Ruta del Spondylus 16.09 – 24.09

Ruta del Spondyllus – tak nazywa się droga biegnąca w Ekwadorze wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Ludzie jednak mówią o niej Ruta del Sol i nam też bardziej utrwaliła się ta nazwa, może dlatego, że pamiętamy ją z Kolumbii i brzmiała znajomo. Jazda nad oceanem to naprawdę  przyjemność, pomimo pagórkowatego terenu i wiatru, który często utrudniał nam życie. Pogoda była dobra do jazdy a widoki na ocean sprawiały, że nie myślało się o zmęczeniu. Po raz pierwszy widzieliśmy Pacyfik w Mancie, w słońcu miał przepiękny, niebieski kolor. Wyjechaliśmy za miasto i zaraz otoczyły nas suche, pagórkowate tereny. Na drodze spokój, świeciło słońce lecz wiał tak silny wiatr, że ciężko było jechać. Zatrzymaliśmy się przy restauracji, której budowa jeszcze nie została ukończona, w miejscu zasłoniętym od wiatru, żeby coś przekąsić. Patrzyliśmy na błękitny, szumiący ocean i nagle tuż nad naszymi głowami pojawiły się fregaty. Szybowały bezgłośnie w powietrzu, unosząc się na wietrze jak latawce. Mają czarne, trójkątne skrzydła, spiczaste ogony i białe brzuchy. Nigdy wcześniej ich nie widziałam i stałam oczarowana patrząc jak „wisiały” w powietrzu na tle niebieskiej wody Pacyfiku. Wkrótce ruszyliśmy dalej. Droga prowadziła wśród wzgórz porośniętych suchymi krzakami i pojawiającymi się czasem drzewami bez liści, o masywnym pniu i rozłożystej koronie, które nazywają tu chyba „kapok tree”. Czasami biegła przy samym oceanie, to znów oddalała się od niego i jechaliśmy pośród wzgórz w szarym kolorze. Na nocleg zatrzymaliśmy się na pustkowiu, przy drodze za wałem ziemi, tak że byliśmy niewidoczni z drogi. W nocy wokoło panowała absolutna cisza, jakiej nie doświadczyliśmy już dawno – ani ptaków, ani samochodów ani ludzkich głosów słychać nie było. Następnego dnia dojechaliśmy już do małych wiosek, gdzie można było kupić wodę i coś do jedzenia. W pewnym momencie wjechaliśmy na górkę i nagle półpustynne obszary, które nas otaczały zmieniły się w zieloną okolicę z drzewami, śpiewem ptaków i kwiatami. Byliśmy zadziwieni taką nagłą zmianą na odcinku dosłownie kilometra! Jednak gdy tylko zjechaliśmy do oceanu znów otoczyły nas wysuszone wzgórza. Mijaliśmy małe rybackie wioski, gdzie ludzie żyją w bardzo skromnych, bambusowych chatach ale za to z przepięknym widokiem na ocean. Wokoło unosiły się zapachy smażonych ryb a piękne fregaty patrolowały wybrzeże szybując z wiatrem w poszukiwaniu resztek. Zatrzymaliśmy się na jedzenie w jednej z wiosek, gdzie rybacy wrócili akurat z połowu ryb. Niektóre złowione okazy były sporej wielkości. Na plaży zaś toczyła się walka o resztki między fregatami, które atakują z powietrza a sępami zabawnie biegającymi po piasku. Pod wieczór dojechaliśmy do miasteczka Porto Cayo, gdzie szukaliśmy jakiegoś kampingu. Miasteczko opustoszałe, zero turystów i puste plaże. Nie znaleźliśmy kampingu ale za to spaliśmy w bambusowej chacie na plaży, w której w sezonie mieści się mała restauracyjka a ponieważ teraz turystów brak, to właściciel udostępnił nam miejsce do spania za 5$. Z pomieszczenia na piętrze mieliśmy widok na ocean i kolację zjedliśmy sobie na balkonie a potem siedzieliśmy tam aż do zmroku, patrząc na szumiący ocean i rozkoszując się niesionym z wiatrem zapachem słonej, morskiej wody.

