Lima i Paracas 21.10-28.10.2011

O Limie można napisać wiele ale raczej nie to, że jest ładna. Kilkadziesiąt kilometrów przed stolicą, od położonego na pustyni miasteczka o nazwie Ancon aż do samej Limy cały czas jechaliśmy przez małe mieściny i osady. Na zboczach gór, w pustynnym piasku stały obok siebie małe chaty z trzciny lub desek, które przywodziły na myśl jakieś gigantyczne mrowisko lub ul. Tutaj jest to normalna zabudowa ale dla przybysza z Europy to po prostu slumsy. Wjazd do Limy Panamericaną od strony północnej był ogólnie nieprzyjemny. Brudne, zniszczone domostwa i ogromny ruch, przy czym kultura jazdy kierowców jeszcze wielokrotnie gorsza niż w Polsce. Przy głównej drodze w mieście walały się śmieci, co przyznam szczerze, nie bez nostalgii, przywoływało w pamięci Indie. Smród spalin i natrętne trąbienie klaksonów były wykańczające a tymczasem trzeba było mieć ciągle skupioną uwagę aby sprawnie manewrować rowerem pomiędzy samochodami i nie dać się przy tym potrącić ani okraść na skrzyżowaniach czy światłach. Byliśmy porządnie zmęczeni. Poprzedniego dnia jechaliśmy jeszcze długo po zmroku gdyż wieczorem wydostaliśmy się z pustyni na teren zabudowany i nie mogliśmy znaleźć miejsca na nocleg. W końcu Przemek zatrzymał rower przy jakimś straganie z owocami i pytaliśmy właściciela czy możemy z tyłu postawić namiot. Starszy jegomość zaprosił nas do domu i nie była to chatka z trzciny lecz porządne, murowane domostwo. W środku przypominało jednak garaż – betonowa podłoga i niewiele światła. Spaliśmy w małym pomieszczeniu, na niezbyt wygodnym łóżku i choć prawdę mówiąc wolałabym spać w naszym namiocie, gdzie nie biegają karaluchy, to i tak byliśmy niezmiernie wdzięczni naszemu gospodarzowi, że znalazło się dla nas miejsce. Kupiliśmy całą torbę owoców na straganie, poczęstowaliśmy uprzejmą rodzinkę i poszliśmy spać. Kolejnego dnia przejechaliśmy ponad 90 km. Część w wietrze przez pustynię, która odcinkami zmieniała się w coś, co przypominało łąkę, głównie w miejscach, gdzie unosiła się mgła z nad oceanu i w powietrzu była wilgoć. W Ancon odczytaliśmy maila od Amerykanki Jessie i jej męża Oscara – których spotkaliśmy w okolicach Chiclayo. Zapraszali nas do swego domu w Limie. Przez resztę dnia zasuwaliśmy więc, żeby zdążyć do Limy przed zmrokiem. W końcu, już po zmierzchu, dotarliśmy bezpiecznie do Jokey Plaza i ogromnego marketu „Wong”, skąd nasza przemiła gospodyni Jessie zaprowadziła nas do swojego domu. A tam był już zupełnie inny świat. I choć znajdowaliśmy się zaledwie jakieś dwa kilometry na wschód od Panamericany, nagle otoczyły nas willowe dzielnice, z zielonymi trawnikami i przestronnymi domami dla zamożnych, odgrodzone wysokim murem od strony ulicy i pilnowane przez strażnika. I właśnie w takim luksusowym miejscu zatrzymaliśmy się w Limie. Piękny, duży dom, sypialnia z wygodnym łóżkiem i własną łazienką, basen w ogrodzie i życzliwi gospodarze – wszystko to sprawiło, że zamiast jednego planowanego noclegu w stolicy zostaliśmy na trzy a Lima zawsze będzie nam się dobrze kojarzyć. Jessie i Oscar zaprosili nas do restauracji na peruwiańskie jedzenie gdzie mieliśmy okazję skosztować między innymi „ceviche” – rybę i owoce morza marynowane sokiem z limony, które bardzo nam smakowały i napój „chicha morada”, produkowany ze sprzedawanej tutaj ciemnej kukurydzy oraz owoców i cynamonu, również wyśmienity i bardzo orzeźwiający. Było też mnóstwo innych rzeczy do jedzenia w takiej obfitości, że po spakowaniu i zabraniu do domu starczyło jeszcze na cały następny dzień a wszystko pięknie podane, na dużych talerzach i muszlach. Niestety nie pamiętam już nazw lecz lunch był zaiste wyborny. Wieczorem nasi mili gospodarze urządzili grilla i zaprosili swoich znajomych, którzy przyszli by nas poznać i dowiedzieć się więcej o naszej „wielkiej” podróży 🙂 Następnego dnia mieliśmy też okazję pojechać z Oscarem do centrum Limy. Zabytkowa zabudowa i odnowione kamieniczki sprawiały pozytywne wrażenie. Przyglądaliśmy się zmianie warty przed pałacem prezydenckim i spacerkiem obeszliśmy dookoła centralny placyk. Zajrzeliśmy też do kościoła w centrum, gdzie od razu Przemek zauważył portret Karola Wojtyły, który jak nam powiedział Oscar był bardzo lubiany przez Peruwiańczyków.

