W drodze do Mocoa 10.08 – 21.08.2011

Po nocy przespanej w hotelu grzebaliśmy się leniwie z pakowaniem i zeszło sporo czasu zanim mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Po południu dojechaliśmy do kolejnego nieco większego miasta o nazwie La Dorada. Zaraz wypiliśmy kilka kubeczków soku wyciskanego z pomarańczy z lodem oraz kupiliśmy co nieco do jedzenia. Znów nasz pojazd wzbudzał sensację i gdy tylko przystanęliśmy gdzieś na dłużej zaraz zbierała się grupka gapiów, którzy próbowali z nami porozmawiać albo tylko popatrzeć.W drodze musieliśmy pokonywać coraz więcej podjazdów, które na razie są jednak łagodne i można je spokojnie podjechać nawet naszym załadowanym pojazdem. Dookoła w oddali widać już góry otaczające z dwóch stron dolinę , którą jedziemy i wiemy, że wkrótce trzeba je będzie pokonać. Na nocleg tego dnia zatrzymaliśmy się koło małego domku przy drodze. Właścicielka pokazała nam gdzie możemy się umyć a była to beczka z wodą pod daszkiem na podwórku ale bez żadnej zasłonki. Kilka metrów dalej siedzieli sobie wszyscy mieszkańcy przy stoliczku i znajomi a obok sąsiad wylegiwał się na hamaku. Postanowiliśmy poczekać  aż się zrobi ciemno. W międzyczasie dzieci przyszły z zeszytami żeby im pomóc w zadaniu z angielskiego 🙂 Wkrótce nadszedł wieczór, my już dawno po kolacji a towarzystwo od stoliczka nie odchodzi. W końcu musieliśmy się ubrać w kostiumy kąpielowe i myliśmy się przy beczce a mieszkańcy i sąsiad w hamaku mieli „coś” do oglądania 🙂 Rano córka właścicielki przyniosła nam po dużym kubku ciepłego mleka i grudce bardzo słodkiej masy na śniadanie.

W drodze do następnego miasteczka Honda kilkakrotnie natknęliśmy się na stragany z owocami, gdzie zaopatrzyliśmy się w banany a potem w arbuza, którego oczywiście zjedliśmy we dwójkę kawałek dalej. Kupiliśmy też dwie duże buły w przydrożnej piekarni – jednak pieczywo mają w tym kraju bardzo kiepskie niestety. Wszystko na modłę słodkiego rogala i jak to zjeść ze słonym serem typu oscypek albo z rybą? Chociaż tutaj połączenie smaków słodki plus słony jest popularne i nawet Przemek jada już słony ser ze słodką gojabadą na słodkiej bułce. Mi to jednak nie smakuje a kupić niesłodzone pieczywo do tej pory udało nam się tylko raz, w wielkim markecie. W Hondzie spędziliśmy dwie godziny w Internet cafe. Próbowaliśmy się dodzwonić do rodzinki przez Skype ale były problemy z mikrofonem i nic z tego nie wyszło. Rozleniwiło nas to siedzenie przy kompie i potem jazda szła bardzo wolno i nie chciało nam się zbytnio pedałować. W drodze zatrzymaliśmy się i zjedliśmy drugiego arbuza, potem zrobiła się dziura w dętce i ponownie postój na naprawę a jeszcze Przemek coś przy łożysku w kole majstrował i znów mnóstwo czasu zeszło – zdążyłam się w tym czasie zdrzemnąć na  plandece. Dopiero pod wieczór lepiej się jechało a w dodatku mieliśmy później wiatr w plecy i łagodny zjazd więc zasuwaliśmy aż miło. A wokoło mijaliśmy pola bawełny i kukurydzy. Widzieliśmy nawet specjalny pojazd do zbioru bawełny, który działa jak gigantyczny odkurzacz. Na nocleg zatrzymaliśmy się na małym skrawku trawnika przy domku ze sklepikiem. Właścicielka powiedziała nam, że w pobliżu jest rzeka i poszliśmy wieczorem i rano się wykąpać. W nocy słyszeliśmy odgłos strzałów a chwilę później ktoś uciekał ścieżką przy naszym namiocie. W nocy pękł też kolejny już maszt w naszym namiocie. Na szczęście wszystkie jak do tej pory pękają na łączeniach i Przemek zawsze coś wykombinuje żeby je jakoś naprawić. Następnego dnia podczas jazdy z małej miejscowości Lerida nasz licznik rowerowy wybił nam 6000 km J Późnym popołudniem gdy dotarliśmy do miasteczka Alverado kupiliśmy sobie z tej okazji owoce i piwko w puszkach. W miasteczku odbywał się jakiś festyn i wszyscy świętowali przy głośnej muzyce, piwie i grillowanych przekąskach. Zaraz więc jechaliśmy dalej gdyż poruszanie się naszym długaśnym pojazdem po tłocznych wąskich uliczkach nie należało do przyjemności. Wjechaliśmy w górzyste, suche obszary. Krajobraz  się zmienił – znikła tropikalna roślinność a wokół głównie trawa i akacje, no i góry oczywiście. Mieliśmy znów trochę problemów ze znalezieniem noclegu – na stacji benzynowej nie bardzo się wysilali żeby się z nami dogadać i udzielić nam jakiejś odpowiedzi, potem pytaliśmy w pobliżu restauracji ale odsyłali nas na kamping. Wreszcie trafiliśmy na miejsce przy rzece gdzie dało się postawić namiot. Mogliśmy zjeść kolację i wypić sobie wreszcie spokojnie nasze piwko.

