rowerem przez pustynię solną, Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej

Jak na „naleśnikowo – makaronowej diecie” przez boliwijskie pustkowia zmierzaliśmy do Avaroa 12.12 – 17.12.2011

Obudził nas kolejny, słoneczny ranek na Salar de Uyuni. Wstaliśmy dosyć wcześnie, żeby zdążyć dojechać do skraju pustyni zanim wiatr zacznie być mocno dokuczliwy. Zjedliśmy resztki jedzenia jakie nam jeszcze zostały i ruszyliśmy w drogę. Trzeba było jak najprędzej dotrzeć do jakiegoś sklepu by uzupełnić zapasy żywności. Byliśmy jednak coraz dalej od cywilizacji, choć wtedy mieliśmy jeszcze nadzieję, że w kilku wioskach, które widniały na  mapie będzie można coś zjeść i znaleźć jakieś sklepiki. Jednak prawdę mówiąc ostatnim przyczółkiem cywilizacji w tym rejonie jest turystyczne miasteczko Uyuni, dalej na południe są już tylko pustkowia. 

Ale my nie za bardzo przepadamy za turystycznymi wioskami i choć początkowo planowaliśmy podjechać do Uyuni, to jednak widząc z pustyni szalejące w tym rejonie przez dwa dni burze zmieniliśmy plany. Skraj pustyni i tak był przecież podmokły, co powodowało, że nasz ciężki rower zapadał się w rozmiękłą sól a po obfitych deszczach mogło się okazać, że musieli byśmy pchać bicikletę, brodząc w słonej wodzie… Tak więc dojechaliśmy do obrzeża pustyni, gdzie znajduje się wioska Chuvica. Niewielka osada lecz wiedzieliśmy, że są w niej dwa solne hotele dla turystów więc liczyliśmy na to, że da się tam kupić coś do jedzenia. 

Chuvika

Niestety się nie dało 🙁 Ledwo zjechaliśmy z solnej pustyni zaraz znów zaczęła się kiepska droga i rower zaczął brnąć w piasku. W brzuchach nam „burczało” po przejechaniu ponad 40 km po zjedzeniu bardzo skromnego śniadania a do wioski trzeba było zboczyć z głównej drogi i przejechać kilka kilometrów po piachach. Gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, przywitała nas osada wyglądająca na zupełnie wymarłą. 

Salar de Uyuni, Chuvica, Boliwia rowerem. pustynia solna rowerem, podróżowanie po Ameryce Południowej
Skrajem pustyni solnej w drodze do wsi Chuvica i burze nad Uyuni

Żywego ducha nie było widać na uliczkach a o jakimś sklepie czy jedzeniu można było sobie co najwyżej pomarzyć. Znaleźliśmy jednak solny hotel. Weszliśmy do środka a tam mały sklepik, gdzie tylko ciastka i napoje w astronomicznych cenach można było nabyć. Nie mieliśmy jednak zamiaru grymasić – „chociaż ciastka zjemy, żeby mieć siłę napędzać rower do następnej wsi” – pomyśleliśmy sobie. 

Niestety panie z obsługi siedzące gdzieś na zapleczu hotelu nie kwapiły się by się nami zainteresować. Kiedy słysząc dobiegające z głębi głosy przywitaliśmy się, próbując nawiązać rozmowę, wyjrzały tylko leniwie z pomieszczenia, w którym siedziały. Obsłużyć nas jednak nie miały zamiaru ani też zainteresować się czy może chcemy pokój w tym przybytku lub chociażby umożliwić nam jakąś rozmowę. Czekaliśmy kilka chwil z nosami przy szybie i oczami wlepionymi w ciastka na półkach ale nikt się nie zjawił. 

Wyszliśmy więc na zewnątrz, żeby sprawdzić czy nasz rower z bagażami, który zostawiliśmy kilkadziesiąt metrów dalej stoi spokojnie. Przyprowadziliśmy go pod hotel z nadzieją, że może panie pomyślą, że chcemy pokój i  łaskawie do nas wyjdą. Ale się mocno pomyliliśmy! Panie wykorzystały ten moment i zamknęły drzwi hotelu na klucz, żebyśmy się tam niepotrzebnie nie kręcili!!! Byliśmy zbulwersowani. 