W końcu trzeba było jednak ruszyć w dalszą drogę. Zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z Jessie, Oscarem, dwójką ich dzieci i Paty, która pomaga w domu. Południowa część Limy prezentowała się już bardziej przyjaźnie. Więcej było ładniejszych, zadbanych domów a ruch na Panamericanie nieco mniejszy. W Limie Panamericana zmienia swoją nazwę z Norte czyli północnej na Sur – południową, gdyż stolica znajduje się niemalże w centrum i dzieli peruwiańskie wybrzeże Pacyfiku na dwie połowy. Razem ze zmianą nazwy na jeden dzień zmienił się też wiatr. Nie mogliśmy wprost uwierzyć! Tym razem wiało nam w plecy i dzięki temu, pomimo postoju na łatanie dętki i zakupy w wiosce po drodze, przejechaliśmy tego dnia ponad 130 km. Droga wiodła wzdłuż oceanu. Minęliśmy opuszczone osady na pustyni, gdzie chaty z trzciny stopniowo niszczeją targane wiatrem i powoli zasypuje je piach. Czasami mijaliśmy też zielone doliny, w których to uprawia się mandarynki, pepino, winogrona lub warzywa. Trzeciego dnia przed południem dotarliśmy do miasteczka Parakas.

Zjawiliśmy się w tej niewielkiej miejscowości ze względu na rezerwat i wyspy zwane Ballestas. Znaleźliśmy sobie miejsce w hostalu Soler za 25 soli i zaraz następnego dnia rano wybraliśmy się na wycieczkę łodzią na zwiedzanie Islas Ballestas. Niestety znowu łódź i ocean – tym razem jednak rejs trwał tylko dwie godziny a poza tym przezornie wzięliśmy aviomarin, no i nie było problemów 🙂 Polecamy to miejsce wszystkim, którzy lubią podziwiać morskie zwierzęta a szczególnie ptaki. Na wyspach można zobaczyć wielkie peruwiańskie pelikany, pingwiny humboldta , różne gatunki mew, kormorany oraz lwy morskie. Ptaki gniazdują na skałach w ogromnych koloniach i można je podziwiać, opływając wyspy łodzią. Na plaży i  kamieniach wylegiwały się w słońcu sympatyczne lwy morskie, które nie uciekają przed ludźmi lecz ciekawie się przyglądają turystom na łodziach. Wyspy Ballestas były od dawien dawna znane jako miejsce pozyskiwania „guana”. Od czasów inkaskich ptasie odchody uważane były za doskonały nawóz i XIX w był to towar tak pożądany, że Peru zarabiało niemałe pieniądze na eksportowaniu guana do innych krajów. Pomimo, że dziś produkuje się nawozy sztuczne i handel guanem nie jest już tak rozpowszechniony, to jednak nie odszedł całkiem w zapomnienie. Na wyspach nadal zbiera się guano przeznaczone na nawóz, a jego grubość w niektórych miejscach sięga ponoć nawet 50 metrów! Przewodnik poinformował nas, że kormorany, żyjące na wyspach są w stanie wyprodukować 20 tysięcy ton guana rocznie!!! Tak więc zwiedzając wyspy lepiej mieć ze sobą czapkę 🙂 Wycieczka kosztuje w sumie 31 soli na osobę i choć nie trwa długo, wystarczy by przyjrzeć się zwierzętom.

Po południu w hostalu spotkała nas jeszcze inna „atrakcja”. Przeżyliśmy nasze pierwsze małe trzęsienie ziemi!  Na szczęście wstrząsy nie były silne, nikomu nic się nie stało ani nie było żadnych zniszczeń oprócz poprzewracanych butelek ale nie jest to przyjemne przeżycie, szczególnie dla kogoś, kto znajduje się w małym, zamkniętym pomieszczeniu. Mamy nadzieję, że powtórki w większym wydaniu nie będzie, tym bardziej, że jesteśmy nad oceanem, gdzie dodatkowo występuje zagrożenie tsunami. A jutro ruszamy w dalszą drogę w kierunku Nazca i będziemy świętować 10 000 przejechanych kilometrów 🙂

0 Comments

  1. Co ja słyszę? Trzęsienie ziemi! Atrakcji macie pod dostatkiem. Nie wiem czy wiecie ale parę dni temu temu nastąpiło trzęsienie ziemi w Turcji o sile 7.2 w skali Richtera. Jest wiele ofiar zabitych i rannych a prowincja Wan to już tylko gruzy. Uważajcie na siebie! Mam nadzieję, że wstrząsy się już nie powtórzą.Tak na marginesie widoki z Cordillera Blanca naprawdę super.

