Ollage, Chile, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa rowerem

Ollague – zajrzeć w paszczę bestii… 18 – 20.12.2011

Oddaliśmy klucz do hostalu i ruszyliśmy w stronę Ollague w Chile. Po drodze na „ziemi niczyjej”, pomiędzy dwoma przejściami granicznymi odbywał się niedzielny rynek, na którym Boliwijczycy sprzedawali różności a mieszkańcy Ollague wędrowali po zakupy. Stare jak świat zjawisko, kiedy jeden z najtańszych krajów na kontynencie graniczy z jednym z najdroższych… 

Pomyślałam o ludziach, których spotykaliśmy po drodze. O tym, że właściwie w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni. Boliwijczyk obgryzający kurze łapki w tanim „commedorze” i  zamożny Europejczyk w eleganckiej restauracji – wszyscy lubimy spotkać się z rodziną lub przyjaciółmi, wspólnie zjeść coś pysznego i porozmawiać, bez względu na to, na jakiej szerokości geograficznej się znajdziesz. Czy to nie wystarczający powód żeby zapomnieć o wszelkiej nietolerancji w kwestiach, w których jednak się różnimy? Niektórym ludziom chciałoby się powiedzieć – wybierz się w podróż i zobacz jak żyją inni…

Do Chile wjechaliśmy bez problemu, trzeba było wypełnić jeden mały świstek, dostaliśmy pieczęć do paszportu i po sprawie. Niestety żeby nie było zbyt różowo wkrótce wynikł  problem. Okazało się, że ani na przejściu granicznym ani w wiosce nie można wymienić pieniędzy. Na jedzenie w sklepiku mogliśmy jedynie popatrzeć bo ani za dolary ani za resztkę bolivianów nic nam sprzedać nie chcieli. Nadal pozostawały nam jedynie makarony, ryż i naleśniki. Mogliśmy sobie natomiast nabrać wody do zbiorników w przychodni, gdzie była toaleta z umywalką 🙂 Bez pieniędzy nie mieliśmy tu czego szukać, wkrótce opuściliśmy więc wioskę. 

Droga z resztkami asfaltu znacznie lepsza niż w Boliwii wiodła na południe i przechodziła wprost u podnóża dymiącego subtelnie wulkanu Ollague. I nagle zatrzymaliśmy rower. W oddali Przemek dostrzegł wyraźną ścieżkę prowadzącą na wulkan! I to nas skusiło. Oboje w tej chwili pomyśleliśmy o tym samym i nie wahaliśmy się zbyt długo. Zrobiliśmy w tył zwrot i wróciliśmy z postanowieniem wdrapania się na wulkan i zajrzenia do krateru 🙂

Ollage, Chile, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa rowerem
Wspinaczka na wulkan Ollague

W sakwach mieliśmy wciąż spory zapas nieszczęsnych makaronów, zupek i mąki na naleśniki. Wystarczający by przeżyć jeszcze kilka dni. Drogą skierowaliśmy się więc wprost pod wulkan. Potem pchaliśmy rower w górę do jego podnóża i rozglądaliśmy się za miejscem odpowiednim na nocleg. Przemek wypatrzył doskonałe miejsce za małym wzgórzem, przy korycie wyschniętej rzeki. Osłonięte przed wiatrem dużym głazem i murkiem z kamieni. Namiot i rower były stąd praktycznie niewidoczne, choć wątpliwe było by ktoś chadzał tędy po pustkowiach. 

Następnego dnia wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Przemek gotował makaron na palniku a ciepły blask płomienia oświetlał wnętrze namiotu i sprawiał, że chłód poranka był mniej dokuczliwy. Zjedliśmy ciepłą zupkę na śniadanie a pudło makaronu zabraliśmy ze sobą na drogę. Wzięliśmy też picie i kilka ubrań do plecaka, reszta dobytku została w obozowisku pod głazem. 

Droga na wulkan to idący zboczem trawers. Nie ma na niej żadnych trudności do pokonania, choć czasami jest częściowo zasypana przez osuwające się kamienie. Jedyną trudnością pozostaje więc wysokość i spory dystans do przebycia. Nie mieliśmy jednak ze sobą dwóch plecaków, by móc zabrać namiot i zatrzymać się po drodze na nocleg. Zresztą wymagałoby to większego przedsięwzięcia i zabiegów organizacyjnych, bo nie moglibyśmy zostawić naszego „dobytku pod gołym niebem”. 

