Z Urubamby w kierunku Boliwii 22.11.2011 – 29.11.2011

Życie podróżnika czasem bywa trudne a wiadomo kiedy człowiek się spieszy to diabeł się cieszy. W Urubambie zatrzymaliśmy się w „panaderii” na pyszne ciasto z okazji moich urodzin, potem łagodną, prawie płaską drogą dojechaliśmy aż do miejscowości Pisaq. Ostatnio miałam wrażenie, że Peru chce nas zatrzymać. Najpierw kilkudniowa choroba Przemka w Nasca, potem historia z psem, dla którego wróciliśmy do Ollantaytambo i kolejny dzień, w którym mimo, że wyruszyliśmy wcześnie rano, jazda szła bardzo kiepsko. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów i przebiliśmy tylnie koło. Trzeba więc było rozpakować cały rower. Przemek wymienił dętkę w tylnim kole i przezornie również oponę ( drugą schwalbe – po przejechaniu 11 000 km), która była na wykończeniu i groziła tym, że lada moment się rozpadnie. A ponieważ rzeczy martwe, jak wszyscy wiemy, bywają złośliwe byłam pewna, że za kilka kilometrów z pewnością by to nastąpiło. Ale niestety nawet ta przezorność nie wystarczyła. Otóż jak już spakowaliśmy cały rower i wsiedliśmy na siodełka, okazało się, że odwrotnie założyliśmy sakwy, co praktycznie uniemożliwiało mi pedałowanie. Znowu po przejechaniu niewielkiego odcinka musieliśmy się zatrzymać, rozpakować rower i ponownie zapakować. Po południu zaczęło się chmurzyć a my byliśmy strasznie głodni. Zatrzymaliśmy się w małej wsi na „almuerzo” i za 13 soli zjedliśmy w sumie trzy obiady i jedną zupę J W dalszej drodze coś zaczęło złowrogo skrzypieć w rowerze. No jeszcze jakiejś awarii nam potrzeba – pomyślałam sobie. Okazało się jednak wkrótce, że (cytuję Przemka) „to bębenek w tylnej piaście, na który zakłada się kasetę”. Oczywiście nie bardzo wiedziałam o co biega ale Przemek powiedział, że zaraz to naprawi. No i kolejny postój i rozpakowanie roweru, potem rozebranie piasty i dokręcenie jednej śrubki… Jechaliśmy później aż do zmroku i na noc zatrzymaliśmy się nad rzeką. Rozpakowaliśmy rower po raz czwarty i na szczęście ostatni tego dnia ale podczas rozkładania namiotu, na miłe zakończenie wieczoru, znowu pękł któryś maszt…

Jednak przez kolejny cały dzień pedałowaliśmy bez przeszkód, zmierzając w stronę jeziora Titicaca. Droga wciąż bardzo dobra, bez żadnych stromizn, lekko pagórkowata, choć ogólnie systematycznie pięła się lekko pod górkę. Okolica była zielona, jechaliśmy wzdłuż rzeki i mimo gorącego słońca przejechaliśmy tego dnia sporo kilometrów. W drodze do ostatniej wysokiej przełęczy, jaką mieliśmy do pokonania w Peru, zatrzymaliśmy się w miejscowości Aquas Calientes, gdzie dotarliśmy wczesnym przedpołudniem. Za 3sole/osoba sprawiliśmy sobie przyjemność  kąpieli w basenie z ciepłą wodą termalną, o temperaturze 38°C i bogatej w różnorakie składniki mineralne. I to się nazywa tanie, peruwiańskie Spa J Temperatura wody w drugim basenie wynosiła 41°C lecz to już trochę zbyt dużo jak dla nas. Kąpiel podziałała relaksująco, rozluźniła wszystkie mięśnie ale też nas rozleniwiła i wcale nie chciało nam się dalej pedałować pod górkę tylko położyć i spać. Jednak z każdą chwilą przybywało coraz więcej tubylców a my za tłumami nie przepadamy więc czas było ruszać w drogę. Po leniwym