Machu Picchu – piękno czy komercja?  17.11 – 19.11.2011

Machu Pichu i położona u jego stóp wioska Aquas Calientes to z pewnością najbardziej znane ale i najdroższe miejsce w Peru. Wysokie są ceny hostali, posiłków w restauracji, koszty transportu a nawet żywności w sklepach. Jeśli ma się pełen portfel, to nie problem ale jeśli jest się niskobudżetowym turystą, to sprawa nie jest już taka prosta. Mimo wszystko nie mieliśmy zamiaru wyjeżdżać z Peru bez odwiedzenia tego wyjątkowego miejsca…

Najprostszym ale i najdroższym sposobem dostania się do Machu Picchu jest linia kolejowa znana już powszechnie ze względu na astronomiczne ceny. Można dojechać z Cusco lub nieco taniej klasą backpakerską z Ollantaytambo. Tego sposobu jednak nie polecamy, chyba, że masz dużo kasy, jesteś wygodny lub starszy i inny środek transportu nie wchodzi w grę. Tabele z cenami biletów jeżdżących tą trasą pociągów zamieszczamy poniżej. Dość powiedzieć, że w chwili obecnej najtańsza możliwa opcja to dojazd pociągiem z Ollantaytambo do Aquas Calientes w klasie backpacker, który kosztuje 35 $ za przejechanie około 40 kilometrowego odcinka! Oczywiście jest to cena biletu w jedną stronę. Droga jezdna z Cusco kończy się w Ollantaytambo, dlatego większość zamożnych turystów mimo wszystko wybiera tą kosztowną podróż.

Innym sposobem, dla mniej zasobnych w gotówkę, jest dojazd okrężną drogą przez góry do miejscowości Santa Maria a następnie, po przesiadce do Santa Teresa, skąd dojeżdża się collectivo do hydroelektrowni a dalej trzeba pokonać pieszo 8 kilometrów do Aguas Calientes. Podróż z Ollantaytambo zajmuje cały dzień. W ten sposób koszty dojazdu w jedną stronę można zredukować do ok. 40-50 soli (nie znamy dokładnej ceny, tylko z informacji zaczerpniętych w Ollantaytambo). Jeżeli decydujesz się na dojazd busem dla turystów z Cusco to koszt podróży w jedną stronę wyniesie około 100 soli. Trzeba też doliczyć do tego koszty minimum dwóch noclegów w Aquas Calientes, które też nie są tanie.

Jeśli to nadal dla Ciebie zbyt drogo a nie jesteś leniwy lecz za to oszczędny i dostatecznie zmotywowany żeby ponieść trud wędrówki, to możesz się wybrać na „Inca trail dla ubogich”, tak jak my J Tańsza opcja już nie istnieje.

Rano, około godziny ósmej, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy w jeden plecak, który nam jeszcze został. Niestety nie dało się zmieścić namiotu ze śpiworami i wiedzieliśmy, że będziemy musieli spać w hostalu w Aquas Calientes. Rower i resztę bagażu zostawiliśmy na przechowanie w hostalu. Razem z francuskim tandemem poszliśmy w okolice hali rynku w Ollantaytambo, skąd odjeżdżają busy do miejsca zwanego „kilometr 82”. W tym to miejscu turyści, którzy wykupili w biurach podróży kilkudniowy treking do Machu Picchu zwany „Inca trail” wraz z tragarzami wyruszają na szlak. Dlatego rano ze znalezieniem busa nie było problemu gdyż dojeżdżają nimi tragarze. Koszt dojazdu wynosi 2.50 sola/osoba. W małej wiosce przy kilometrze 82 znajduje się niewielki sklepik, gdzie można kupić jeszcze coś do jedzenia lub picia. Ruszyliśmy więc w drogę. Grupy z tragarzami poszły na szlak a my mieliśmy swój własny, dla oszczędnych – 29 kilometrów wzdłuż torów do Aquas Calientes. Przez większość drogi w pobliżu torów biegła ścieżka lecz były odcinki, które trzeba było pokonywać maszerując wprost po torach i wtedy stopy najbardziej się męczyły. Młodych Francuzów puściliśmy przodem a my z racji wieku i braku solidnych traperek z grubą podeszwą szliśmy sobie bez pośpiechu. Pogoda była ładna i mieliśmy do dyspozycji cały dzień. W drodze zrobiliśmy kilka postojów na jedzenie i odpoczynek, gdyż tak długi marsz dla nóg nawykłych do ciągłego pedałowania a odzwyczajonych od chodzenia, to jednak ogromny wysiłek. Przemek, maszerując w butach ze zdartymi od hamowania podeszwami, dorobił się brzydkich i bolesnych odcisków na stopach, co jeszcze spowolniło naszą wędrówkę. Ostatecznie przejście całej drogi wraz z odpoczynkami zajęło nam niecałe osiem godzin, ale przy dobrych butach i normalnym tempie marszu można dojść do wioski w około sześć godzin. W każdym razie i tak byliśmy dobre pół godziny prędzej od pozostałej trójki Francuzów z naszego hostalu, która wyruszyła w drogę busem do Santa Teresy jakąś godzinę wcześniej od nas. Stad wiemy, że podróż okrężną drogą przez góry zajmuje cały dzień i nocleg pod Machu Picchu i tak jest konieczny.

