Salar de Uyuni – poczuć klimat pustyni… 10.12 – 12.12.2011

Przejechanie największej pustyni solnej na świecie rowerem nie stanowi właściwie większej trudności. Zdecydowanie większe wyzwanie stanowi dotarcie do niej piaszczystą drogą, szczególnie kiedy nie podąża się utartym szlakiem i podróżuje tandemem. Jednak Salar de Uyuni to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na naszej planecie…

Nabraliśmy wody do naszych zbiorników i po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze żeby zrobić zakupy na drogę. W całej wsi był tylko jeden sklepik – piekarnia, gdzie sprzedają pieczywo. Chciałam kupić min. 30 bułek 🙂 ale niestety tyle nie chcieli mi sprzedać, bo dla mieszkańców we wsi by zabrakło. Ostatecznie udało mi się kupić 20 ale zdawałam sobie sprawę, że to i tak zbyt mało. Cóż jednak było robić…

Ruszyliśmy piaszczystą drogą w stronę wsi Jirara, która znajduje się na skraju pustyni. Przed nami widać było wulkan Tumpa i mimo deszczowej pory w Boliwii mieliśmy kolejny słoneczny i ciepły dzień. Wkrótce droga zeszła na pustynię, po wschodniej stronie gór. W tym rejonie pokłady soli nie są tak białe, jakie znacie pewnie ze zdjęć tego miejsca a miejscami nawet pojawiają się na nich jakieś porosty. Próbowaliśmy skrócić sobie drogę i jechać na przełaj ale niestety nic z tego nie wyszło i musieliśmy wrócić do drogi. Gdzie niegdzie podłoże było zbyt miękkie i rower po prostu się zapadał. Potem zjechaliśmy z pustyni do Jirara, pedałując w ciemnym i suchym powulkanicznym piasku, przypominającym popiół. We wsi droga skręca na południe i prowadzi na skraj pustyni solnej, która jaśnieje w blasku słońca.

Popołudniową porą wjechaliśmy więc na Salar de Uyuni, o której rozmyślaliśmy często w domu, jeszcze przed wyjazdem. Miejscami na obrzeżach pustyni podłoże było już trochę grząskie ale mimo to dało się jechać. Wkrótce rower cały był oblepiony solą, która wyglądała zupełnie jak śnieg. Jednak im dalej byliśmy od obrzeży, tym podłoże stawało się bardziej suche i twarde. Chociaż nie gładkie, jako że nie jechaliśmy żadną solną drogą lecz po prostu na przełaj. Mimo to od razu odczuliśmy ulgę. Szczególnie po kilku dniach ciężkiego pedałowania beznadziejną drogą w piachu i po „muldach”. Jazdę utrudniał nam tylko silny wiatr, który oczywiście wiał prosto w twarz. Otoczenie było jednak tak niesamowite, że nie zważaliśmy na wiatr.

Salar de Uyuni to miejsce zupełnie jak z innej planety. W słońcu solna równina jest oślepiająco biała i zupełnie zatraca się tu poczucie perspektywy i odległości. Utrudniało nam to trochę nawigację w terenie. Kierowaliśmy się z pomocą naszego niezbyt dokładnego kompasu w stronę kaktusowej wyspy Incahuasi.

Około 17.00 zatrzymaliśmy się na nocleg. Nadal trochę wiało i Przemek zabezpieczył namiot, z jednej strony przymocowując go do przyczepki a z drugiej do leżącego na solnej powierzchni roweru. Dobrze, że przezornie wzięliśmy ze sobą kamień do wbijania śledzi! Podłoże było bowiem tak twarde, że nie było to wcale łatwe zadanie.

Gdy obozowisko już stanęło obserwowaliśmy zachód słońca nad Uyuni. Cisza była niesamowita – żadnych dźwięków oprócz tych powodowanych przez wiatr. Otaczał nas niecodzienny krajobraz. W słońcu sól wydawała się jak śnieg a wieczorem w blasku księżyca zdawała się być jeszcze bardziej niezwykła i czuliśmy się jak na nieznanej, dziwnej planecie. W oddali z dwóch stron widzieliśmy szalejące burze i błyskawice – to na skraju pustyni, gdzie nad górami zatrzymują się chmury rozpętała się nawałnica. Do nas nie dotarły. Na szczęście, bo mogłoby być niebezpiecznie na tak odkrytym terenie.

Noc była chłodna lecz nie zimna. Biorąc pod uwagę fakt, że w porze suchej temperatura na Uyuni może spadać w nocy do -20 stopni. Nie mogliśmy narzekać. Nasze śpiwory wystarczyły by czuć się komfortowo i nie zmarznąć, choć zapobiegliwie nabyliśmy w markecie w Limie jeszcze jeden cienki śpiwór, żeby móc się przykrywać podczas zimnych nocy.