pedałowaniu dotarliśmy wreszcie na przełęcz, gdzie było kilka straganów z pamiątkami dla turystów podróżujących autobusami z Cusco do Puno, które zatrzymują się w tym miejscu. Turyści z autobusów znów nas fotografowali i pytali o naszą podróż, dziwiąc się, że już tyle kilometrów przejechaliśmy ale my też się czasem dziwimy… Potem łagodnie zjechaliśmy w dół na „altiplano” czyli płaskowyż, przez który droga wiedzie aż do Puno. Jazda przez płaskowyż byłaby bardzo przyjemna gdyby nie wiatr, który jak to zwykle bywa lubi bezkarnie hulać po otwartych przestrzeniach i niestety przeważnie hula tak, że wieje nieszczęsnemu rowerzyście w twarz. Tak więc jechaliśmy pod wiatr i powolnym tempem. Kończyły nam się zapasy prowiantu i gdy dojechaliśmy do wsi  Ayaviri poszłam na rynek zrobić zakupy. Akurat trafiłam na dział mięsny i choć wiele rynków już w swoim życiu widziałam i byle co nie jest mnie w stanie w tej kwestii zadziwić, to jednak sterta oślich łbów leżąca na podłodze, pomiędzy którymi bawiły się dzieci przekupek trochę mnie zaskoczyła… Przezornie się wycofałam, żeby przypadkiem w taki łeb nie wdepnąć. Droga za Aayviri była dosyć kiepska, częściowo zasypana żwirem i co kawałek zagrodzona bo trwały na niej jakieś roboty ale za to wjechaliśmy w pagórkowaty teren, który osłonił nas od wiatru i dzięki temu nadrobiliśmy stracone kilometry. Noc spędziliśmy znów biwakując nad rzeką. Ze snu wybudził nas głośny huk grzmotu, którego echo rozległo się wśród skał. Raz jeszcze martwiliśmy się czy aby wichura nie rozprawi się do reszty z naszymi bardzo mocno nadwyrężonymi masztami ale na szczęście my i namiot dotrwaliśmy w całości do rana. Pogoda znów była piękna i pedałując wciąż na południe minęliśmy chaotyczne i hałaśliwe miasteczko Juliaca, gdzie na rogach ulic wszyscy czymś handlują. Ulice zatłoczone, wszędzie korki i głośne trąbienie klaksonów a my manewrujący naszym „tirem” między samochodami i rikszami po dziurawej drodze. Przy wyjeździe z miasta musieliśmy się zatrzymać na posiłek bo już strasznie doskwierał nam głód po całej męczącej przeprawie przez tę mieścinę. Nie bacząc na nic usiedliśmy na chodniku i pałaszowaliśmy bułki, smarując je masłem. Dobrze, że nie jesteśmy w Europie – pomyślałam sobie, tutaj można się nie przejmować. Po południu dojechaliśmy do Puno. Droga wspięła się na wzgórze i po raz pierwszy mieliśmy stamtąd widok na Lago Titicaca. Pokręciliśmy się trochę po Puno ale nie za długo. Zajrzeliśmy do portu, jadąc drogą wzdłuż, której ciągną się stragany z pamiątkami dla turystów. Stamtąd łodzią można popłynąć do słynnych pływających wysp, które w dzisiejszych czasach istnieją już właściwie tylko dla turystów i nabyć pamiątki z podróży, produkowane przez wyspiarzy. Cena wycieczki 15 soli. My jednak zrezygnowaliśmy z tej przyjemności ponieważ, jak już pisałam nie przepadamy za łodziami a poza tym trzeba byłoby zatrzymać się na dwa noclegi w Puno bo pewnie nie zdążylibyśmy wrócić i spakować się, żeby opuścić hostal o wyznaczonej godzinie ( zwykle o 10.00 lub 11.00). Wyjechaliśmy więc z Puno jeszcze tego samego dnia z przebitym kołem w dodatku, które musieliśmy co jakiś czas dopompowywać bo za późno było już na łatanie dętki.

