Chile, Ollague, podróżowanie po Chile, Cile rowerem, wyprawa rowerowa do Chile, podróżowanie rowerem po Chile, rowerem przez pustynię

Wigilia w Calamie 21.12 – 26.12.2011

Droga z Ollague prowadzi do Calamy, jedynego większego miasta w pobliżu granicy z Boliwią. Wiedzie przez pustkowia, gdzie nie ma wsi ani sklepików lecz solne pustynie, wulkany i małe słone jeziorka. Wkrótce skończyły się resztki asfaltu i znów musieliśmy jechać po piachu i „tarce”. Pojawiły się natomiast problemy z tylnim kołem naszego roweru. Kiepskiej jakości opona, kupiona w Peru zaczęła pękać i choć jeszcze się nie rozpadła rower tracił stabilność. Zatrzymaliśmy się na skraju kolejnej solnej pustyni. Przemek wymieniał oponę a ja  przygotowałam kolejną porcję naleśników. Brak jakichkolwiek przekąsek i konieczność ciągłego gotowania utrudniała nam życie. W dodatku niedostatek wody w tych okolicach stawiał nas przed wyborem – myć naczynia czy się napić… 

Jechaliśmy powolnym tempem a wokół ani domów, ani drzew ani ludzi. Czasami jakieś kępy traw wysuszonych  pojawiały się gdzieś na piachu ale zieleni od dawna już nie widzieliśmy i powoli zaczynało nam jej brakować. Z żywych istot spotykaliśmy tylko vikunie i stadka ślicznych, różowych flamingów na małych, płytkich jeziorkach. Dwukrotnie trafiliśmy na małe osady na tych pustynnych terenach, gdzie stacjonowali robotnicy drogowi i dzięki temu udało nam się zdobyć wodę. W jednej z nich nawet ponownie udało nam się dogadać z kucharką. Kobieta  przygotowała nam ciepły posiłek, za który zapłaciliśmy boliwijską walutą. Jednak kiepskie jedzenie, jakim musieliśmy się zadowalać od prawie dwóch tygodni, brak owoców i warzyw, sprawiały, że nie mieliśmy zbytnio energii do jazdy a przy tym warunki były nie najlepsze. Otwarte przestrzenie, silny wiatr i złej jakości droga. 

flamingi, Chile, Chile rowerem, podróżowanie po Chile, Ameryka Południowa rowerem
Chile, Ollague, podróżowanie po Chile, Cile rowerem, wyprawa rowerowa do Chile, podróżowanie rowerem po Chile, rowerem przez pustynię

Problemów z kołem również się nie pozbyliśmy i gnębiły nas przez kolejne dni. Opona, którą musieliśmy założyć zamiast tej rozlatującej się, nie radziła sobie w takim terenie i przy takim obciążeniu. Więc co jakiś czas dawała o sobie znać i trzeba ją było łatać. Około 40 kilometrów przed Calamą zaczął się asfalt i mogliśmy wreszcie trochę przyspieszyć.  W końcu dotarliśmy do wioski – oazy na pustyni, zwanej Chiu Chiu. Po prawej stronie drogi był duży kanion a kiedy podeszłam do jego krawędzi – stanęłam w bezruchu, poruszona widokiem. Poniżej była rzeka i żyzna, zielona dolina, gdzie rosły różne rośliny uprawne. 

Od ponad tygodnia nie widzieliśmy żadnych zielonych roślin, więc widok wydawał mi się tak piękny, że stałam przez chwilę, patrząc z zachwytem na krainę pode mną. Chiu Chiu to bardzo spokojna, miła, pełna zieleni wioska. Wjechaliśmy do niej w Wigilię rano, bez śniadania, gdyż nasze zapasy żywności praktycznie się wyczerpały. We wsi były hostale i sklepiki z żywnością ale nie było wymiany pieniędzy ani bankomatu 🙁 To byłoby miłe miejsce na spędzenie świąt lecz po prostu nie mieliśmy gotówki. Trudne chwile przeżyliśmy gdy weszliśmy do jednego ze sklepików nieźle już wygłodzeni a tam zapach świeżych bułeczek, banany, pomidory, jogurt… 

Mogliśmy tylko popatrzeć na wszystkie te smakołyki a potem trzeba było wskoczyć na rower i gnać jeszcze 30 km do Calamy, żeby wreszcie dojechać do jakiegoś bankomatu lub wymiany pieniędzy. Jechaliśmy więc głodni i myśleliśmy o bigosach, pierogach, barszczach i innych pysznościach, które przygotowywano właśnie w tysiącach polskich domów. W końcu jednak dotarliśmy. Calama to niewielkie lecz dobrze prosperujące miasteczko. W pobliżu znajduje się największa na świecie kopalnia miedzi, która przynosi miastu zyski. Na ulicach widać porządne samochody i ogromne centra handlowe, wielkości tych jakie mamy w stolicy, choć Calama liczy niewiele ponad 100 tys. mieszkańców. 

Właśnie pod jednym z takich marketów się zatrzymaliśmy gdy dojechaliśmy do centrum i wypłaciliśmy wreszcie pieniądze z bankomatu. Zakupy to była po prostu makabra! W sklepie setki ludzi przepychało się z wypchanymi po brzegi koszami, robiąc zakupy na święta – a ja w tym tłumie, między regałami uginającymi się od wszelakiej żywności, głodna jak przysłowiowy wilk, próbowałam wybrać coś do zjedzenia na szybko przed sklepem i zrobić zakupy na wigilię. Po odstaniu w długiej, kilometrowej kolejce do kasy, wyszłam wreszcie przed market, gdzie Przemek siedział przy rowerze, wyjęłam z siatki świeżutkie, pachnące bułeczki i jogurt, na które rzuciliśmy się jak wygłodniałe zwierzęta. Koniec postu!

Calama, Chile, Ollague, podróżowanie po Chile, Cile rowerem, wyprawa rowerowa do Chile, podróżowanie rowerem po Chile, rowerem przez pustynię
Wigilijna kolacja 🙂
Calama, Chile, Ollague, podróżowanie po Chile, Cile rowerem, wyprawa rowerowa do Chile, podróżowanie rowerem po Chile, rowerem przez pustynię
Calama

Pojechaliśmy na kemping z zapasami pysznego jedzenia, owoców i słodyczy w sakwach. I choć cena noclegu we własnym namiocie – 35 zł za osobę do niskich nie należała, nie zważaliśmy na nic. W końcu to Święta Bożego Narodzenia! A więc prysznic, pyszna rybka na wigilijną kolację, owoce, słodycze, darmowe WI – FI i basen… Czy można było chcieć czegoś więcej? Byliśmy po prostu szczęśliwi. I tak „balowaliśmy” przez trzy dni. Jednak w końcu trzeba było ruszyć w drogę – a przed nami znów była pustynia…

Chile rowerem

Calama, Chile, Ollague, podróżowanie po Chile, Cile rowerem, wyprawa rowerowa do Chile, podróżowanie rowerem po Chile, rowerem przez pustynię
Święta w basenie 🙂

0 Comments

  1. Macie możliwość od czasu do czasu skorzystania z kamerek w kafejkach internetowych?

    pozytywnie pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.