Droga do Salinas Garcia de Mendoza 3.12 – 9.12.2011

Przez Altiplano

Wyjazd z La Paz nieźle daje popalić. Miasto położone jest w dolinie, co oznacza, że po długim zjeździe tyle samo trzeba podjechać do góry (czy aby na pewno? Moglibyśmy przysiąc, że w górę jest więcej niż w dół : ) A drogi bywają tu wyjątkowo strome. altiplano

Na szczęście przy wyjeździe ze stolicy spotkaliśmy lokalnego rowerzystę. Polecił nam trasę przez Valle de la Luna, gdyż główna droga w kierunku Oruro, przez miejscowość El Alto wymaga męczącego pchania rowerów stromo do góry i to w dodatku w dużym ruchu. To była dobra decyzja. W zdecydowanej większości trasę udało się pokonać jadąc a na drodze panował spokój. Mimo wszystko podjazd nas porządnie wymęczył. Tym bardziej, że w dolinie dokuczało ostre słońce i wysoka temperatura, która bardzo sprzyja szybkiemu zmęczeniu.

Na główną drogę prowadzącą z La Paz wyjechaliśmy za miejscowością El Alto. Okolica nieciekawa – warsztaty i zakłady przy drodze, kurz i duży ruch. Jednak po kilkunastu kilometrach przedmieścia się skończyły i zrobiło się spokojnie. Altiplano to w tym rejonie sucha, wietrzna i bezludna okolica. Pechowo nam przypadło, że wjechaliśmy pod burzową chmurę i trafiliśmy na tak silny, boczny wiatr, że nie dało się jechać. Znów przez jakiś odcinek musieliśmy prowadzić rower. Obszar ten jest również bardzo ubogi w wodę, przynajmniej przed zakończeniem pory deszczowej i nie można liczyć nawet na umycie rąk czy uzupełnienie wody na stacjach benzynowych. Jednak przy płatnych bramkach uśmiechnęło się do nas szczęście i jakaś kobieta dała nam wodę do naszego czterolitrowego zbiornika.

Kolejne dwa dni spędziliśmy na pedałowaniu przez płaskowyż w kierunku Oruro. Krajobraz ciągle był taki sam – góry widoczne na horyzoncie i równina porośnięta kępami brunatnej trawy. Przez godziny jazdy nic nie zakłócało tej monotonii. Mimo, że jechało się dosyć dobrze, to jednak momentami zacierało się poczucie czasu i przestrzeni i droga trochę nam się dłużyła.  Od czasu do czasu trafialiśmy na małe wioski. Można w nich było kupić żywność ale napoje i woda  były stosunkowo drogie, podobnie jak w Peru. Niestety o dostępie do Internetu można sobie było tylko pomarzyć i pod tym względem Boliwia znacznie odbiega od Peru. Poza większymi miastami i turystycznymi miejscowościami Internet jest nieosiągalny.

Oruro

W Mikołajki dotarliśmy do Oruro, do którego wjechaliśmy w naszych mikołajowych czapeczkach, wzbudzając sympatyczne uśmiechy na niektórych twarzach 🙂 Miejsce jak większość raczej chaotycznych mieścin w krajach Ameryki Pd., niczym specjalnym nie zachwyca. Zatrzymaliśmy się tu na jeden nocleg, żeby spokojnie zrobić zakupy. Hostal w centrum kosztował nas 60 bolivianos czyli ok. 30 zł za pokój. Obeszliśmy dwa targowiska w mieście i sklepy ale zaopatrzenie żywnościowe nieszczególne i żadnych dużych zapasów nie zrobiliśmy. Trudno było tu kupić coś, co można w miarę szybko przygotować, bez konieczności długiego „pitraszenia” i gotowania na palniku.

Może lepiej trzeba było kupić magiczne zioła, po których pewnie nie musielibyśmy nawet pedałować 🙂 a rower by sam jechał. Stoisk czarowników na bazarze było bowiem w bród. Wśród asortymentu mnóstwo zasuszonych w całości zwierząt i ptaków do jakichś magicznych praktyk, przykry widok… No i wreszcie Internet! Ostatnie większe miasto na planowanej trasie naszego przejazdu przez Boliwię, więc chcieliśmy maksymalnie skorzystać z tego dobrodziejstwa cywilizacji. Ale tylko się niepotrzebnie sfrustrowaliśmy. Chodziliśmy do trzech kafejek a w każdej był inny problem – a to danych z pendrive’a nie można było odczytać, a to jakość ekranu uniemożliwiała zrobienie czegokolwiek albo prędkość była taka, że zamieszczenie naszego mikołajkowego zdjęcia na stronce zajęło ponad 30 min! Na więcej nie starczyło nam już cierpliwości i zaniechaliśmy dalszych działań, stąd ciągnące się braki na naszym blogu. Komputery i Internet w Boliwii, poza większymi miastami, pod psem…