Aby dotrzeć do kolejnego miasta na naszej trasie – Ibaque, musieliśmy pokonać 26 km podjazd i to w dodatku pod wiatr. Pedałowaliśmy mozolnie aż wreszcie dotarliśmy do centrum i po zrobieniu zapasów i zjedzeniu posiłku przed sklepem niezwłocznie ruszyliśmy dalej. Ledwo tylko wyjechaliśmy na przedmieścia zaczął się zjazd, który ciągnął się ponad 40 km i w konsekwencji zjechaliśmy niżej niż spaliśmy poprzedniej nocy – oto uroki jazdy przez góry! Rejon, przez który jechaliśmy pełen był mangowych drzew. Nawet namiot na nocleg postawiliśmy na podwórku pod drzewem mango, z którego w nocy spadł spory owoc i łupnął o dach namiotu, aż dziwne, że maszt nie pękł! A rano znaleźliśmy dorodne mango tuż za namiotem 🙂 Właściciele poczęstowali nas kawą, dostaliśmy też wodę do picia i ruszyliśmy dalej drogą wśród drzew – mango oczywiście. Przy drodze mijaliśmy sporo straganów z owocami więc można było sobie kupić coś pysznego do jedzenia a od właścicielki jednego z nich, gdzie robiliśmy zakupy dostaliśmy też owoc kumkwat, który mieliśmy okazję spróbować po raz pierwszy. Potem znowu wjechaliśmy w suche obszary – trawa, akacje, kaktusy i wyschnięte koryta rzek. Jednak po południu trafiliśmy wreszcie na większą rzekę, która nie wyschła i kąpali się w niej tubylcy. Poszliśmy więc za ich przykładem by móc też się umyć i wykąpać. Bardzo nas ta chłodna kąpiel odświeżyła i postawiła na nogi. Od razu przyjemniej było pedałować. Na spanie zatrzymaliśmy się przy kolejnej rzeczce, która wyschła do około jednej trzeciej swojej wielkości. Rozstawiliśmy namiot pod mostem, żeby nie był widoczny z drogi. Jednak to nie był zbyt dobry pomysł, bo jak się później okazało pod mostem mieszkały nietoperze, które w nocy strasznie hałasowały i budziły nas głośnym piszczeniem, poza tym jakieś zwierzę dobrało się do naszego worka ze śmieciami, leżącego koło namiotu i znów obudził nas hałas a jeszcze później obudziły nas strzały gdzieś na polach. Tego dnia przejechaliśmy ponad osiemdziesiąt kilometrów i dotarliśmy do miasta Neiva. Miałam nadzieję na porządne zakupy w dużym markecie ale niestety na nadziejach się skonczyło. Przy wjeździe do miasta jakiś chłopak wyjaśnił nam jak wyjechać we właściwym kierunku a potem pilotował nas na motorku. Po drodze nie było jednak żadnego sklepu z jedzeniem a do centrum nie mogliśmy już wjeżdżać – było zbyt późno i nie zdążylibyśmy wyjechać z miasta przed zmrokiem. Na peryferiach kręciło się sporo bezdomnych i jakichś podejrzanych typków więc musieliśmy wyjechać daleko poza miasto żeby znaleźć jakieś bezpieczne miejsce na namiot. W końcu dojechaliśmy do stacji benzynowej gdzie mogliśmy zatrzymać się na nocleg. Byliśmy bardzo zmęczeni i głodni. Zjedliśmy kolację a Przemek na poprawienie humoru kupił mi w sklepiku na stacji loda i jogurt. No i zadziałało 🙂