Trzeba więc było wejść na wulkan i zejść do obozowiska w ciągu jednego dnia. Podejście na górę ową trawersująca ścieżką zajęło nam osiem godzin i było naprawdę męczące. Szczególnie dla mnie gdyż ciągła wspinaczka na tej wysokości powodowała, że stale „ brakowało mi oddechu”. Na sam szczyt mieliśmy do pokonania 1800 m od naszego obozowiska, które znajdowało się na wysokości 4000 m. n.p.m. Niby nie jest to dużo ale zważywszy na dużą wysokość, na której należy poruszać się znacznie wolniej, to jednak spora odległość. Tym bardziej, że musieliśmy zostawić sobie wystarczający limit czasowy aby zdążyć wrócić do obozowiska przed zmrokiem. 

wspinaczka na wulkan, wulkan Ollague, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa
wspinaczka na wulkan, wulkan Ollague, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

Dla nóg odwykłych od chodzenia i organizmów, które od ponad tygodnia kiepsko były karmione, był to jednak spory wysiłek. Im byliśmy wyżej, tym rozleglejszą mieliśmy panoramę na otaczające górskie szczyty, wulkany oraz pustynie. W drodze przechodziliśmy przez połacie, pokryte czystą siarką, której woń towarzyszyła nam przez całą drogę. Wreszcie zmęczeni dotarliśmy na górę w okolice krateru. Głazy wokół krateru pokryte były zielono – żółtym osadem siarki a dym wydobywający się z wulkanu śmierdział jak tysiące zgniłych jaj. 

Niestety nie udało nam się zajrzeć w samą paszczę bestii. Krater znajdował się bowiem na zboczu, które dość stromo opada w dół i gdzie bardzo łatwo ześlizgnąć się w przepaść. Poza tym opary drapały w gardło i szczypały w oczy. Byliśmy jednak dostatecznie blisko by poczuć gorący oddech wulkanu a dodatkowo wchodząc na niego poprawiliśmy swój własny rekord wysokości. Do tej pory najwyższym miejscem, na które weszliśmy była przełęcz Thorung La w Himalajach (wys. 5416 m. n.p.m.) natomiast wulkan Ollague ma ponad 5800 m. n.p.m. 

wspinaczka na wulkan, wulkan Ollague, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa
wspinaczka na wulkan, wulkan Ollague, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy skalnej szczelinie, z której również wydobywały się wulkaniczne opary ale w mniejszej ilości, dzięki czemu można do niej podejść i dokładnie się przyjrzeć a nawet ogrzać buchającą parą. Ziemia w pobliżu ziejącej oparami siarki szczeliny też była nagrzana i przyjemnie było na niej posiedzieć, zwłaszcza, że na niebie pojawiły się chmury, z których zaczął padać śnieg. Droga powrotna z wulkanu do obozowiska dłużyła się w nieskończoność. Po ogromnym wysiłku dotarłam na miejsce bardzo zmęczona. Przemek był trochę wcześniej, zdążył już ugotować wodę i zrobił gorącą czekoladę do picia. Siedzieliśmy w namiocie nadwyrężeni wysiłkiem dzisiejszego dnia, popijając czekoladę a wulkan nad nami dymił sobie, dymił i dymił…

Następnego dnia  leniwie powłócząc nogami wróciliśmy do wioski, żeby nabrać wody. Przypadkiem trafiliśmy do małej restauracyjki, gdzie kobieta zgodziła się ugotować nam obiad za boliviany. Pożywne jedzenie postawiło nas trochę na nogi po wczorajszym wysiłku. Wioskę opuściliśmy dopiero późnym popołudniem gdyż korzystając z darmowego WI – FI wysyłaliśmy życzenia świąteczne do rodziny i znajomych. W drodze znów mijaliśmy Ollague, który spokojnie sobie puszczał nieduże smużki dymu. Tym razem spoglądaliśmy na niego z szacunkiem. Tam wczoraj byliśmy  – uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo do siebie jakbyśmy chcieli się usprawiedliwić, nie wiadomo przed kim, dlaczego tak nas bolą nogi 🙂

    

wspinaczka na wulkan, wulkan Ollague, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.