Z Guayaquil do peruwiańskiej granicy 25.09-28.09.2011

Zmierzając do Guayaquil napotkaliśmy parę rowerzystów, przejeżdżających obok samochodem z zapakowanymi z tyłu rowerami. Przemek wpadł na pomysł żeby zapytać ich o drogę do sklepu rowerowego. Chłopak z dziewczyną byli bardzo mili, zatrzymali samochód i narysowali nam na kartce jak dotrzeć do sklepu. Proponowali nam nawet podwiezienie do miasta ale podziękowaliśmy uprzejmie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu 30 kilometrów dojechaliśmy na przedmieścia. Znowu mijaliśmy piękne osiedla mieszkaniowe. Domy otoczone zielenią a zabezpieczenia jeszcze bardziej wymyślne – oprócz murów i strażników szlabany, oddzielny wjazd dla mieszkańców, oddzielny dla gości, których numery rejestracyjne wozów są spisywane przy bramie. Życie w izolacji – taka jest cena luksusu… Sklep rowerowy znaleźliśmy bez problemu, niestety okazało się, że i tu mają tylko te klocki hamulcowe, na które tak psioczyliśmy. Jednak w myśl zasady „lepszy rydz niż nic” zaopatrzyliśmy się w cztery komplety za całe 60 $. Dobrze, że nie jesteśmy w górach bo gdybyśmy trafili na stromy zjazd, to do wieczora pozostałoby po nich tylko wspomnienie. Przejazd przez tak duże miasto zabrał nam sporo czasu i nieźle nas wymęczył. Kiedy wreszcie udało nam się wyjechać poza metropolię i znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce, zatrzymaliśmy się zaraz na posiłek, bo już nieźle byliśmy przegłodzeni. Okolica za Guayaquil nie była ciekawa – głównie zakłady produkcyjne, potem pola i ubogie chaty na palach. Niektóre z nich sprawiały wrażenie, że przy mocniejszym powiewie wiatru się rozpadną. W żaden sposób nie przystawały do nich wielkie, przydrożne reklamy luksusowych mebli do salonów, na których pokładały się elegancko ubrane kobiety. Po południu dojechaliśmy do miejscowości 26 kilometr, skąd droga odchodziła na Naranjal. Na nocleg zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i nie dość, że mogliśmy sobie wziąć prysznic, to jeszcze zrobiliśmy sobie na kolacyjkę wołowinkę z cebulką i ryżem oraz surówkę z marchewki i jabłka 🙂 Wcześnie rano obudziły nas dwa przekrzykujące się koguty, które żyły sobie na stacji bez kur i pewnie dlatego takie były upierdliwe. Wyjechaliśmy około 8.00. Droga wiodła przez plantacje bananów i kakao oraz małe wioski, pojawiające się od czasu do czasu. Wkrótce dotarliśmy do Naranjal a w drodze nasz licznik wystukał nam 8000 kilometrów 🙂 Z tej to okazji zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na małe przekąski. Zamówiłam sobie sok z owoców kakao! Smakował lekko kwaskowato jak typowy sok owocowy i trudno byłoby się zorientować, że to kakao, gdyż ze smakiem kakaowym nie miał nic wspólnego ale ogólnie był dobry i orzeźwiający.

Następnego dnia zbliżaliśmy się do miasta Machala. Wjechaliśmy w plantacje bananów, które ciągnęły się przez około 60 kilometrów! Machala jest światową stolica bananów. Stąd owoce eksportowane są na cały świat. Widzieliśmy sporo drogich aut na szosie – widać, że właścicielom ogromnych plantacji nieźle się wiedzie. I pomyśleć, że tutaj na straganie można kupić kilogram bananów już za złotówkę a w polskich marketach ich cena wynosiła przed naszym wyjazdem przynajmniej cztery złote. Wśród tego morza bananowców znajdują się „wysepki” – chaty sklecone z desek, w których mieszkają pewnie pracownicy owych plantacji. Oni już żadnych większych dochodów z pracy na plantacji nie mają… Kupując w sklepie banany pewnie zaraz przypomnę sobie Ekwador i te ogromne bananowe pola tutaj.