Jechaliśmy dalej, przez pagórkowate tereny, mijając po drodze małe miasteczka. Nie trzeba więc było wozić wielkich zapasów lecz i tak nie łatwo było zrobić dobre zakupy gdyż w tutejszych sklepach zaopatrzenie jest kiepskie, biorąc pod uwagę fakt, że nie dysponujemy lodówką. Mięsa prawie nie jemy, wyłączając ryby z puszki, czasem jakieś parówki, głównie owoce lub warzywa jeśli są akurat dostępne oraz pieczywo z serem, bo sery mają tu bardzo smaczne, do tego płatki z mlekiem i muesli – oto nasze menu. Noce zrobiły się chłodniejsze a góry coraz bliżej otaczają nas ze wszystkich stron. W rejonie Betanii wjechaliśmy na wysokość około 1000 m n.p.m a przejechanie pięciu kilometrów zajęło nam prawie godzinę. Mieliśmy ładne widoki na okolicę i płynącą w dole rzekę Magdalenę i pobliskie wzgórza. Niestety kończyła nam się woda. Postanowiliśmy więc zrezygnować z mycia i naszym ledwo zipiącym filtrem przefiltrowaliśmy wodę a na nocleg zatrzymaliśmy się przy opuszczonym domku, którego budowy ktoś nie ukończył. Mieliśmy piękny widok na góry i zjedliśmy sobie pyszną kolację.

Pedałując bez pośpiechu mijaliśmy kolejne miejscowości przy drodze – Gigante a potem Garzon. W zasadzie płaskich odcinków już nie było i musieliśmy solidnie pedałować na podjazdach a potem nieźle hamować na zjazdach. Dziennie przejeżdżaliśmy około 60 km. Dni były jeszcze bardzo ciepłe choć czuć juz było , że powiewy wiatru są chłodniejsze i rześkie. Po drodze mijaliśmy „zaczarowane drzewa” zupełnie jak z bajki o Babie Jadze, całe spowite jakby pajęczyną. Były też plantacje kawy i winnice, gdzie przy drodze lokalni sprzedają dojrzałe winogrona. Tuż przed miejscowością o wdzięcznej nazwie Pitalito zatrzymaliśmy się na nocleg na rancho z dużym trawnikiem. Właściciele poczęstowali nas aromatyczną kawą, którą tu rodzinnie produkują. Mogliśmy też skorzystać z prysznica w ich domu a potem dostaliśmy jeszcze kolację oraz sok z kumkwatu. Pychotka… Przed wyjazdem mielismy małe przepakowanie, gdyż noce stały się chłodniejsze i pora była już wyjąć śpiwory z przyczepki oraz trochę cieplejszych ubrań. W Pitalito natomiast zrobiliśmy duże zakupy gdyż według naszej mapy przez najbliższe 120 km, aż do miasta Mocoa nie było żadnych miejscowości. A ponieważ nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie nam przejechanie tego odcinka woleliśmy być zabezpieczeni w razie gdyby czekała nas jazda przez całkowite pustkowia. Rower był maksymalnie załadowany a jeszcze z tyłu na bagażniku dyndało kilka przywiązanych siatek z zakupami, których nie udało się już nigdzie upchać. Nie łatwo było jechać z takim obciążeniem. Tuż za rozwidleniem dróg szosa zaczęła łagodnie piąć się do góry. Potem podjazd stawał się coraz bardziej stromy i w sumie podjeżdżaliśmy przez około 30 kilometrów. Z poziomu 1285 m wjechaliśmy na 2300m! To już były prawdziwe góry 🙂 Po drodze mijaliśmy domki przy których znajdowały się poletka kawowe i uprawy granatów – bardzo pyszne owoce, trochę przypominające w smaku słodkie, dojrzałe winogrona. W powietrzu czasami unosił się zapach palonej kawy a przy drodze były stragany z tanimi, świeżymi owocami. Czuliśmy, że powietrze stawało się coraz chłodniejsze, jednak dzięki temu byliśmy w stanie jechać pod górę. W drodze złapał nas deszcz i zatrzymaliśmy się przy domku ze straganem, żeby się schronić pod dachem. Właściciele – młodzi ludzie poczęstowali nas aromatyczną kawą. Przyjrzałam się straganowi i prostej, niewielkiej chatce i znów odniosłam wrażenie, że nawet tu, w tym niezamożnym kraju żyje się jakby spokojniej. Mnóstwo świeżych owoców i waga wisząca na sznurku pod daszkiem. Żadnej kasy fiskalnej, bo i po co? Sprzedając owoce z własnej uprawy zarabia się tylko na swoje potrzeby a od tego nie płaci się podatków i na życie w swoim domku, widać wystarcza… Gdy wreszcie po mozolnym pedałowaniu dotarliśmy do końca podjazdu zbliżał się już wieczór. Momentalnie zrobiło nam się zimno i musieliśmy ubrać spodnie i kurtki, no i jak tylko wjechaliśmy do góry zaraz zaczął się zjazd. Zjechalismy kilka kilometrów i zobaczyliśmy dom przy drodze. Właściciel zgodził się na postawienie namiotu. Było zimno i wilgotno i dopiero po zjedzeniu ciepłej kolacji rozgrzaliśmy się trochę i zaraz wskoczyliśmy do naszych ciepłych śpiworów.