No ale cóż widać tyle zarabiają na zorganizowanych wycieczkach, że nie interesują ich pojedynczy turyści i to jeszcze w brudnych od soli ubraniach, prosto z pustyni … Nie byliśmy jednak w stanie jechać dalej bez jedzenia. Na dnie naszej sakwy znalazły się jeszcze dwie zupki instant i trochę kukurydzy do prażenia a ponieważ we wsi była pompa z woda, rozłożyliśmy cały majdan przed „solną rezydencją” i zabraliśmy się za gotowanie posiłku. Jeśli zjawi się jakaś zorganizowana wycieczka niech widzą jak traktuje się turystów w Chuvica. Ale wycieczka się nie zjawiła, w ogóle żaden człowiek się nie pojawił, oprócz dwóch „uprzejmych pań”, które tylnim wejściem opuściły hotel i udały się na spacer.

Colcha K

Wieczorem wykończeni jazdą po fatalnej drodze, w silnym wietrze i w dodatku głodni doturlaliśmy się ostatkiem sił do ostatniej na naszej trasie większej wsi. Wieś ta zwie się Colcha K i jak większość miejsc z dala od cywilizacji rządzi się swoimi prawami. Było już po zmierzchu, gdy wjechaliśmy po dość stromym podjeździe na brukowaną uliczkę wiodącą do centrum. Dobijaliśmy się po drodze do dwóch domów, gdzie oferowano „alojamento” czyli pokoje na wynajem ale nikt nam nie otworzył. 

Dopiero za trzecim razem mieliśmy szczęście i właściciel nas wpuścił. Za pokój skasował po 20 bolivianos od osoby, choć zimna woda z kranu w łazience ledwo kapała. Jednak pokój był przynajmniej ciepły i suchy a na zewnątrz właśnie zaczynała się burza. Tak więc zostaliśmy na dwie noce w tym miejscu i na nasze szczęście w mieście było kilka małych sklepików z żywnością a nawet jeszcze tego samego wieczoru udało nam się zjeść ryż  z kurczakiem! 

Cały wieczór i noc lało i następnego dnia też przepadywało. Rano odbyliśmy ”rajd pieszy” po sklepach aby skompletować zapasy pożywienia na dalszą drogę a nie było to łatwe zadanie. Bułek ani żadnego pieczywa nie było bo właściciel jedynego we wsi sklepiku – piekarni wyjechał na kilka dni do Uyuni. W innych małych sklepikach trzeba się było długo i cierpliwie dobijać do drzwi, żeby sprzedawca cię wpuścił i obsłużył a i tak tylko czasami udało się w końcu kogoś dowołać. 

Sklepy otwiera się tu i zamyka wedle upodobania, po kilka razy dziennie lub też nie otwiera się wcale jeśli właściciel nie ma ochoty. W miasteczku nie było żadnej czynnej restauracji, gdzie można zjeść jakikolwiek posiłek. Jedynie przy głównym placyku w centrum kobieta przygotowywała coś do jedzenia na ciepło, wieczorem przez godzinę lub dwie ale też według upodobania własnego, bo gdy następnego dnia poszliśmy tam znów by zjeść jakiś obiad około godz. 18.00 było jeszcze za wcześnie a gdy wróciliśmy ponownie ok. 20.00 to „tania jatka” była już zamknięta. Makabra! 

Żadnych warzyw, owoców ani nawet kawałka mięsa nie dało się nigdzie kupić. Można było się jedynie krakersami zapychać albo jajecznicę smażyć… Pół dnia zajęło nam zrobienie zakupów na dalszą drogę i skończyło się na makaronie, ryżu, mące i mleku w proszku na naleśniki. Jednak w międzyczasie na rynku pojawiły się dwie kobiety, które sprzedawały makaron z mięsem i warzywami z garów na wózku. Konsumowało się to gdzieś na ławce a potem oddawało do zwrotu naczynia, które kobiecina płukała w misce z wodą, stojącą obok wózka. Mój Boże i co by na to powiedział Sanepid?! Na szczęście tutaj Sanepid nie mógł nam przeszkodzić, więc spokojnie napchaliśmy brzuchy resztki rzucając psom, krążącym wokół skwerku.

Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej
San Juan

Następnego dnia rowerem załadowanym makaronami i wodą ruszyliśmy w dalszą drogę. Fatalną, rozjeżdżoną przez jeepy, co zmuszało nas do tego, że odcinkami znów musimy pchać ciężki rower w piachu. Po południu dotarliśmy do małej turystycznej wioski San Juan, gdzie jeszcze znajduje się kilka hostali dla turystów i kilka sklepików, w których można zrobić absolutnie ostatnie zakupy. Dostępne są podstawowe artykuły żywnościowe i trochę słodyczy ale niektóre (szczególnie w sklepiku dla turystów, gdzie zatrzymują się jeepy) osiągają zawrotne ceny. Można też kupić benzynę z karnistra, żeby mieć zapas do palnika. 

Nad nami przesuwały się ciemne chmurzyska i gdy zatrzymaliśmy rower przy sklepiku we wsi, tak zaczęło wiać piachem, jakby szła burza piaskowa. Schowaliśmy się w sklepie i jeszcze kupiliśmy trochę jedzenia, choć rower dosłownie uginał się już pod ciężarem. Jednak przed nami rozciągały się pustkowia i jeśli udałoby się nam zrealizować nasz plan, to czekało nas ponad 250 km jazdy a raczej pchania roweru w piachu, na dużych wysokościach, prawdopodobnie bez dostępu do jedzenia, co w takich warunkach mogło potrwać nawet ponad tydzień! 

rowerem przez pustynię solną, Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej

Kilka kilometrów za wsią droga się nieco utwardziła bo znów wjechaliśmy na solne podłoże pustyni Salar de Chiguana. Trochę przyspieszyliśmy lecz dostaliśmy się pod burzową chmurę, z której wprawdzie jeszcze nie padało lecz wiał silny, boczny wiatr. W takich warunkach jechaliśmy aż do wieczora. Wreszcie na tej pustej, bezludnej, pozbawionej drzew, roślin i jakiegokolwiek schronienia przestrzeni, zobaczyliśmy z daleka wał zastygłej lawy nieopodal wulkanu. Zjechaliśmy z drogi jakieś dwa kilometry i dotarliśmy do skalistego wału. Tu było znacznie ciszej, jednak w trakcie rozstawiania namiotu wiatr się zmienił i zaczął szarpać nim na wszystkie strony, że aż maszty trzeszczały. 

Rano wiatr ucichł i Przemek upiekł naleśniki. Zabrało to oczywiście sporo czasu ale bez pieczywa, owoców i warzyw, byliśmy zdani tylko na gotowanie i smażenie. Ruszyliśmy w drogę w stronę lagun w Rezerwacie Avaroa. Wkrótce dotarliśmy do ostatniej wioski na trasie, gdzie jest również stacja kolejowa. W związku tym liczyliśmy, że może tam jeszcze coś się sprzedaje i będziemy mogli uzupełnić zapasy choćby ciastek, które zjedliśmy od wczoraj. 

Chiguana – wioska widmo

Okazało się jednak, że w wiosce nie dość, że niczym się nie handluje, to właściwie wioska w ogóle nie istnieje. Pozostało tylko kilka na wpół zrujnowanych domostw, w których od dawna już nikt nie mieszka i walący się budynek stacji kolejowej. Na szczęście jednak w Chiguana znajduje się posterunek wojskowy, w którym żołnierze łaskawie wyposażają przejeżdżających tędy, zbłąkanych rowerzystów w wodę. Napełniliśmy więc zbiorniki, przeszliśmy przez tory kolejowe i po przejechaniu pustyni Chiguana, dotarliśmy do zbocza góry, którym droga prowadzi na przełęcz.

rowerem przez pustynię solną, Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej
rowerem przez pustynię solną, Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej
Porażka rowerem przez pustynię solną

Zaraz też trzeba było zejść z roweru i zabrać się za pchanie bo droga to był sam piach, rozjeżdżony przez jeepy i kamienie. Ta droga to była prawdziwa pokuta! Ciągnięcie obładowanego roweru o wadze ponad 100 kg w piachu, pod górę na wysokości zbliżającej się do 4000 m. n.p.m. to po prostu męczarnia. Przebycie dystansu 5 km zajęło nam dwie godziny, byliśmy totalnie wyczerpani i wypiliśmy mnóstwo wody. A do najbliższych jeziorek mięliśmy ponad 60 km! 

Stało się więc jasne, że nie zdołamy do nich dotrzeć zanim skończy się woda. Potrzebny byłby nam znacznie większy zbiornik (na około 20 l) lecz nie było możliwości zdobycia czegoś takiego. Tutaj nie było możliwości zdobycia niczego – nawet tak podstawowych rzeczy jak wody i jedzenia. Zrezygnowani rozbijaliśmy więc namiot w wyschniętym korycie rzeki. Mieliśmy świadomość, że laguny pozostały poza naszym zasięgiem. 

