Powrót w wysokie Andy. Jak pedałowaliśmy z Nazca do Abancay.  31.10- 12.11.2011

Tak, wiemy jesteśmy okropni, że tak długo nie pisaliśmy, ale naprawdę nie było czasu! Przejechaliśmy już ponad tysiąc kilometrów z Paracas i sporo się wydarzyło. No ale po kolei…

Wróćmy jeszcze na chwilę do Paracas, gdzie dzień przed wyjazdem natknęliśmy się na parę dwóch młodych Polaków z sąsiedniego hostalu. Po raz pierwszy w tej podróży spotkaliśmy polskich turystów! Kilka dni temu przybyli do Limy i właśnie rozpoczynali swoją podróż po Ameryce Pd. Sympatyczni ludzie, z którymi przyjemnie się rozmawiało. Miło było spotkać podróżujących rodaków. Cieszymy się, że coraz więcej Polaków podróżuje i mamy nadzieję, że czasy, kiedy w odległych krajach ciągle spotyka się tylko Amerykanów, Niemców, Anglików i Francuzów, odejdą wreszcie do lamusa J Szkoda tylko, że większość z nas na swoje podróże musi zarabiać za granicą …

Dotarcie do Nasca zabrało nam trzy dni. Zaraz po wyjeździe z Paracas mieliśmy odcinkami sprzyjający wiatr i pędziliśmy przez pustynię i małe wioski mimo palącego słońca. Niestety te wioski, do których dojechaliśmy po południu, zaczęły się nie w porę i ciągnęły wzdłuż drogi w nieskończoność. Znowu nie mogliśmy wyszukać żadnego miejsca na namiot. Pedałowaliśmy więc zawzięcie aż wyjechaliśmy ponownie na pustynię, po raz kolejny zmuszeni do jazdy po zmroku. Niestety na pustyni wjechaliśmy w obszar zabudowany chatami z trzciny, w których mieszkają najbiedniejsi Peruwiańczycy. Wprawdzie większość była opustoszała ale gdzie niegdzie widzieliśmy jakichś ludzi i biorąc pod uwagę, że ich chaty razem z całym dobytkiem są mniej warte niż nasz zużyty już rower, nie czulibyśmy się bezpiecznie rozstawiając tam namiot. Trzeba wiec było pedałować dalej, aż wyjechaliśmy wreszcie na otwartą pustynię, na której z kolei nie było gdzie się schować. Mieliśmy jednak szczęście i trafił nam się „economico hotel” ( czytaj: opuszczony dom ), wystarczająco duży aby w środku rozstawić namiot. Niestety pech chciał, że ledwo zdążyliśmy zmontować namiot a niedaleko zatrzymał się policyjny samochód, który stał przy drodze, z wygaszonymi światłami a policjanci obserwowali przejeżdżające pojazdy. Byli jednak zbyt blisko naszej kryjówki i nie mogliśmy przez to ugotować sobie porządnego posiłku na kolację. Płomień z palnika zdradziłby naszą obecność i pewnie gliniarze by nas stamtąd wyeksmitowali. Tak więc piękne udka z kurczaczka, kupione w markecie Plaza Real w miasteczku Ica, na które „ślinka nam ciekła” przez pół dnia mogły być zjedzone dopiero na śniadanie. Następnego dnia dojechaliśmy do wsi Palpa, za którą wkrótce pojawił się Płaskowyż Nasca. Postanowiliśmy się więc zatrzymać na nocleg w tej okolicy, żeby rano zwiedzić płaskowyż, potem przejechać przez miasto Nasca i odbić w drogę, prowadzącą w kierunku Cuzco. Rozbiliśmy sobie namiot za wzgórzem, na pustyni, zdążyliśmy się jeszcze w ciepłych promieniach słońca umyć wodą z butelki, spokojnie najeść i poszliśmy spać. Niestety plany to jedno a rzeczywistość, czasem niestety brutalna, to co innego. W nocy u Przemka zaczęły się problemy z żołądkiem. Rano „ nasz główny silnik” był już w fatalnym stanie ale słońce wstało i nie dało się leżeć w namiocie. Poza tym nasze zapasy wody były skromne i nie mogliśmy dłużej siedzieć na pustyni. Postanowiliśmy dojechać do Nasca, żeby zatrzymać się w jakimś hostalu aby Przemek mógł dojść do siebie. Jazda była istną męczarnią – dla Przemka z powodu okropnego samopoczucia i konieczności ciągłego zatrzymywania się a dla mnie z powodu tempa jazdy i całej sytuacji, która budziła we mnie silne poczucie bezsilności. Po drodze zajrzeliśmy do małego muzeum Marii Reiche (wstęp 2.50 sola/osoba), gdzie znajduje się także jej grób. Ona to właśnie zajmowała się badaniem hieroglifów i linii, znajdujących się na pustyni. Dzięki niej obecnie miejscowość Nasca stała się znanym na świecie miejscem i codziennie zarabia niemałe pieniądze na turystach, oglądających płaskowyż z samolotu, a przyjemność ta aktualnie kosztuje 90$. Po drodze weszłam też na punkt widokowy – małą wieżyczkę przy Panamericanie, skąd za 2 sole można zobaczyć dwie figury, znajdujące się na płaskowyżu. Potem, męcząc się paskudnie, jechaliśmy do Nasca, gdzie dotarliśmy dopiero późnym popołudniem i zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym hostalu za 25 soli, żeby Przemek mógł się wreszcie położyć i odpocząć. Wieczorem poszłam do miasta, bo byłam już bardzo głodna a na domiar złego znów zapchał się palnik i nie można było nic ugotować. To była kolejna makabra. Na ulicach tłumy ludzi, idących wolno, jak na procesji, z rozkrzyczanymi dziećmi w najprzeróżniejszych strojach i maskach, bo to przecież Halloween! Przepychałam się w tym tłumie, żeby znaleźć bankomat a potem zrobić zakupy i jeszcze wrócić z ciężkimi siatami, w tej masie ludzi do hostalu, który znajdował się spory kawałek od centrum.