Najtańszy hotel jaki udało nam się znaleźć w Aquas Calientes kosztował 40 soli za pokój dwuosobowy i choć mnóstwo pustych hostali w miasteczku właściciele nie chcieli dawać zniżek. Można więc sobie wyobrazić jakie są ceny w szczycie sezonu! A i tak turystów jest wtedy tyle, że czasem trudno znaleźć miejsce. Na szczęście w hostalu mieliśmy gorącą wodę i można było wziąć przyjemny prysznic. Ledwo doszliśmy do hostalu a na zewnątrz zaczęło lać. Byliśmy bardzo zmęczeni. Zjedliśmy ciepłą zupkę, którą wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości i dobrego smaku ugotowaliśmy na palniku w hotelowym pokoju i zaraz poszliśmy spać.

Rano zaczęliśmy dzień od pójścia do centrum miasteczka, gdzie znajduje się kasa sprzedająca bilety wstępu do Machu Picchu. Oczywiście bilety na Waynapicchu – punkt widokowy na górze były już niedostępne na ten dzień, trzeba je kupować z wyprzedzeniem. Zdecydowaliśmy się jednak na bilet do Machupicchu Montana – niższą górkę położoną w południowej części kompleksu. Ceny biletów zamieszczamy pod wpisem. Następnie udaliśmy się na zakupy prowiantu, mimo obowiązującego zakazu wnoszenia żywności. Nie mieliśmy jednak zamiaru spędzać dnia o „ głodnym pysku”. Do samego Machu Picchu zdecydowaliśmy się jednak dojechać autobusem, gdyż nasze nogi dostały trochę w kość poprzedniego dnia i podchodzenie szlakiem pieszym, który jest bardzo stromy zajęło by zbyt wiele czasu. Mimo, że sezon turystyczny się skończył z Aquas Calientes co kilkanaście minut odjeżdżały autobusy pełne ludzi. Przy wejściu też kłębił się niezły tłum ale wpuszczający nie byli zbyt dociekliwi i wszystko poszło sprawnie. Weszliśmy z naszym plecakiem choć przekraczał dopuszczalną wielkość 20 litrów i z całym prowiantem w środku. Pogoda była pochmurna więc nie było sensu wdrapywać się na górkę, na którą mieliśmy bilet. Obydwa punkty widokowe spowite były chmurami lecz Machu Picchu urzekło nas od pierwszego wejrzenia. Przepiękne miejsce, w którym położone jest miasto Inków sprawia, że atmosfera wokół wydaje się naprawdę magiczna. Chodziliśmy więc, oglądaliśmy i robiliśmy pamiątkowe fotografie tego niezwykłego miejsca. Spędziliśmy w ruinach prawie cały dzień ciesząc się pięknymi widokami ruin, położonych wśród zielonych gór, spowitych chmurami. W sumie nie wykorzystaliśmy naszego biletu na punkt widokowy, gdyz chmury rozeszły się dopiero po godz.12.00 a wtedy wstęp jest już zabroniony niestety. Najwspanialsze było jednak popołudnie w Machu Picchu, kiedy wyszło słońce  i znikły tłumy ludzi spieszących się na powrotny pociąg do Cusco. Wokoło zapanował spokój a my siedzieliśmy na jednym z trawiastych tarasów i patrzyliśmy z góry na pogrążone w ciszy i popołudniowych promieniach słońca Miasto Inców. Około godziny 16.00 nie spiesząc się wróciliśmy pieszym szlakiem do Aquas Calientes. To był wspaniały dzień. Nie żałowaliśmy trudu włożonego w dotarcie tutaj. Naszym zdaniem pomimo całej komercji związanej z Machu Pichu a nastawionej na maksymalny wyzysk turysty, to miejsce jest naprawdę wyjątkowe i byłoby sporą stratą gdybyśmy tu jednak nie dotarli. W wiosce dorwał nas hotelowy naganiacz a ponieważ był dość zdesperowany by znaleźć klientów, udało nam się wytargować cenę pokoju w hostalu na 30 soli.