Rano obudziło nas słońce, które oświetliło solną równinę i wulkan widoczny na horyzoncie purpurowym blaskiem. Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę do wyspy. Dostaliśmy z domu namiary (współrzędne geograficzne) bo za bardzo nie ufaliśmy kompasowi. W drodze Przemek kilkakrotnie sprawdzał w komputerze, połączonym z GPS nasze położenie i korygowaliśmy kierunek jazdy. Wszystko po to, aby nie przegapić wyspy i trafić do tej właściwej, gdyż wysp na Salar de Uyuni jest sporo. No i okazało się, że właśnie dzięki tym namiarom  trafiliśmy do Incahuasi. Gdyby nie współrzędne minęlibyśmy ją o jakieś dwadzieścia kilometrów! To właśnie daje pojęcie o utrudnionej nawigacji w takim terenie bez punktów odniesienia.

Z oddali widać już było porastające wyspę gigantyczne kaktusy. Przyglądaliśmy im się dokładnie i z zachwytem, gdy dotarliśmy już do wyspy. Potem postanowiliśmy objechać ją dookoła rowerem i przyjrzeć się jej z drugiej strony. W oddali dostrzegliśmy jakichś turystów i domyślaliśmy się, że tam znajduje się schronisko, o którym czytaliśmy w przewodniku. No i mieliśmy rację. Dotarliśmy wkrótce do prawdziwej turystycznej wioski na pustyni! Zaparkowanych przy wyspie stało ze dwadzieścia jeepów, którymi przyjechali turyści na zorganizowane wycieczki. Na wyspie jest też restauracja, toalety i szlak pieszy, którym można dojść na punkt widokowy i podziwiać wielkie kaktusy.

Między tym wszystkim przewijały się gwarne grupki turystów, gawędzących po angielsku, niemiecku i francusku – a jakże by inaczej… Inni kręcili się po pustyni w pobliżu samochodów i pstrykali znane wszystkim fotki, na których zanika perspektywa. Ludzie przyjmowali w tym celu najdziwaczniejsze pozy, przez co postronny obserwator wziąłby ich pewnie za bandę szaleńców 🙂 Jeszcze inni zmęczeni słońcem, siedzieli pod parasolami rozstawionymi przy autach, popijając zimne napoje.

A my patrzyliśmy na ich „umęczenie” spowodowane upałem z lekkim rozbawieniem. No cóż… będąc na zorganizowanej wycieczce można, owszem, w łatwy sposób zobaczyć Salar de Uyuni ale na pewno nie poczuć jej klimat. Pustynia to przecież pustka wokół, cisza, odludzie a jak to się ma do restauracji, wielojęzycznego tłumku kłębiącego się wokół i dwudziestu jeepów, między którymi ludzie robią zdjęcia?

Cieszyliśmy się zatem, że nie jesteśmy tu z wycieczką i że dane nam było doświadczyć klimatu pustyni a nie turystycznej wioski. Napędzając siłą własnych mięśni nasz ciężki rower nie jeden raz odczuliśmy pustkę, niezwykłą ciszę, palące słońce w dzień i wieczorny chłód. Jak to na pustyni – musieliśmy oszczędzać wodę i opierać się wiejącemu w twarz wiatrowi. Za to herbata pita wieczorem, w naszym osamotnionym na wielkich, solnych równinach namiocie, smakowała nam lepiej niż najdroższe trunki z restauracji na wyspie. Mogliśmy podziwiać bezkres pustyni, niebo usiane gwiazdami, słuchać szumu wiatru i rozmyślać. Jeśli więc możesz zrezygnuj ze zorganizowanej wycieczki i jak mawiał niegdyś legendarny Adam Słodowy: „zrób to sam!” 🙂

Skoro jednak cywilizacja dotarła już na Incahuasi, skorzystaliśmy i my. Nabraliśmy sobie wody do zbiorników a gdy mieliśmy już wodę nie było po co się spieszyć. Mogliśmy spędzić jeszcze jedną noc w tym wyjątkowym miejscu. Odjechaliśmy więc prędko za wyspę, dalej od tłumu turystów. Tu była cisza i spokój, bo nikomu nie chciało się odchodzić tak daleko od samochodów. Rozbiliśmy namiot. Ledwo jednak zdążyliśmy go postawić zerwał się silny wiatr i Przemek znów musiał budować specjalne konstrukcje, żeby namiot wytrzymał. O gotowaniu można było zapomnieć i na kolację zjedliśmy tylko ciastka. No cóż – taka jest pustynia…

A słońce tymczasem zniżało się coraz bardziej w stronę horyzontu. Oświetlało ciepłym światłem spękane skorupy soli, na których kładły się długie kaktusowe cienie. Z daleka widać było odjeżdżające jeepy z turystami, które wkrótce zniknęły na horyzoncie. A my jedliśmy herbatniki i słuchaliśmy szumu wiatru.

 

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.