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Nasca, gdyż Przemek wciąż czuł się zbyt kiepsko, żeby mógł jechać dalej. Pojechaliśmy tylko rowerem, bez bagaży na stację benzynową, żeby sprężonym powietrzem przepchać palnik i na szczęście się udało. Nasca to typowo turystyczna mieścina, pełna restauracji i biur turystycznych ale ma przyjemny skwerek z fontannami, na głównym placyku w centrum, zwanym Plaza Bolognesi, jednak ileż można siedzieć na skwerku… W dalszą drogę, w kierunku gór, wyruszyliśmy trzeciego dnia rano a i tak szybko okazało się, że Przemek jeszcze nie czuje się dobrze. Za miasteczkiem zaczęliśmy bardzo powolny podjazd i co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, żeby Przemek mógł odpocząć. Na szczęście droga była znacznie łagodniejsza niż podjazd, jaki mieliśmy do Huaraz. Cały dzień jechaliśmy przez pustynię, nie było żadnych dolin z rzekami ani zielenią. Wiedzieliśmy jednak, że po drodze powinny być jakieś dwie lub trzy wioski, gdzie mieliśmy nadzieję uzupełnić zapasy prowiantu i wody. Po drodze spotkaliśmy zjeżdżającego z góry Francuza, który powiedział, że czeka nas jeszcze około 80 km podjazdu ale droga jest cały czas łagodna. To nas bardzo ucieszyło, bo oznaczało, że możemy mieć całkiem dobre tempo, jeśli tylko Przemek poczuje się lepiej. Kolejnego dnia kontynuowaliśmy podjazd przez pustynne obszary, aż popołudniem dotarliśmy do rejonów, gdzie góry porastała brunatna, sucha trawa, na której  pasły się w oddali stadka viscuňa – zwierzątek spokrewnionych z lamą. Po chłodnej nocy jechaliśmy dalej przez rezerwat Pampa Galeras – trawiaste wzgórza, gdzie pod ochroną, żyją wspomniane wcześniej viscuňas. Pampa Galeras to bezludny obszar ale jednak trafiliśmy na domek, w którym znajdował się mały sklepik, gdzie mogliśmy kupić coś do picia oraz bułki i ser. Po przejechaniu rezerwatu z ciekawskimi viscuňas zaczął się zjazd. Już po 20 kilometrach jazdy w dół Przemek musiał wymieniać klocki hamulcowe, o zgrozo! Udało nam się jednak dojechać do wioski zwanej Lucenes, gdzie są małe ale dobrze zaopatrzone sklepiki – warzywa, owoce, jaja, napoje i pieczywo. Okolica zrobiła się przyjemniejsza. Pojawiały się czasem zielone obszary a brunatne góry porastały gdzie niegdzie aromatyczne, górskie eukaliptusy, które są stałym elementem krajobrazu w Andach. Niestety odczuwaliśmy też niekorzystne skutki wysokości – przyspieszony oddech, migreny, zawroty głowy i oczywiście jakby do kompletu gorszego samopoczucia – nieszczęsny palnik znowu się zapchał. Po wyjeździe z Lucenes noc spędziliśmy biwakując nad górskim strumieniem. Mimo że sypialiśmy już znacznie wyżej ta noc była kiepska właśnie z powodu wysokości, choć zimno też było. Rano obudziły nas odgłosy krów, które przyszły do wodopoju. Ja przysypiałam w śpiworze, próbując odespać noc a Przemek męczył się z palnikiem, w końcu oczyścił piekielną rurkę ale orzekł, że bez spawania się nie obejdzie. Wkrótce jednak przy strumieniu zjawił się stary Indianin i ku naszej radości oznajmił nam, że w Puquio jest „soldatura electrica” znaczy się spawanie elektryczne. Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy do położonego niżej Puquio i rozpytywaliśmy tubylców o spawacza. Znalazł się zaraz uprzejmy gość, który zabrał Przemka swoją ciężarówką do spawacza, gdzie za 5 soli naprawiono nam palnik. Co za radość była, że będziemy mieć znowu ciepłe jedzonko J Ale żebyśmy zbyt szczęśliwi nie byli, to tego samego wieczoru przy rozstawianiu namiotu, po raz kolejny pękł maszt … Rozstawiliśmy więc z krótszym masztem bo nie było już czasu na naprawianie. Zapowiadała się kolejna zimna noc więc ubraliśmy wszystkie ciepłe ubrania, wskoczyliśmy do śpiworów a trzecim, cienkim, kupionym w markecie w Limie się przykryliśmy po same nosy. No i mieliśmy rację – było zimno bo rano lód był w butelkach z wodą.