Dwa dni jechaliśmy jeszcze do granicy wzdłuż jeziora. Zatrzymaliśmy się w spokojnej wiosce Chicuto, gdzie zamierzaliśmy obejrzeć świątynie Płodności. Pełną ponoć wielkogabarytowych rzeźb prezentujących męskie penisy ale niestety ominęła nas ta przyjemność bo świątynia zamknięta była na cztery spusty. Na jednej z kamiennych uliczek mogliśmy się za to przyjrzeć Indiankom, które z sierści lamy skręcały bardzo zwinnie w palcach wełnę i nawijały na wrzeciono. Potem przez małe wioski i pola dojechaliśmy do miasteczka Ilave, gdzie zupełnie niespodziewanie trafiliśmy na paradę, której uczestnicy, głównie młodzież szkolna, prezentowali się w strojach ludowych, zmieniających się na przestrzeni różnych epok. Niestety nie wiemy dokładnie czemu była poświęcona i z jakiej okazji odbywała się owa parada ale byliśmy pod ogromnym wrażeniem strojów, jakie nosili uczestnicy. Myślę, że niejedna garderoba teatralna pozazdrościła by takiej rozmaitości kostiumów, jaką można było obejrzeć w tej niewielkiej mieścinie. Spędziliśmy ponad godzinę przyglądając się paradzie a dodam, że zaciekawienie było obopólne. Lokalni interesowali się naszym rowerem a my ich przepięknymi strojami. Ostatni przystanek przed granicą to było miasteczko Juli. Na rynku, gdzie zatrzymaliśmy rower, znajdował się kościół  i wstąpiłam do niego, żeby odmówić modlitwę. Weszłam, przeżegnałam się i stanęłam w cichym kątku a tu z półmroku bocznej nawy wyskoczył nagle gostek z plikiem biletów w dłoni, domagając się żebym nabyła takowy za dwa sole. Byłam zniesmaczona, że w dzisiejszych czasach już nawet pacierza zmówić nie można w świątyni za darmo. Opuściłam więc kościół a ostatnie peruwiańskie sole, jakie nam zostały Przemek wydał u przekupek handlujących pod kościołem wyrobami z wełny lamy. Zaopatrzył się w skarpety, czapkę i rękawiczki. Nie pozostawało nam więc nic innego jak pospieszyć do granicy i na kolację dotrzeć do Boliwii.

W Peru spędziliśmy ponad dwa miesiące. Posmakowaliśmy kurzu na górskich drogach i doświadczyliśmy suchego, pustynnego wiatru na wybrzeżu. Tak jak bezludne obszary w północnej Brazylii nauczyły nas być samowystarczalnym, tak  Peru zahartowało nas i uodporniło na zmieniające się temperatury – od palącego słońca w dzień po mróz w nocy. Podróżowanie przez ten kraj rowerem nie jest łatwe, ze względu na dosyć skrajne warunki klimatyczne, szczególnie w górach i duże wysokości. Teraz z perspektywy czasu zastanawiam się jeszcze, czy Peru rzeczywiście jest niebezpieczne… No cóż, my nigdy nie czuliśmy się zagrożeni w tym kraju, nie znaczy to jednak, że jest tu zupełnie bezpiecznie. Myślę, że przemierzając Peru warto być bardziej czujnym. Swoje przekonanie opieram na kilku faktach, które powinny w każdym podróżującym obudzić ową czujność i zdrowy rozsądek. Otóż znacznie więcej turystów podróżujących w Peru donosiło o kradzieżach niż w innych krajach na tym kontynencie. Nie chodzi tu tylko o kradzieże ale napady zbrojne, wymuszenia czy uprowadzenia turystów i nie tylko w okolicach dużych miast, co zdarza się na całym świecie ale również na stanowiskach archeologicznych czy górskich szlakach. Przezorność policji, która nie pozwoliła nam przejechać rowerem odcinka w okolicach Trujillo, choć może trochę przesadna, tez nie wzięła się znikąd. Spora liczba policjantów pilnująca porządku w miastach i na drogach na wybrzeżu świadczy o tym, że przestępczość jest tu spora. Nawet zabezpieczenia na ciężarówkach, których tył pokrywa się kolczastymi gałęziami aby zapobiec wskakiwaniu złodziei na pakę i okradaniu samochodu jest widocznym sygnałem, że istnieje problem. Szczególnie dotyczy to wybrzeża, gdzie jest więcej dużych miast ale i dzielnic slumsów. Mimo wszystko jednak Peru to bez wątpienia jeden z najpiękniejszych krajów, jakie do tej pory odwiedziliśmy. Żałujemy tylko, że nie udało nam się odwiedzić kanionu Colca, który chcieliśmy zobaczyć ale kto wie, może jeszcze kiedyś tu wrócimy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.