Tumbes – Piura, początek podróży przez Peru 28.09-3.10.2011

Peru ma opinię niezbyt bezpiecznego kraju. Napady na turystów nie są tu rzadkością a po zamordowaniu polskich kajakarzy w ostatnim czasie wjechaliśmy do kraju z bardzo ograniczonym zaufaniem do tubylców. Nasz gaz na psy i maczeta są stale w zasięgu ręki, gdyby przypadkiem trzeba było się bronić. Jednak jak wspomniałam przywitał nas spokój a nawet pustkowia otaczające przez jakiś czas główną drogę od przejścia granicznego. Potem pojawiły się śmieci, które wiatr rozwiewał po suchych, pustynnych obszarach, rozciągających się wokół. I choć w tutejszych krajach śmieci są stałym elementem krajobrazu, to tu jakby ich było więcej… No ale jeśli było się w Indiach, to już naprawdę niewiele w kwestii śmieci czy slumsów jest w stanie człowieka zadziwić. Tak więc przejechaliśmy obojętnie obok śmieci i przyglądaliśmy się raczej glinianym domkom, które pojawiły się przy drodze – no cóż bambusa tu nie ma a gliny za to pod dostatkiem. Kiedy dotarliśmy do Tumbes, pierwszego, przygranicznego miasteczka, przydrożne obszary nagle się zazieleniły, a to za sprawą pól ryżowych. Takie zagospodarowanie terenu powoduje jednak plagę komarów w tym rejonie, które masowo atakują biedną ofiarę. W Tumbes wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu i usiłowaliśmy kupić mapę ale niestety nie znaleźliśmy sklepu papierniczego. Zrobiliśmy jednak pierwsze zakupy żywieniowe i na szczęście ceny są podobnie przystępne jak w Ekwadorze. Pierwszy nocleg w Peru spędziliśmy na podwórku u peruwiańskiej rodzinki, która pozwoliła nam rozbić namiot koło swojego domu. Mimo ograniczonego zaufania nie mieliśmy innej możliwości jak tylko prosić ludzi o miejsce i noc minęła spokojnie a właściciele całkiem sympatyczni byli.

Wkrótce po wyjechaniu z okolic ryżowych pól  w Tumbes znowu otoczyły nas suche, pustynne rejony, porośnięte tylko krzakami i karłowatymi drzewkami akacjowymi. Tempo jazdy jednak mieliśmy wolne a to z powodu silnego wiatru, który wciąż wiał z południowego-zachodu i skutecznie nas spowalniał. Znów dotarliśmy do oceanu i mijaliśmy małe, nadmorskie wioski i miejscowości wypoczynkowe, pełne pustych hoteli, hostali itp. O tej porze większość z nich przechodzi remonty lub jakieś prace naprawcze aby w grudniu, gdy zacznie się tu sezon być w pełnej gotowości. Po drodze widzimy też sporo ziemi nad oceanem do sprzedania. Fajnie mieć taki mały domek, coś w rodzaju polskich ogródków działkowych nad Pacyfikiem. Ludzie takie domki stawiają przy samej plaży. Zatrzymaliśmy się w małej restauracyjce przy samym morzu aby zjeść smażoną rybkę na miły początek podróży. Potem znów pedałowanie pod wiatr i po południu dojechaliśmy do małego, turystycznego miasteczka Mancora. Znaleźliśmy kamping przy posadzie (7 soli/osoba) i postanowiliśmy zostać tu na noc a następnego dnia wybrać się może rowerem do gorących źródeł, które są niedaleko miasteczka. Rankiem jednak zmieniliśmy plany. Mieliśmy ocean po drugiej stronie ulicy, basen przy namiocie, darmowe wi-fi więc zdecydowaliśmy ten dzień przeznaczyć na odpoczynek i trzymać się z dala od roweru. Nie chciało nam się już jeździć do źródeł. Poszliśmy na spacer na plażę i do miasteczka a potem siedzieliśmy na leżakach przy basenie i leniuchowaliśmy. Niestety skanowanie komputera i usunięcie wirusa nic nie pomogło i nadal nie możemy przegrywać zdjęć z karty 🙁

Oczywiście następnego dnia nie wyjechaliśmy wcześnie, tak jak zaplanowaliśmy, gdyż rozleniwieni nie mieliśmy dość silnej woli by rano wstać. Ledwo wyjechaliśmy z miasta zaraz zaczyna wiać a jeszcze mamy podjazd pod górkę. Ruch na drodze nieduży, wokół pustki i gdyby nie wiatr jechałoby się całkiem miło. Po południu przebiliśmy dętkę i znów sporo czasu straciliśmy na jej łatanie. W sumie przejechaliśmy tylko 60 kilometrów ale zbliżał się wieczór i musieliśmy się zatrzymać na spanie. Znaleźliśmy bardzo ładne, spokojne miejsce na namiot. Niezbyt daleko od drogi ale z niej nie widoczne a z pięknym widokiem na pustynny kanion i porośniętą akacjami dolinę. To było niewątpliwie jedno z najładniejszych miejsc, w jakich spaliśmy. Wieczorem bardzo szybko zrobiło się zimno. Zjedliśmy ciepły posiłek i wypiliśmy herbatę a na horyzoncie widzieliśmy dalekie światła miasta na pustyni.