Kolejnego dnia przejechaliśmy tylko kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do wioski Machalilla – cicha mieścina z pustą plażą i bezludnymi hosteriami. Nam to jednak wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – byliśmy szczęśliwi, że nie ma tłumów. Przejechaliśmy przez wioskę i szukaliśmy wejścia do Parku Narodowego Machalilla, żeby przejść się na tamtejszą plażę. Przy tablicy informacyjnej z mapką pytamy gościa, który w międzyczasie zdążył się już pojawić którędy wchodzi się do parku, a on nam na to, że tutaj. Wydało nam się to podejrzane ale nic nie mówimy tylko słuchamy co też on nam zaproponuje. Usilnie dopytujemy się też gdzie jest plaża Los Frailes, a on pokazuje, że tam za klifami dojdziemy brzegiem morza. Chciał od nas po 5$ za wstęp a za nocleg na plaży i możliwość korzystania z jego prysznica w sumie 20$. Podziękowaliśmy oczywiście za taką „atrakcyjną” oferte i wróciliśmy do miasteczka gdzie wzięliśmy pokój w hotelu, a ponieważ jest po sezonie Przemek wytargował cenę z 20$ na 10$ J Teraz już było dla nas jasne, że operatywny pan z plaży próbował nas naciągnąć ale dzięki temu dowiedzieliśmy się jak dojść do plaży Los Frailes z pominięciem kasy biletowej, której umiejscowienie na dobrą sprawę nadal było dla nas tajemnicą. Wzięliśmy plecak z prowiantem i poszliśmy z powrotem w kierunku rzekomego wejścia do parku. Ponieważ akurat był odpływ rzeczywiście dotarliśmy bez większych problemów do miejsca zwanego „la Plaita” – małej plaży z czarnym piaskiem, leżącej na szlaku do Los Frailes. Stąd już ścieżką, na której były mapki informacyjne, powędrowaliśmy do Playa Los Frailes. Ładna, szeroka plaża, jednak ptaków, o których przeczytaliśmy w przewodniku nie było prawie żadnych oprócz parki przelatujących pelikanów ale pelikany można zobaczyć tu na wybrzeżu  prawie wszędzie. Był ciepły, słoneczny dzień i popołudnie spędziliśmy na leniuchowaniu na plaży. Miejsce ogólnie sympatyczne i na plaży jest też możliwość biwakowania, trzeba jednak pamiętać, żeby zabrać ze sobą jedzenie i wodę. Wróciliśmy już ścieżką, gdyż woda zaczęła się podnosić i mogłyby być problemy z powrotem wzdłuż wybrzeża. Szlak prowadził przez suche zarośla i kaktusy, gdzie unosił się intrygujący zapach jakichś roślin i ciche pohukiwanie ptaków. Dopiero w drodze powrotnej dowiedzieliśmy się gdzie jest kasa ale na wszelki wypadek zboczyliśmy ze szlaku i wąską ścieżką doszliśmy do głównej drogi. Bilet wstępu do parku kosztuje 2$ i można też dojechać do plaży szeroką drogą udostępnioną dla samochodów.

Ponieważ należało nam się trochę odpoczynku znów przejechaliśmy tylko kilkanaście kilometrów. Po drodze minęliśmy kolejne wejście do Parku Machalilla, które znajduje się w małej wiosce Aqua Blaca (wstęp 5$), dla tych którzy chcą zwiedzać część interior. Po krótkiej jeździe zatrzymaliśmy się w nieurodziwym miasteczku Puerto Lopez. Chaos i kurz ale mieścina turystyczna z marketem, mnóstwem hotelików, Internetem i agencjami turystycznymi. Znaleźliśmy miejsce w tanim, nieco spelunkowatym hotelu ( 5$/osoba ), prowadzonym przez Ukraińców i poszliśmy zaraz do miasta żeby wykupić sobie wycieczkę do nie lada atrakcji, która nas tutaj przygnała – obserwacja wielorybów. Tym razem skorzystaliśmy z usług agencji turystycznej i zapłaciliśmy po 40$ na głowę. Można kupić wycieczkę dużo taniej u nielicencjonowanych „naganiaczy”, którzy rano kręcą się przy plaży. W tym przypadku jednak nie chcieliśmy oszczędzać – łodzie to jest to czego nie znosimy najbardziej a u naganiacza czas przeprawy do wyspy Isla de la Plata, przy której najczęściej pojawiają się wieloryby może się sporo wydłużyć… No i udało się zobaczyć „humbaczki”! Cały dzień spędziliśmy na obserwowaniu wielorybów i zwiedzaniu wyspy. Wspaniałe uczucie zobaczyć te ogromne zwierzęta tak blisko, baraszkujące w wodzie. Wieloryby wyskakują z wody, odwracają się na grzbiet i puszczają w górę fontanny wody. Wystawiają płetwy i wielkie ogony ponad wodę. Są wspaniałe! Niestety bardzo trudno je sfotografować z łodzi ale można im się dobrze przyjrzeć. Zwiedzanie wyspy to też fajna sprawa, szczególnie dla wielbicieli ptaków. Zamieszkują ją dwa gatunki głuptaków, które czują się na tym terenie bardzo pewnie i nie uciekają przed ludźmi a niektóre nawet gniazdują na ścieżkach i trzeba im schodzić z drogi. Można z bliska podziwiać dorosłe osobniki wysiadujące jaja oraz opiekujące się pisklętami. Na jednej z samotnych plaż, pośród skał widzieliśmy tez słonia morskiego. Oprócz tego można popatrzeć na duże żółwie morskie, które pływają wokół łodzi cumujących przy wyspie, licząc na poczęstunek uradowanych turystów. Przy wyspie jest tez miejsce na snorkeling ale woda, jak to w oceanie – raczej chłodna. Rafa w tym miejscu nie jest tak śliczna, jak na przykład ta w Egipcie ale można zobaczyć kolorowe rybki i pojedyncze korale. Wieczorem jesteśmy wykończeni. Męczarnie na kołyszącej się na falach łajbie zmęczyły nas gorzej niż jazda przez strome góry. Oj nie było by z nas marynarzy, nie było! W miasteczku można też wypożyczyć kajaki i zastanawialiśmy się nad tym, czy następnego dnia nie wybrać się na kajak, gdyż wieloryby pojawiają się już kilka kilometrów od brzegu ale zrezygnowaliśmy. Po tych torturach na łodzi mieliśmy dość pływania i choć na kajaku nie groziła nam choroba morska, to jednak sam widok fal przyprawiał nas o zawroty głowy.