Następnego dnia zjeżdżaliśmy z góry, na którą w pocie czoła wjeżdżaliśmy wczoraj. Potem zatrzymaliśmy się przy jakimś pustym domku, żeby wymienić dwie szprychy które pękły w tylnim kole i przy okazji przeczekać kolejny deszcz. Wieczorem okazało się, że zjechaliśmy niżej niż byliśmy w Pitalito, a więc znowu trzeba będzie wjechać na wysokość ponad dwa tysiące metrów. Ciekawe tylko ile jeszcze razy? Przemek zagrzał wodę i mogliśmy się umyć w przyjaznej temperaturze. Cudownie… Niestety całą noc i ranek padał deszcz. Wyjechaliśmy dopiero około godz. 12.00 kiedy deszcz zelżał nieco i byliśmy w stanie się spakować. Potem nagle wyszło słońce i zrobiła się śliczna pogoda. Jechaliśmy wśród pięknych paproci drzewiastych i zimnych, czystych strumieni spływających z gór. Przyglądałam się małym domkom mijanym po drodze,  pięknym araukariom i drzewom z długimi zielonymi igłami albo czsem padłym zwierzętom których

kości lub ciała w różnym stanie rozkładu  widzi się przy jezdni. I byłam świadoma, że nas też to czeka, że też zmienimy się w proch ale jeszcze nie teraz… Teraz mknęliśmy w stronę granicy z Ekwadorem a przed nami  było jeszcze mnóstwo nieznanych miejsc do zobaczenia. Wieczorem dojechaliśmy do Mocoa.

0 Comments

  1. Dobrze że takie piękne widoki rekompensują trud wjazdu pod górę, ale o ile pamiętam Przemek nie lubi jazdy po równinie. Dorka mam nadzieję że zrobiłaś mi fotkę tych „zaczarowanych drzew”, jeśli nie zrób przy najbliższej okazji pozdrawiamy.

  2. Przemek cały czas obserwuje waszą wyprawę tylko siedzę cicho jak myszka bo zatkało mnie z podziwu ………dla waszej wytrwałości i samozaparcia ja też tak chcę ale…. hm… 5 gwiazdek + all inclusive jak na razie mnie bardziej pociąga… cóż jestem wygodnicka i o zwiedzaniu dzikiego świata lubię poczytać relację innych … trzymam kciuki i caly czas czytam co tam nowego u was słychać . Trzymajcie się Iwona K. Warszawa-Zakopane

    • Witaj Iwona. No cóż All Inclusive i 5 gwiazdek nie pozwala na obejrzenie świata z drugiej strony a jedynie to co oferują biura turystyczne. Może gdy będziemy po sześdziesiątce to wtedy pomyslę o All Inclusive 🙂 Pozdrawiam gorąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.