Od tej strony dostępne mogą być tylko dla tych, którzy mają lekki rower i ograniczony do minimum bagaż oraz duży zbiornik na wodę, który niestety mocno obciąża. Jednak żeby tak podróżować niezbędne są większe zapasy gotówki. Tym razem więc nasza „samowystarczalność” po prostu ważyła zbyt wiele. Pozostało jechać do Avaroa, gdzie znajduje się przejście graniczne do Chile. 

rowerem przez pustynię solną, Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej
Odpoczynek po nieudanej próbie wciągnięcia roweru na wzgórze

Nie bardzo nam się takie rozwiązanie podobało, gdyż zamierzaliśmy pobyć dłużej w Boliwii a najchętniej zostać w tym kraju na święta ze względu na tanie koszty utrzymania. Nie było jednak wyboru – mogliśmy albo wracać Na Salar de Uyuni albo jechać do Chile. Ruszylismy więc z powrotem na pustynię Chiguana kierując się w stronę miejscowości przygranicznej Avaroa. Ale jeśli wydawać by się mogło, że to koniec naszych problemów z ciężką jazdą przez pustkowia, gdzie żyliśmy wyłącznie żywiąc się krakersami, naleśnikami i makaronem, to od razu wyprowadzam z błędu. Otóż to nie był koniec! 

Próbowaliśmy przejechać pustynię Chiguana na przełaj ale rower miejscami zapadał się w sól i trzeba się było wycofywać bo nawet pchać się go nie dało. Błądziliśmy jak w labiryncie w poszukiwaniu lepszej drogi. W dodatku zerwał się wyjątkowo silny wiatr, który szalał po całej pustyni. W końcu z niemałym wysiłkiem dobrnęliśmy do torów i trafiliśmy na drogę – przejechany po pustyni szlak, którym jeżdżą samochody. Wreszcie można by normalnie jechać gdyby nie wiatr. Oczywiście wiało nam prosto w twarz. Dzięki temu jednak mogliśmy w ogóle jakoś jechać! W przeciwnym razie bowiem, utrzymanie równowagi na rowerze byłoby absolutnie niemożliwe, tak samo jak i rozbicie w takich warunkach namiotu na pustyni. 

Walczyliśmy więc z wiatrem, jadąc na najniższym możliwym biegu w tempie 6 km na godzinę! Nad całą pustynią unosiły się tumany kurzu i pyły. Wicher był tak silny, że trudno było nawet oddychać. Widzieliśmy w oddali pagórek, który w tej sytuacji był naszą jedyną nadzieją na schronienie. Zanim jednak do niego dotarliśmy minęło sporo czasu a my byliśmy totalnie wykończeni, mimo, że przejechaliśmy tego dnia tylko 20 km! 

Mieliśmy jedynie 0,5 l napoju do picia i żadnej więcej wody ale niestety nie było wyboru. Przy takim wietrze dalsza jazda nie wchodziła w grę. Rozstawiliśmy namiot w możliwie najbardziej zacisznym miejscu i poszliśmy spać, zagryzając krakersami i popijając po kilka łyków napoju. Rano wiatr ucichł, obudził nas słoneczny poranek i przenikliwe zimno. Musieliśmy poubierać kurtki i rękawiczki. Wypiliśmy resztkę wody, jaka nam została i dalej w drogę, póki nie wiało jeszcze tak mocno. Na szczęście do Avaroa mieliśmy blisko, niecałe 30 km.

rowerem przez pustynię solną, Boliwia rowerem, rowerem przez solne pustynie Boliwii, podróże po Ameryce Południowej
Widok na Pustynię Chiguana

Gdy dotarliśmy do wioski, składającej się z kilku domostw, budynku odprawy granicznej oraz biura dla kierowców, okazało się, że woda jest tu nie do zdobycia ale za to był mały sklepik, który na naszą prośbę właściciel otworzył. Kupiliśmy napoje i ciastka a ponieważ zostało nam jeszcze trochę bolivianów rozglądaliśmy się za jakimś „alojamiento” żeby się umyć po tej jeździe przez pustynię. Ostatecznie, za 50 bolivianów wylądowaliśmy w hostalu, który znajdował się naprzeciwko sklepiku i był przeznaczony dla kierowców, chcących przenocować przy granicy. 