Kilka słów o Machu Picchu…

Trudno zaprzeczyć, że jest to prawdziwa turystyczna fabryka pieniędzy. Mimo wszystko jednak piękno tego miejsca jest niezaprzeczalne i dlatego jak najbardziej polecamy do zwiedzania. Jeśli chcesz naprawdę docenić piękno tego miejsca, pamiętaj o kilku ważnych szczegółach:

  • nie zwiedzaj Machu Pichu w szczycie sezonu, przypadającego na okres od czerwca do wrześńia, maszerując w tłumie ludzi można się co najwyżej wkurzyć

  • nie wybieraj pociągu jako środek transportu, bo będziesz zwiedzał Miasto Inców w największym tłumie a potem będziesz musiał spieszyć się na powrotny pociąg, chyba że stać cie i na pociąg i na nocleg w Aquas Calientes

  • unikaj zwiedzania w zorganizowanej grupie, gdyż nie daje ono możliwości swobody poruszania się lub zaszycia w jakimś cichym zakątku kompleksu, żeby po prostu popatrzeć. Wszelkie informacje znajdziesz bez trudu w dostępnych publikacjach a do biletu dołączona jest mapka, dzięki której zorientujesz się co właśnie zwiedzasz. Jeśli jednak wolisz przewodnika to możesz go wynająć przed wejściem do Machu Picchu będzie tylko do twojej/waszej dyspozycji

  • nie potrzeba wchodzić na żadne punkty widokowe, ruiny miasta Inków są tak pięknie położone, że doskonale obejrzysz je bez konieczności wspinaczki i kupowania droższego biletu. Punkty widokowe dają raczej wspaniały widok na okolicę niż na same ruiny

Najtańsza możliwa opcja zobaczenia tego miejsca:

bus do kilometra 82 – 2.50 soli; nocleg w Aquas Calientes na campingu – 15 soli ( w sezonie 25 soli); wstęp do Machu Picchu – 126 soli

1 sol to ok. 1,20 zl

   