Następnego dnia rano wyjechaliśmy z Oruro a ponieważ droga była dobra i wiatr nie utrudniał zbytnio jazdy a czasem nawet pomagał, zasuwaliśmy przez płaskowyż w kierunku miejscowości Challapata. Minęliśmy kilka małych wiosek, czasem dosłownie po kilka chałup ale bez sklepów (pierwszy był po przejechaniu ok. 50 km) więc byliśmy zadowoleni, że z Oruro wieźliśmy zapas wody i jedzenia. Po drodze mieliśmy jeszcze przymusowy postój na łatanie dętki ale pod wieczór dojechaliśmy do Challapata. Uzupełniliśmy zapasy żywności i kilka kilometrów za miasteczkiem rozbiliśmy sobie obozowisko, za glinianym murem osłaniającym nas od wiatru. 

Asfaltowa droga wiodła do pobliskiej wioski Huarii  i jeszcze jakieś 30 km dalej. We wsi znów można było uzupełnić zapasy żywności a nawet wody (na stacji benzynowej). Ponad 25 kilometrów dalej droga się rozwidlała i na wprost prowadziła do turystycznej miejscowości Uyuni, my natomiast skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy w kierunku nieturystycznej wioski Salinas.

I to był początek naprawdę ciężkiej jazdy, podczas której ograniczenia spowodowane dużą wagą naszego roweru szczególnie dawały nam się we znaki. Piach i „tarka” na drodze powodowały, że odcinkami nie dawało się jechać i musieliśmy prowadzić rower. W drodze znów trzeba było łatać dętkę. Przemek wykorzystał tę konieczną przerwę w jeździe na zmianę opon na terenowe. Wieźliśmy je ze sobą na przyczepce przez ponad połowę Peru i Boliwię!

W miarę jak podążaliśmy na południe pampa wokół nas stopniowo zmieniała się w coś na kształt pustyni – suchej lecz porośniętej aromatycznymi, karłowatymi krzewami przypominającymi tuje. Wokół kompletna pustka i cisza, tylko stadka vikunia i lamy widywaliśmy w pobliżu drogi. Od czasu do czasu pojawiały się wokół nas małe trąby powietrzne, które przemieszczały się po płaskowyżu gnane wiatrem. Ze względu na fatalny stan drogi tempo jazdy drastycznie spadło.

Wieczór znów był chłodny ale piękny. Niebo pełne gwiazd i wyjątkowa cisza. A gdy przygotowaliśmy posiłek zwabiony zapachem naszej kolacji, w pobliżu namiotu zjawił się szakal. Miał piękne, jasne futro i czaił się wokół nas. Byliśmy zachwyceni jego urodą! Jednak Przemek go odstraszył, żeby w nocy nie narobił przypadkiem szkód w naszych sakwach.

Salinas

Do Salinas dotarliśmy następnego dnia, po naprawdę ciężkim pedałowaniu. Brnęliśmy w piachu i „tarce”, na której rzucało rowerem tak, że obawialiśmy się o to by go nie uszkodzić. Od wstrząsów kilkakrotnie wypinała nam się przyczepka ale na szczęście przetrwała tę jazdę. Mijaliśmy jakieś małe wioski po drodze ale w żadnej nie można było kupić prowiantu, więc do Salinas jechaliśmy pożywiając się tylko krakersami. Zmęczeni i głodni wtoczyliśmy się wieczorem do wioski.

Zaraz zrobiliśmy jakieś zakupy w małych sklepikach i rozglądaliśmy się za noclegiem bo było już późno ale w hostalach podawali nam ceny 60-80 bolivianos! Jak w hostalach w centrum La Paz, a to wiocha „zabita dechami” na odludziu. Domyślaliśmy się, że to z powodu naszych „białych gęb” podnoszą ceny. Ale my twardzi jesteśmy i w takiej sytuacji rozstawiliśmy namiot na skraju wioski. Tuż za murem szpitala, kilkadziesiąt metrów od hostalu zresztą i nie przejmowaliśmy się tym, że było bardzo zimno i że znowu pękł któryś maszt…

altiplano

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.