Był to czysty, schludny domek z dwiema sypialniami i pokojem gościnnym. Nie było żadnych gości więc mogliśmy czuć się swobodnie i cały dom był do naszej dyspozycji. Miał tylko jedną drobną wadę – nie było w nim wody i drzwi do kuchenki i toalety były zamknięte 🙁 Dogadaliśmy się jednak z pracownikami biura kontroli celnej i mogliśmy skorzystać z prysznica w ich prywatnym mieszkaniu, które znajdowało się na tyłach budynku. No to był dopiero luksus – łazieneczki czyste i schludne jak w Europie, ciepła woda i pachnące kosmetyki do kąpieli. Coś niesamowitego! 

Na domiar szczęścia dogadaliśmy się też z właścicielem sklepiku, którego żona przygotowała nam „almuerzo” – smaczny dwudaniowy obiadek z pożywną zupą i makaronik z mięsem i odrobiną surówki (ostatnią odrobinę warzyw jedliśmy kilka dni temu w Colcha K) więc to był prawdziwy rarytas. 

Niedaleko za wioską widzieliśmy wulkan Ollague, u podnóża którego położone jest miasteczko przygraniczne w Chile, o tej samej nazwie. Z wulkanu unosiła się w powietrze smużka dymu i dlatego często spoglądaliśmy na niego. Większość wulkanów wokoło już od dawna była wygasła a ten wydawał się jakby „żywy” i dlatego nas intrygował. Gdyby tak można było zajrzeć do krateru… 

Po południu poszliśmy do biura „migracion” i dostaliśmy pieczątkę wyjazdową na następny dzień, którym była niedziela ale urzędnik zażądał od nas podatku wyjazdowego w wysokości 15 bolivianów za osobę. Nic nam nie było wiadomo, żeby w Boliwii takowy podatek się płaciło więc było oczywiste, że gościu chce nas naciągnąć. 

Chcieliśmy zażądać pokwitowania ale zapomnieliśmy jak się to po hiszpańsku nazywa więc ostatecznie Przemek oznajmił, że pieniądze mamy w hostalu i przyniesiemy później 🙂 Zabawne ale urzędas przystał na to i było wiadomo, że nie będzie za nami po wsi łaził, żeby o lewą kasę się dopominać a my oczywiście nie mieliśmy zamiaru jej przynosić, skoro już pieczątki w paszporcie nam postawił.

rowerem przez pustynię solną

0 Comments

  1. Okolice solnej pustyni dają wam porządnie w kość. Jazda o krakersach i ciasteczkach, w dodatku ciągłe racjonowanie wody i pchanie roweru pod wiatr w piaszczystym terenie to skromnie mówiąc bardzo wykańczające zajęcie. Wasza determinacja robi na mnie wrażenie.
    Po powrocie do domu chciałbym przejechać się na waszym rowerze. Wsiądę na niego z wielkim szacunkiem.

    Szczęśliwego Nowego Roku, zdrowia, siły i podróży bez kontuzji życzy wam Grzegorz z rodzinką:-)

    • No nie wiemy czy po powrocie pozwolimy Ci usiąść na naszym utrudzonym rowerze 🙂 Właśnie wróciliśmy z prawdziwej i twardej szkoły przetrwania. To było naprawdę wyczerpujące ale wrażenia super. Więcej bedzie w relacji. możemy tylko powiedzieć, że znowu wróciliśmy do Boliwii na 8 wyczerpujących dni. Pozdrawiamy i dziękujemy za życzenia.

  2. Czytam Wasz blog od początku Waszej przygody rowerowej. Podziwiam Was za wytrwałość i życzę Wam aby ona Was nigdy nie opuściła 🙂
    Szczęśliwego Nowego Roku !
    Pozdrawiam
    Urszula Skibińska

    • Dziękujemy i również zyczymy Szczęśłiwego Nowego Roku. Właśnie wróciliśmy z wyczerpującej eskapady po pustkowiach Boliwii gdzie nie było żadnego zasięgu ani Internetu. Podczas tej eskapady wytrwałość bardzo się nam przydała 🙂 Mamy nadzieję, że starczy jej na reszte podróży. Teraz czas na uzupełnianie bloga ale przede wszystkim na na jedzenie i odsypianie. Pozdrawiamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.