Do Ollantaytambo wracaliśmy tą samą drogą wzdłuż torów. Rano kiedy robiliśmy zakupy w miasteczku i wyszliśmy ze sklepu minęła nas sfora kilku bezpańskich psów, jakich mnóstwo w tutejszych mieścinach. Nagle jeden z psów odłączył się od reszty i zaczął iść za nami. Nic w tym dziwnego, często jakieś psy kręciły się wokół nas licząc pewnie na coś do jedzenia. Przemek zaczął odganiać wychudzonego rudzielca ale pies podążał za nami. Potem nie zwracaliśmy na niego uwagi. Wyjdziemy za wioskę to sobie pójdzie – myśleliśmy. Ale się pomyliliśmy. Wyszliśmy na tory a pies podążał za nami. Przemek zaczął go odstraszać a nawet rzucać kamykami w jego stronę. Pies cofał się o kilka kroków ale potem znów biegł za nami. I tak praktycznie całą drogę! Kiedy przejeżdżał pociąg krył się za nami, przystawał i spokojnie czekał kiedy ruszymy dalej. Po drodze mijaliśmy stado krów. On wyraźnie się ich bał. My poszliśmy dalej, myśląc, że teraz pewnie go zgubimy. Pies szczeknął żałośnie, obróciliśmy głowy do tyłu ale poszliśmy dalej swoją drogą. Po dwóch minutach był już powrotem przy nas ciesząc się i podskakując, że udało mu się przełamać strach i nas dogonić. Przemek wymyślił patent na chodzenie po szynie z dwoma kijami do podpierania (jak w nornic walking), dzięki czemu oszczędzał obolałe stopy i szybciej się poruszał. Psa też bolały łapy więc próbował naśladować Przemka i chodzić po szynie. Naprawdę nas rozbawił. Nie potrafił ukryć radości z powodu bliższego z nami kontaktu. Kiedy osłoniłam go dłonią przed pędem przejeżdżającego pociągu, poszczekiwał potem i skakał wokół mnie radośnie. Szedł razem z nami i odpoczywał kiedy my odpoczywaliśmy. Przeszedł za nami 29 kilometrów z Aquas Calientes mimo jakiejkolwiek zachęty z naszej strony a nawet prób pozbycia się go. To wywarło na nas wrażenie. Kiedy dotarliśmy do 82 kilometra, było już ciemno i okazało się, że bus już nie pojedzie. Nie pozostawało nam nic innego jak dalej iść pieszo. Pies oczywiście dreptał przy nas. Zabawnie to wyglądało: ledwo idący Przemek z pokiereszowanymi stopami i kijem, ja zmęczona długim marszem i wychudły pies. Niestety mieliśmy „szczęście” i zatrzymała się przejeżdżająca ciężarówka żeby nas podwieźć do miasta, kiedy właśnie zaczynało kropić. Byliśmy zdecydowani zabrać Psa ze sobą i zrobić mu nawet legowisko na przyczepce. Powiedzieliśmy kierowcy, że jedziemy z psem. Był wyraźnie zdziwiony, że chcemy zabrać ze sobą przybłędę. Jednak los chciał inaczej. Pies był przestraszony i nie dał się Przemkowi wziąć na ręce i wsadzić do samochodu. Pewnie nigdy nie miał właściciela i nikt wcześniej nie próbował go brać na ręce, a może bał się ciężarówki lub jednak bał się, że już nie wróci do swojej mieściny. Tego nie wiemy. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego wyboru. Przemek nie mógł już iść a namiotu ze sobą nie mieliśmy. Hostalu w tym rejonie też nie było. Kompletnie zmęczeni wsiedliśmy do ciężarówki a Pies został na drodze, patrząc jak kierowca zatrzaskuje za nami drzwi samochodu. To była straszna chwila. Rano zyskaliśmy psa a wieczorem straciliśmy przyjaciela i wiedziałam, że już więcej go nie zobaczymy. Ledwo drzwi się za nami zatrzasnęły i samochód ruszył czułam jak łzy napływają mi do oczu. Drogę przejechaliśmy w milczeniu ale każde z nas myślało o Psie, z którym naprawdę żal było nam się rozstać. Ten zwierzak poruszył nasze serca, choć nie był wcale urodziwy i absolutnie nie chcieliśmy psa. Rano pojechaliśmy rowerem po wyboistej drodze bez asfaltu aż do torów go szukać, niestety przepadł jak kamień w wodę. Spędziliśmy dzień w kiepskich nastrojach. Mało tego kiedy kolejnego dnia opuszczaliśmy Ollantaytambo wciąż myśleliśmy o Psie. Dojechaliśmy do Urubamby i Przemek stwierdził, że damy mu jeszcze jedną szansę i spróbujemy pojechać wzdłuż torów rowerem do Aquas Calientes, żeby go znaleźć. To było szaleństwo ale nie mogliśmy sobie wybaczyć, że zostawiliśmy go na tej przeklętej drodze. Wróciliśmy ponad dwadzieścia kilometrów do Ollantaytambo, znów rozstawiliśmy namiot przy hostalu i poszliśmy spać z zamiarem poszukiwania Psa na drugi dzień. Niestety znów los chciał inaczej – całą noc i ranek lał deszcz. Droga zamieniła się w błoto, pod którym kryły się kamienie. Jazda naszym tandemem była praktycznie niemożliwa i groziła uszkodzeniem roweru. Marsz do Aquas nie wchodził w grę bo Przemek wciąż miał obolałe stopy i ledwo chodził. Z przykrością musieliśmy zaakceptować fakt, że Psa już nie znajdziemy. Zrobiliśmy zakupy w miasteczku, musieliśmy iść do spawacza z przyczepką na której pojawiło się kolejne pęknięcie i z nosami na kwintę opuszczaliśmy Ollantaytambo po raz drugi, lecz tym razem już definitywnie ostatni…

0 Comments

  1. Widzę że mimo komercji Maczu Pikczu Wam się spodobało skoro jeszcze nic nowego na stronie się nie pojawiło.
    Ja jestem nad oceanem i odpoczywam do około połowy stycznia, bo się zmęczyłem.
    Odwiedził mnie Marcin. Pozdrawiam i wesołych świąt choć ich nie obchodzę. Niestety nawet tutaj w miastach są gwiazdki betlejemskie na lampach – Boże do czego to doszło? Mahomet w grobie się przewraca!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.