Cały czas mozolnie pięliśmy się do góry z Puquio i choć droga nie była stroma, kosztowało to sporo wysiłku, również ze względu na wysokość. Szybciej się męczyliśmy, Przemkowi spuchły dłonie a mi twarz, od wiatru i słońca mieliśmy też poparzone twarze i ręce oraz wciąż spękane usta, których żadnym kremem wyleczyć się nie dało. Jechaliśmy jednak dalej, głównie przez pustkowia a ze wszystkich stron, po horyzont ciągnęły się wysokie góry. Po południu dotarliśmy na płaskowyż i droga bardziej się wyrównała. Byłoby bardzo fajnie, gdyby nie paskudny wicher, który hulał po pampie i przewiewał nas do szpiku kości. Musieliśmy poobwiązywać głowy chustami, pozakładać rękawiczki i polary. Na trawiastym płaskowyżu mijaliśmy kilka górskich jeziorek, gdzie widzieliśmy brodzące na brzegu różowe flamingi. Wicher był jednak tak męczący, że nie zatrzymaliśmy się nawet, żeby popatrzeć i zrobić zdjęcia, tylko pedałowaliśmy resztkami sił, by znaleźć jakieś osłonięte miejsce na namiot. Wreszcie dojechaliśmy do resztek jakiegoś muru z kamieni, nic lepszego nie udało się znaleźć. Ja byłam już porządnie przemarznięta, schowałam się za tym murem, żeby dojść do siebie. Przemek sam musiał rozpakować rower bo ja rozgrzewałam sobie skostniałe dłonie, potem rozstawiliśmy namiot dygocząc z zimna. Na szczęście nasz namiot dobrze chroni przed wiatrem i po przebraniu się w ciepłe, suche ubrania, zjedzeniu michy makaronu i wypiciu gorącej herbaty wreszcie się rozgrzaliśmy i mogliśmy pójść spać. Tę noc spędziliśmy na wysokości ponad 4500 m. n.p.m.