  2. Witajcie 😉
    Dziwne są koleje życiowe, a zatem chcę Was jedynie poinformować ,że na You Tube zamieściłem małą reklamę Waszej podróży (http://www.youtube.com/watch?v=l6PFrc-sj9w).
    Zdjęcia na poczet spotu reklamowego pożyczyłem z Waszej strony internetowej, więc nie miejcie mi tego za złe.

    Cały Śląsk trzyma za Was kciuki i dajcie znać, jakby Wam coś było potrzebne. W miarę możliwości postaramy się pomóc.

    Pozytywnie pozdrawiamy i życzymy SZCZĘŚLIWEGO powrotu,

    • Witaj.
      Dopiero teraz mielismy mozliwosc obejrzenia filmiku na youtube i jestesmy pod wielkim wrazeniem tego co zobaczylismy. dziekujemy bardzo i prosimy o wiecej 🙂 Narazie obejrzelismy filmik bez dzwieku jesli jakis jest bo tu w cafejce internetowej komputery sa bez glosnikow ani sluchawek. Ale i tak spot reklamowy jest czaderski. Pozdrawiamy z Abancay w drodze do Machu Picchu.

      • Cieszę się ,że Wam się podobał 😉
        Ale jednak lepszy efekt oglądania jest z włączoną muzyką ;-)))

        W styczniu mam premierę swojej książki (jak dobrze pójdzie) i dajcie znać ,czy będę mógł podczas swoich 5 minut powiedzieć kilka słów o Waszej wyprawie?
        Wasz wyczyn w porównaniu z moim to MISTRZOSTWO GALAKTYKI, dlatego z wielką dumą opowiem wszystkim o ekstremalnej wyprawie do Ameryki Płd. przez Dorkę i Przemka 😉

        Trzymam kciuki i do usłyszenia lub zobaczenia 😉

        • Witaj.
          O czym jest ta ksiazka? Od razu ustawiamy sie w kolejce po jeden egzemplarz z dedykacja. Oczywiscie, ze mozesz powiedziec kilka slow o naszej wyprawie. Zblizamy sie do Machu Picchu i jak dobrze pojdzie to pojutrze bedziemy zwiedzac to miejsce. Nie przesadzaj z Mistrzostwem Galaktyki 🙂 Pozdrawiamy z malej miejscowosci Ollantaytambo.

  3. Czytając relację i oglądając fotki udzieliło mi się Wasze wzruszenie na widok ośnieżonych szczytów Cordiliery Blanca. Bardzo, bardzo kibicujemy Wam, abyście dotarli i zobaczyli miasto Inków. Będąc na płaskowyżu Nazca rozejrzyjcie się za rysunkami myszki i sowy, to napewno było zapisane w gwiazdach…

    • Takie brzydactwo nie wchodzi w gre a poza tym cena jest chora. Rower dla szpanerow. jakbysmy mieli taka kase to bysmy sobie cudenko na zamowienie zrobili. Oczywiscie w tradycyjnej wersji.

  4. To książka z zagadnień komunikacji niewerbalnej i jak odnieść sukces w XXI wieku.
    Książka jest dla jednych czytelników „trudna”, a dla drugich „łatwa” w zrozumieniu ;-)), dlatego ci „trzeci” czytają ją z ciekawością ;-))
    Dziękuję za Waszą zgodę i na pewno opowiem kilka zdań na temat Waszej niesamowitej podróży.

    U nas już są przymrozki, a u Was chyba świeci słoneczko 😉

    Serdecznie pozdrawiam 😉

    • Czesc. Zyjemy i jestesmy w Boliwi.Trzymamy siecalkiem dobrze. Gdzie zmierzacie. ktora droga? Zagladalismy na Wasza strone i bardzo nam sie podoba. My kierujemy sie do Salar de Uyuni a potem do Chile. jesli bedziecie gdzies w poblizu to chetnie sie spotkamy. Pozdrawiamy i szerokiej drogi

    • Cześć. jedziemy w stronę Calamy a potem do San Pedro de Atacama. Gdzie teraz jesteście? Od dwóch dni jesteśmy w Chile. Pozdrawiamy i Wesołych świąt

  5. I to mnie najbardziej fascynuje w internecie ;-)…umawianie się na spotkanie… w odległych krajach.
    Coś niesamowitego 😉
    Ja z sąsiadem zza miedzy mam problem umówić się na piwko (notoryczny brak czasu), a Wy umawiacie się na spotkanie w Chile.

    Na Śląsku wczoraj spadł pierwszy śnieg ,ale po kilkunastu minutach już go nie było widać – jest teraz chłodno i deszczowo.

    Za miesiąc Adam Małysz będzie uczestniczył w rajdzie DAKAR (gdzieś okolice Peru), więc może go jeszcze zobaczycie jak leci…nad szczytami gór 😉
    Red Bull ma poteżną moc ;-))

    serdecznie pozdrawiamy i życzymy spokojnej jazdy

  6. bardzo, bardzo, bardzo potrzebujemy sie z wami skontaktować, za kilka tygodni peru na rowerach i pytań i wątpliwości wiele, bardzo, bardzo prosze skontaktujecie się z nami.
    Kasia i Mateusz klubus@tlen.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.