Pedałowanie pod wiatr i jazda przez obszary pustynne stały się codziennością. Mijaliśmy małe osady i pojedyncze domki oraz pielgrzymów, których widzieliśmy idących z procesją w Mocorze. Teraz spotykaliśmy ich maszerujących przy drodze, a jeden pątnik niósł nawet krzyż na plecach, a właściwie ciągnął, oparty dłuższym ramieniem na małym kółku. Po przejechaniu miasteczka Sullana zatrzymaliśmy się na nocleg w pustynnych zaroślach i od razu mieliśmy sześć dziur w tylnim kole i kole od przyczepki. Tu na pustyni właściwie wszystko, co rośnie jest cierniste i trudno nie najechać na jakieś kolce! Rano Przemek zajmował się łataniem dziur a ja śniadaniem. Znów nie wyjechaliśmy zbyt wcześnie ale około południa dojechaliśmy do dużego miasta – Piura. Tutaj zatrzymaliśmy się przy super markecie żeby kupić zapasy prowiantu. Do następnego miasta czekało nas 190 kilometrów jazdy przez pustynię, bez żadnych mieścinek po drodze, a zważywszy na silny wiatr byliśmy przygotowani na to, że będziemy jeść i pić dużo a jechać wolno. Zaopatrzeni w 17 litrów wody i rower niemożliwie załadowny jedzeniem wyjeżdżaliśmy z Piury, walcząc z nasilającym się wiatrem.

0 Comments

  1. Już są w Peru? Wam się chyba bardzo spieszy do Polski co mi się nie za bardzo podoba. Ja sobie odpoczywam we Frankfurcie, a wczoraj byłem w SPA w Wisbaden:) Nie wiem może zostanę do poniedziałku a potem jadę na południe, ale nie do Włoch bo w Alpach jak tam dojadę może być śnieg i zimno, tylko jadę na Francję a potem Hiszpania i Maroko.
    Poza tym to zastanawiam się jak daliście radę jechać 70 km/h bo u mnie już przy 25kg z tą przyczepka rower wpada w niebezpieczne przechyły i staram się nie przekraczać 20 km!
    I miejcie mimo wszystko większe zaufanie do ludzi. To że tam zabito kogoś w Peru…. W PL też zabijają, są wypadki na drogach etc No nie wiem, to Wasza w sumie sprawa, ale proponowałbym podejście do tubylców zmienić.

    • Witamy milego Pana 🙂
      Do Polski nam sie absolutnie nie spieszy ale musimy sie liczyc z pogoda i funduszami niestety. Zwiedzanie czegokolwiek w deszczu i zimnie nie jest raczej przyjemne a poza tym zbyt wolne tempo tez jest meczace. Jesli natomiast chodzi o nasz stosunek do tubylcow to jest jak najbardziej pozytywny – w przeciwnym razie by nas tu nie bylo, jednak zdrowy rozsadek trzeba zawsze zachowac. Ostatnio i tak policja nas zatrzymala i przymusowo wsadzila do ciezarowki bo stwierdzili, ze jazda na tym odcinku jest zbyt niebezpieczna… No i ponad 80 km musielismy jechac samochodem 🙂 Nasz rowerowy rekord szybkosci na zjezdzie to ponad 80 km7h i zadnych przechylow nie bylo tylko wiatr w uszach swistal 🙂 Pozdrawiamy i zyczymy szerokiej drogi

    • O mamamija!!! Od 20-30 km to my jedziemy po płaskim jak za silny wiatr nie wieje. Przyczepka jest bardzo stabilna. Zresztą przecież wiadomo, że rowery tradycyjne mają lepszą stabilność niż poziome jednak 20 km z górki to chyba lekka przesada… Ile Ty klocków hamulcowych zużywasz?!

      • Kamil uważa, że jak środek cięzkości jest niżej to jest rower stabilniejszy. No ale ja do 30 z góry maksymalnie jadę a po płaskim to nie osiągam więcej niż 20 km. Klocki na razie są okej – jeszcze nie zmieniałem.

        • Jesli srodek ciezkosci jest nisko to tak, rower jest stabilniejszy ale w twoim rowerze sa male kola, bagaz w przyczepce wystaje wysoko wiec jedziesz tylko 30 km na godz z gorki. My spokojnie 6 dych jedziemy i tylko trzeba trzymac czapki by ich nie zgubic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.