Górską drogą do Ollantaytambo 13.11- 16.11.2011

Końcowy etap naszej wspinaczki z nad oceanu w góry był już znacznie łatwiejszy niż jazda do Abancay, choć odcinkami trzeba się jeszcze było mocno napedałować. Zaraz po wyjeździe z hostalu czekał nas tak stromy podjazd do głównej drogi, że ostatnich kilkadziesiąt metrów musieliśmy prowadzić rower pod górkę, bo po prostu nie mieliśmy siły jechać. Tak więc jedyna sytuacja w Peru, w którym pokonywaliśmy naprawdę wysokie górskie przełęcze, kiedy nie daliśmy rady podjechać do góry – to była uliczka w mieście Abancay 🙂 Na głównej drodze stromizna złagodniała i mogliśmy sobie spokojnie pedałować. W dodatku pogoda była przepiękna – ani za gorąco, ani za zimno, wicher nie wiał a wokoło zielona kraina z drzewami i śpiewem ptaków. Ruch na jezdni niewielki, spokój dookoła a my podjeżdżaliśmy coraz wyżej i wyżej, patrząc z góry na Abancay, które coraz bardziej się oddalało. Po 36 kilometrach wspinaczki dotarliśmy na przełęcz o wysokości ponad 3900 m. n.p.m, za którą zobaczyliśmy szczyty pokryte śniegiem. Zaraz też zaczął się zjazd i oczywiście powracające jak bumerang kłopoty z hamowaniem… Przemek dwukrotnie majstrował przy nieszczęsnych klockach a i tak trzeba było hamować butami, które znowu straciły kolejną część podeszwy. Zjechaliśmy w sumie 31 kilometrów i zatrzymaliśmy się na nocleg na małej łączce, przy chatce, gdzie mieszkała starsza Indianka, która pozwoliła nam na biwak w tym miejscu. Zabraliśmy się zaraz za rozstawianie namiotu a tu obok przemaszerowała sobie ogromna, włochata tarantula. Przyjemne miejsce, nie ma co 🙂

Rano dotarlismy do wioski Curuashi i  zjechaliśmy jeszcze kolejne 15 kilometrów w dół. Wokoło rozciągała się ciepła, zielona okolica z drzewami mango, palmami i bananowcami. Kiedy jechaliśmy kanionem wzdłuż rzeki, słońce grzało już niemiłosiernie. Widzieliśmy też „białe gęby” – kajakarzy na raftingu. Miejscami w kanionie nie było asfaltu i nad drogą unosił się straszny kurz. Wkrótce stopniowo zaczęła się znowu jazda w górę, w kierunku wioski Limatambo. Niedługi podjazd, jakieś 10 kilometrów ale przed samą wsią nagle się zachmurzyło i zaczęło padać. Przejeżdżaliśmy akurat w pobliżu budującej się stacji benzynowej, gdzie schroniliśmy się przed deszczem. Nie zanosiło się jednak na szybki koniec burzy. Po drugiej stronie drogi znajdowały się prymitywne restauracyjki i poszliśmy do jednej z nich przekąsić coś ciepłego. Takie klimaty lubimy – za 4 sole / porcja ( czyli niecałe 5 zł) zjedliśmy ryż z kurczakiem i frytkami oraz napiliśmy się pysznej, gorącej kawy. I jak tu nie lubić górskich, indiańskich wiosek … Do restauracji przyszedł też z lekka podpity jegomość, który zaproponował nam nocleg w budynku na stacji benzynowej, gdzie był dozorcą. Chętnie przystaliśmy na tę propozycję, żeby nie męczyć się z rozkładaniem namiotu w deszczu.

Rano dojechaliśmy do wioski Limatambo a potem drogą do góry na kolejną przełęcz o wysokości ponad 3600 m. n.p.m. Znów mieliśmy dzień pięknej pogody i ładną, zieloną okolicę. Jadąc przyglądaliśmy się tubylcom pracującym na roli, którzy orają pole w tradycyjny sposób – wołami i radłem. Ciężka praca…