Zamierzaliśmy dojechać do przejścia granicznego w Macarze, gdyż przejście w Huaquillas według LP ma bardzo złą sławę i jest podobno najgorzej zorganizowane i zatłoczone. Wymagało to dołożenia sporej ilości kilometrów lecz nie mieliśmy ochoty wjeżdżać do Peru w tłumie ciężarówek. Odbiliśmy więc w Santa Rosa w boczną drogę prowadzącą w stronę Macary. Jechaliśmy w górę rzeki przez 8 km a potem zatrzymaliśmy się na nocleg, na małej, osłoniętej polance, niedaleko drogi. Wieczorem zjawiła się na polance kobieta, która mieszkała po drugiej stronie rzeki. Zaprowadziła Przemka do miejsca, w którym rosły mandarynki i wrócił z pełną bluzą owoców. Kobieta powiedziała nam też, że mamy jeszcze około 300 km jazdy po górkach do Macary. Oczywiście traktowaliśmy to, co mówiła z dystansem, gdyż pytanie tutejszych ludzi o odległość właściwie nie ma sensu, jednak gdy skrupulatnie przyjrzeliśmy się naszej niezbyt dobrej mapie i przeanalizowaliśmy odległości, stwierdziliśmy, że kobieta może być bliska prawdy.  Nie nastrajało nas to zbyt optymistycznie, gdyż mogło oznaczać  kilka dodatkowych dni jazdy a nam zależało na czasie. Zarówno Peru jak i Bolivia mają latem porę deszczową, więc im dłużej będziemy się grzebać tym gorsza będzie czekać nas pogoda, szczególnie w górach. Poza tym od granicy i tak czekał nas zjazd nad ocean. Ostatecznie poszliśmy więc spać niezdecydowani co dalej. Jednak kiedy obudził nas deszczowy poranek postanowilismy jednak wrócić do Panamericany i jechać wybrzeżem. Tak też zrobiliśmy i ruszyliśmy w stronę granicy, do której mieliśmy raptem dwadzieścia kilka kilometrów. Po drodze spotkaliśmy kolejnych Sakowiczów. Byli to dwaj młodzi Amerykanie, nadjeżdżający z przeciwnej strony. Wyposażeni obaj w drogie rowery i sakwy, skórzane siodełka, krótko mówiąc, wyglądali bardzo profesjonalnie. I nawet byli sympatyczni. Porozmawiali z nami chwilę i podarowali nam mapkę topograficzną okolicy Cuzco ale niestety, choć nie lubię uogólnień, to jednak muszę stwierdzić, że jak to często w narodzie amerykańskim bywa, niezbyt rozumni to byli ludzie. Gdy stwierdziłam, że jeśli pojedziemy do Bolivi, na Uyuni, to pewnie będzie tam woda, to jeden z nich odparł mi na to, że ta woda i tak nie nadaje się do picia bo jest słona 🙂 Mówili nam też, o obszarze pustynnym w Peru ale, że szybko go przejedziemy, bo oni zrobili 160 km w jeden dzień – zapomnieli tylko dodać, że  jechali z wiatrem a nas czeka droga w przeciwnym kierunku… No ale Amerykańce to inna mentalność i tyle.

Do przejścia granicznego dotarliśmy popołudniu i trochę nas zaskoczyło. Zastajemy tam kompletny spokój a nawet pustkę! O żadnych tłumach nie ma mowy, droga bardzo dobra, wszelkie formalności załatwiane „od ręki” i bez problemowo w nowo oddanych do użytku budynkach. Ruch na drodze znikomy. Dostajemy pieczątki wyjazdowe z Ekwadoru i wjazdowe do Peru z wizą na 90 dni i możemy jechać dalej. Przed nami sporo kilometrów do przejechania po peruwiańskich drogach.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.