Po tym okropnym kołysaniu musieliśmy dojść do siebie i odpocząć. Znaleźliśmy sobie spokojne miejsce na plaży w wiosce Las Tunas. Właściciel posady pozwolił nam biwakować za darmo ale niestety kiedy zjawiła się jego żona zażądała od nas zapłaty 5$ za noc. Daliśmy babie kase i mieliśmy dwa dni odpoczynku. Plaża czysta i pusta, morze szumi a my nic nie musimy i nigdzie się nie spieszymy. Spędziłam dzień „dyndając” na hamaku, patrząc na ocean i ptaki. Stadka pelikanów przelatują w równiutkim rządku tuz nad grzbietem fali i w zależności od prądów powietrza i wysokości wykonują wszystkie te same manewry a gdy któryś zauważy rybę rzuca się zaraz dziobem w dół. W oddali, przy skalistej wysepce dostrzegliśmy też wieloryby, które wyskakują z wody. Wieczorem zrobiliśmy sobie kolację i leżeliśmy na plandece, patrząc na czarny, groźny ocean przed nami i na ogień pod czajnikiem, w którym bulgotała woda na herbatę.

Nadmorskie miejscowości turystyczne ciągną się przez jakieś 70 kilometrów od Puerto Lopez w kierunku południowym. Minęliśmy jeszcze kilka wypoczynkowych mieścinek a potem wjechaliśmy w już niezbyt atrakcyjne tereny – pola do odparowywania soli, porty i zakłady przemysłowe. Jednak wciąż jeszcze mieliśmy widoki na ocean, który w słoneczny dzień ma najpiękniejszy odcień błękitu, przepełnionego światłem. Czasem podczas jazdy przymykam sobie oczy chłonąc zapach oceanicznego wiatru i ciepłe promienie słońca, które ogrzewaja przyjemnie twarz. Mam wygodę – Przemek kieruje 🙂 Jestem szczęśliwa, że dotarliśmy aż tutaj i myślę ile jeszcze drogi przed nami i miejsc do zobaczenia. Nagle w oddali dostrzegliśmy większe miasto. Czyzby to już Santa Elena? Żeby nie powtórzyć starego schematu, że wjeżdżamy do miasta przed zmrokiem, zatrzymaliśmy się na nocleg przy drodze w jakimś opuszczonym domu. Zastanawiam się czy inni podróżnicy też biwakują w takich miejscach 🙂 My nauczyliśmy się, w razie konieczności, wyszukiwać miejsc na namiot w terenie albo opuszczonych domostwach a potem wystarcza nam dosłownie kilka minut, żeby zniknąć z drogi 🙂 Do Santa Eleny mielismy jeszcze około 20 kilometrów. W rejonie miasta, przy morzu mijaliśmy piękne osiedla mieszkaniowe. Bielusieńkie zabudowania lśniły w słońcu a ich okna spoglądały na ocean. Ładne, złote klatki dla zamożnych, otoczone grubym murem, który oddziela ich od reszty, już mniej piękniejszego świata. Tutaj droga odchodzi od oceanu w głąb lądu. Na krótki czas pożegnaliśmy się z Pacyfikiem. Rano wystartowaliśmy wcześnie i zmierzaliśmy „pełną mocą silników” do największego miasta w Ekwadorze – Guayaquil.

0 Comments

  1. Przemkowi życzenia urodzinowe aby spełniło się Twoje marzenie i w zdrowiu dotrzyjcie aż do Ushuaia bez awarii roweru mając ciągle wiatr w plecy. Czytamy Wasze relacje i dziękujemy za piękne opisy przyrody pozdrawiamy gorąco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.