Z przełęczy natychmiast rozpoczął się zjazd, aż dojechaliśmy do kolejnej wioski Ancahuasi, gdzie znowu wpadliśmy do taniej jatki na ciepły posiłek – almuerzo (obiadowy zestaw dnia) za 4 sole J Poszliśmy też na Internet, żeby na mapie w Google Earth sprawdzić dokładnie dalszą drogę. Wiedzieliśmy, że z Ancahuasi mamy skrót do Ollantaytambo i nie chcieliśmy go przegapić wśród innych bocznych dróg. Dziewczyna z obsługi powiedziała nam, że jeszcze dalej za wieś musimy jechać. Po drodze znów trzeba się było zatrzymać na regulację hamulca. W międzyczasie podjechało do nas samochodem dwóch facetów mówiących po angielsku. Pytaliśmy ich o wspomniany skrót ale oni twierdzili, że stąd możemy dojechać jedynie asfaltową drogą, która wprawdzie była krótsza niż droga główna ale nie o nią nam chodziło. Dostaliśmy jednak od nich darmową mapkę okolic Cusco, która nam się bardzo przydała. Oczywiście pojechaliśmy po swojemu, dzięki czemu zaoszczędziliśmy sporo czasu. Drogę znaleźliśmy sami, rozpytując o nią miejscowych i bez problemu trafiliśmy na właściwy szlak. Najpierw było trochę asfaltu, aż do miejscowości Zurite, potem asfalt się skończył ale dało się jechać. Wkrótce dotarliśmy do torów kolejowych, którymi jeżdżą pociągi z zamożnymi turystami z Cusco. Nie było w nich przepełnienia a ładnie ubrane panie serwowały napoje i posiłki. My jednak stwierdziliśmy, że i tak wolimy naszą bicikletę niż taki luksusowy pociąg za prawie sto dolców, którym żaden tubylec nie jedzie i czulibyśmy się jak w izolatce jakiejś… I z tą konkluzją rozkładaliśmy sobie namiot – bo i po co wjeżdżać na wieczór do miasteczka i za hostal płacić jak można za darmo w namiocie spać 🙂

Następnego dnia po około 9 km zjazdu dojechaliśmy do asfaltu i miejsca, gdzie za mostem był objazd bo droga się obsunęła. Rowerem jednak dało się przejechać i wkrótce przybyliśmy do Ollantaytambo. Miejscowość położona jest na górce i prowadzi do niej brukowana droga. Nad miasteczkiem, na zboczu góry znajdują się ruiny inkaskiej fortecy doskonale wkomponowane w otaczające skały. W turystycznym Ollantaytambo nie jest tanio, mimo że już po sezonie ceny hostali wynosiły  30 – 60 soli za pokój dwuosobowy. Udało nam się jednak trafić do hostalu opisywanym w LP, gdzie za 15 soli mogliśmy sobie postawić namiot na niewielkim skrawku trawnika. Wokoło kwitły pachnące krzewy i rosły wielkie kwitnące datury a między nimi uwijały się zwinnie różne gatunki kolibrów. Wkrótce do naszego namiotu dołączył kolejny – zjawiła się na trawniczku trójka turystów z Francji. A po południu niespodzianka – jeszcze dwóch młodych Francuzów i to na tandemie! Wprawdzie właścicielka ich odesłała bo miejsca na trawie już nie było ale my stwierdziliśmy, że po małych przesunięciach jeszcze by się zmieścili. Znaleźliśmy ich później w mieście kiedy zrezygnowani krążyli po hostalach i powiedzieliśmy, że obok są ich rodacy i, że możemy poprzestawiać namioty, żeby zrobić dla nich miejsce. No i ostatecznie tak właśnie zrobiliśmy a w sali telewizyjnej hostalu stanęły obok siebie dwa tandemy J Oczywiście ich rower lepszy, droższy a wszystkie sakwy czyste i z lepszych materiałów, tak samo przyczepka, którą też mieli, jednak bagaż naturalnie  mniejszy od naszego 🙂 Ale nasza bicikleta nie miała się czego wstydzić, widać przecież, że już z niej prawdziwy podróżnik i tysiące kilometrów w kołach ma!

Wieczorem poszliśmy na spacer po kamiennym miasteczku. Miło się było przechadzać brukowanymi uliczkami, gdzie część budynków zbudowana z idealnie dopasowanych do siebie głazów jeszcze z czasów inkaskich. Współczesna robota to już nie to samo i na ścianach doskonale widać tę różnicę. Do twierdzy nie weszliśmy, gdyż cena 70 soli na osobę dosłownie zwaliła nas z nóg! Zresztą nie byliśmy do końca pewni czy po tylu dniach jazdy przez góry chciałoby nam się jeszcze wspinać na górę, żeby pochodzić wśród starych murów…

Przy wejściu do fortecy znajduje się rynek, na którym sprzedaje się lokalne wyroby przygotowane dla turystów. Można tu znaleźć fajne rzeczy ale trzeba się ostro targować a ceny i tak nie są niskie. Za to w hali rynku w miasteczku są tanie jatki dla tubylców, gdzie można przekąsić coś w rozsądniejszej cenie, niż w restauracjach, których pełno w mieście i można też napić się świeżo wyciskanego soku owocowego. Stoiska serwujące posiłki znajdują się na trzecim piętrze rynku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.