Rano wiatr już wiał… Pakowaliśmy rzeczy a tu zjawił się tubylec z pobliskiej wsi i próbował z nami porozmawiać. Zimno było jak piernik a on przyszedł w sandałach na bosych nogach, choć na głowie miał czapkę i szalik. Twardziele z tych górali tutejszych, nie ma co…

Do Abancay jechaliśmy jeszcze prawie trzy dni i oczywiście nie była to jazda rekreacyjna tylko ciężka harówka. Również mnie dopadły problemy żołądkowe i dzień kiepskiego samopoczucia, co znowu nas spowolniło. Po przejechaniu dokładnie 299 km z Nasca, o czym poinformował nas słupek milowy, zaczął się stromy zjazd do położonego u naszych stóp kanionu.  To oznaczało problemy. No i tak właśnie było – co kilometr musieliśmy się zatrzymywać, bo gotował się płyn hamulcowy i hamulec nie działał. Zdarły się też okładziny hamulcowe i hamowaliśmy samymi blachami, co powodowało niesamowity hałas, rozlegający się po całej dolinie oraz wibracje, które niszczyły tarczę hamulcową. Tego obciążenia nie wytrzymało przednie koło i pękła jedna szprycha a po chwili trzy kolejne, w dodatku pęknięta szprycha urwała czujnik od licznika. Tego już było za wiele. Zeszliśmy z siodełek i Przemek prowadził naszą bicikletę. Szliśmy tak długo, aż droga zrobiła się mniej stroma, wtedy to dopiero z powrotem wsiedliśmy na rower i z duszą na ramieniu pojechaliśmy dalej. Rozglądaliśmy się za miejscem na namiot, by Przemek mógł naprawić wszystkie uszkodzenia. Wreszcie znaleźliśmy świetne miejsce i mimo, że była wczesna pora rozstawiliśmy zaraz namiot. Przemek reperował rower a ja odsypiałam w namiocie poprzednią noc, podczas której nie zmrużyłam oka z powodu mojego żołądka. W sumie zjazd do kanionu a potem dalej w stronę Abancay ciągnął się prawie przez 150 km! Na szczęście był już łagodny i nie mieliśmy większych problemów z hamulcem ale za to znalazły się inne problemy. Na przykład przebita dętka – kiedy to robotnicy drogowi kosili zarośla przy asfalcie i dostaliśmy pod koła kolczaste ścinki. Od razu było sześć dziur w przednim kole! Godzina zeszła na ich szukanie i łatanie. Potem znów męczyliśmy się z silnym wiatrem w twarz, wieczorem baliśmy się, że maszty namiotu tego nie wytrzymają i Przemek przywiązywał go dodatkowo gumami do leżącego roweru, na szczęście namiot przetrwał. Za to spaliśmy lepiej bo zrobiło się ciepło i zjechaliśmy grubo poniżej 4000 m. n.p.m.

Wreszcie jednak po ośmiu dniach jazdy i zmagania się z palącym słońcem, zimnem, wiatrem i wysokością dojechaliśmy do miasta Abancay. To był, jak dotąd, jeden z najtrudniejszych odcinków do przejechania. W miasteczku trafił nam się tani hostal (12 soli za pokój), nieco spelunkowaty ale nie musieliśmy się martwić o to czy namiot wytrzyma i mogliśmy sobie zrobić porządne pranie. Zostaliśmy w hostalu na dwie noce i odsypialiśmy ostatni ciężki tydzień. Ten odpoczynek był bardzo pomocny.  Kąpiel, jedzenie i spanie postawiły nas na nogi. Byliśmy gotowi ruszać dalej, a droga prowadziła do małej turystycznej wioski o nazwie Ollantaytambo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.