andy, Argentyna, Ameryka Południowa, Chile rowerem,

Niestety na kiepskiej drodze tandem zawsze radzi sobie gorzej gdyż jest sporo cięższy i nie ma znaczenia, że pedałują dwie osoby. Jeśli dodać do tego wagę naszych bagaży, jazdę na dużych wysokościach i niewystarczającą ilość jedzenia to będzie pełen obraz naszej sytuacji. Po przekroczeniu granicy droga zrobiła się jeszcze gorsza i jechaliśmy w tempie 6 – 7 km/h a na niektórych odcinkach trzeba było pchać rower bo nie dało się w ogóle jechać. Minęliśmy ruiny opuszczonej wioski a potem zamieszkałą wioskę przy kopalni, która robiła nieco psychodeliczne wrażenie – szare domy z gliny na pustyni, wokół cisza tylko wiatr szumi i kilkoro rozczochranych i umorusanych dzieci biega na pustej ulicy… 

Andy, Argentyna, Ameryka Południowa, Chile rowerem,
Andy, Argentyna, Ameryka Południowa, Chile rowerem,

Zjedliśmy ostatnie bliny z resztki mąki i ostatkiem sił kawałkami jechaliśmy a kawałkami pchaliśmy rower na przełęcz. Wreszcie dotarliśmy. 4560 m. n.p.m. – stąd zaczynał się zjazd do San Antonio. Niebo zaciągnęło się chmurami, było zimno a w twarz wiał nam silny wiatr. Późnym popołudniem utrudzeni i wygłodzeni doturlaliśmy się jednak do San Antonio de los Cobres – osady na pustyni. Szybko okazało się, że $ tu nie wymieniają. Można jedynie skorzystać z bankomatu. Na nasze szczęście w miasteczku było wi-fi bo musieliśmy jeszcze przelać pieniądze by móc je wypłacić. Wreszcie jednak po rozwiązaniu wszelkich problemów mogliśmy iść do sklepu i kupić jedzenie! W pustej restauracji obok sklepu pozwolili nam najeść się przy stole bo na zewnątrz zimno było i nieźle wiało.

Andy, Argentyna, Ameryka Południowa, Chile rowerem,
Andy, Argentyna, Ameryka Południowa, Chile rowerem,

Po kilkunastu kilometrach od San Antonio zaczął się nagle asfalt. A to miła niespodzianka! Jechaliśmy jeszcze trochę pod górę aż wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie zaczynał się zjazd z wysokich gór. Po dziewięciu dniach od wyruszenia z San Pedro przejechaliśmy na drugą stronę Andów. Niestety pogoda znów zrobiła się nieprzyjemna. Zjeżdżaliśmy z gór czekając na ciepło, jak na zmiłowanie a tu wiał wiatr i jeszcze deszcz nas  pokropił. Lecz jechaliśmy w dół i pustynne obszary powoli znikały. Najpierw pojawiły się kępy zielonkawej trawy, potem ogromne kaktusy. Później zielone, miękkie dywany młodej trawki i wielkie trawy pampasowe. Z każdym kilometrem byliśmy coraz niżej. Potem dostrzegliśmy pojedyncze chaty, zamieszkałe przez pasterzy kóz aż wreszcie pierwsze małe wioski i cudowne, zielone drzewa i usłyszeliśmy śpiew ptaków! Byliśmy zauroczeni! 

Na nocleg zatrzymaliśmy się pod drzewami, na ślicznej zielonej trawie podczas gdy poprzednią noc spędziliśmy  w zimnej i surowej, pozbawionej roślinności górskiej krainie. Teraz otaczała nas pełnia lata i kwitły kwiaty! Niektóre nawet znajome, jak na przykład piękna, błękitna cykoria podróżnik. Rośliny zieleniły się wokół jedna przez drugą, jakby chciały wprowadzić nas w jeszcze większą euforię! Odetchnęliśmy głęboko – wysokie góry pozostały za nami a razem z nimi, o czym byliśmy w tym momencie przekonani, najtrudniejszy odcinek naszej rowerowej wędrówki. Poczuliśmy satysfakcję a jednocześnie byliśmy gotowi na zmiany. Rano się rozchmurzyło i wyszło słońce. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy przenieśli się tysiące kilometrów od zimnych, pustynnych andyjskich szlaków i po raz kolejny  nie mogliśmy się nadziwić jak podczas zjazdu z wysokich gór totalnie zmienia się krajobraz. 

 

Andy, Argentyna, Ameryka Południowa, Chile rowerem,

 

Potem znowu skończył się asfalt i jechaliśmy bardzo wolno ale okolica była śliczna. Pedałowaliśmy sobie wzdłuż rzeki a zielona roślinność napawała nas radością. Wreszcie po przejechaniu ponad 100 km od San Antonio, około 20 km przed Saltą dojechaliśmy do miasteczka ze sklepami, gdzie mogliśmy kupić świeże pieczywo, jogurty, owoce i inne pyszności. To był prawdziwy szał i zaraz  pałaszowaliśmy to wszystko na trawce, naprzeciwko sklepu 🙂  a potem ruszyliśmy dalej w kierunku Salty. Po drodze mijaliśmy wiele przepięknych domów, wśród zieleni, gdzie ludzie żyją w cudownym otoczeniu z widokiem na pobliskie góry. Przyszły mi wtedy na myśl szare, brzydkie domostwa z osady w górach, gdzie rozczochrane dzieci biegają po brudnych uliczkach i po raz kolejny uświadomiłam sobie jaki daleki od doskonałości jest ten świat…

Po południu dojechaliśmy do Salty. W drodze rozlazła się opona od przyczepki i Przemek załatał ja tak by jakoś dojechać do kampingu. Spotkany po drodze uprzejmy rowerzysta zaprowadził nas na Kamping Municipal i poinformował gdzie jest sklep rowerowy. Salta spodobała nam się pomimo, że nie przepadamy za jeżdżeniem po dużych miastach. Mnóstwo w niej zieleni, a w centrum pięknie położone plazy czyli tutejsze placyki z fontannami i zacienionymi ławeczkami, deptak spacerowy, kawiarenki i centrum handlowe z wykwintnymi sklepami. 

Kemping miejski ma ogromny basen, jest w miarę czysty i ma przystępna cenę ( 12 pesos osba i 6 pesos namiot, 1 peso = ok. 81 groszy przy wypłacie z bankomatu, przy wymianie dolara kurs jest nieco lepszy 1 $ = 4,6 pesos) choć to prawdziwe turystyczne miasteczko i jest oblężony dziesiątkami namiotów. Argentyński naród lubi biwakować, dlatego kampingów w tym kraju sporo ale te „municipal” są zazwyczaj w korzystnej cenie i schludne. W Salcie spędziliśmy dwa dni, pojechaliśmy do centrum, popływaliśmy sobie w basenie i zrobiliśmy zakupy. W galerii handlowej trafiliśmy na dosyć porządny, jak na tutejsze możliwości namiot. Miał przedsionek i tropik z przyzwoitą odpornością na deszcz. Niedogodność miał tylko jedną – był przeznaczony na cztery osoby ! Ale w końcu co sobie będziemy żałować – kupiliśmy i teraz mamy apartamenty 🙂 🙂 🙂  Z takim wygodnym salonem ruszyliśmy w drogę do Cafayate.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.