Do kolumbijskiej granicy 22.07 – 25.07

Z El Dorado wyjechaliśmy po trzech dniach leniuchowania. Niestety jednak nie ujechaliśmy daleko a Przemkowi znów zaczęło dokuczać nieszczęsne kolano. Postanowiliśmy więc, że mimo wszystko wsiądziemy w autobus. Jeśli będzie taka konieczność zatrzymamy się jeszcze na dłużej w Kolumbii, gdzie ceny wyżywienia są jednak podobno znacznie niższe. Dojechaliśmy więc do miejscowości Tumeremo, ok. 70 km od El Dorado i poszliśmy na dworzec dowiedzieć się czy jest szansa, że wezmą nas z rowerem do Ciudad Bolivar. Jeden autobus uciekł nam dosłownie sprzed nosa, następnie kasjerka z dworca do spółki z kierowcą chcieli nas wpakować do bardzo małego autobusu, gdzie kazali Przemkowi upychać niezbyt czysty rower na siedzeniach pomiędzy pasażerami! To już była przesada. Powiedzieliśmy, że poczekamy na następny, większy autobus. I bardzo dobrze bo chcieli od nas jeszcze raz tyle kasy ile powinniśmy zapłacić. Po godzinie podjechał brazylijski duży autokar i zabrał nas z rowerem do Ciudad Bolivar za 150 bolivarów (ok. 60 zł). Na miejsce dotarliśmy około północy i spędziliśmy siedem godzin na dworcu bo autobus do Puerto Ayacucho ( przygranicznego miasteczka, do którego zamierzaliśmy dotrzeć) był dopiero rano. Niestety kiedy się wreszcie doczekaliśmy okazało się, że będzie problem. Autobus był równie mały, jak ten do którego chcieli nas wcisnąć w Tumeremo a pasażerów było sporo i kierowca nie chciał nas zabrać. Co gorsze, dowiedzieliśmy się, że żadne większe autobusy w tym kierunku nie jadą. Siedzieliśmy nad mapą i zastanawialiśmy się co teraz zrobić. Do granicy mieliśmy ponad 700 km a prawdę mówiąc, od wyjazdu z Parku Canaima cały czas czuliśmy się trochę jak intruzi. Ludzie nie byli już tacy otwarci i skłonni do nawiązania kontaktu tylko nam się przyglądali, a napotkani obcokrajowcy za każdym razem ostrzegali nas, że w tym kraju ludzie kradną… Ponadto w przewodniku LP doczytaliśmy się, że autobusy w Kolumbii jeżdżą od przejścia granicznego, do którego chcieliśmy jechać tylko w porze suchej, która już się skończyła. To nas niepokoiło, gdyż oznaczało, że teraz droga może być nieprzejezdna albo, że w ogóle nie ma na niej asfaltu, tym bardziej, że do najbliższego miasteczka od granicy trzeba by było pokonać kilkaset kilometrów. Ryzyko, że utkniemy na drodze z naszym pojazdem albo, że znów coś poważnego zepsujemy w błocie było zbyt duże. Zdecydowaliśmy, że trzeba będzie przekroczyć granicę w innym miejscu, gdzie wiadomo, że jest asfaltowa droga. Pozostawała nam już tylko jazda autobusem, gdyż pozostałe przejścia były oddalone o wiele kilometrów. W takiej sytuacji pozostało nam jechać tylko do jakiegoś wielkiego miasta, skąd są połączenia do miejscowości przygranicznych dużymi autokarami. No i padło na Caracas. Miasta, do którego absolutnie nie mieliśmy zamiaru się wybierać. Pojechaliśmy więc z Ciudad Bolivar do Caracas ( cena 226 bolivarów). Cały dzień spędziliśmy w autokarze i po południu dojeżdżaliśmy do ogromnej metropolii. Caracas położone jest na wzgórzach lecz sposób ich zabudowy zniszczył urok miasta. Biedne przedmieścia to tysiące domków, jakby poustawianych jeden na drugim i zlepionych w jedną masę. Pokrywają całe wzgórza, całą zieleń, dając wrażenie betonowych gór z tysiącami małych komórek. Zupełnie jak w olbrzymim gnieździe termitów. Bliżej centrum nad obwodnicą funkcjonują dwie kolejki linowe, które dowożą ludzi do bogatszych dzielnic. Wysiedliśmy na dworcu w mieście ale niestety okazało się, że kolejny autobus mamy z innego dworca. Składaliśmy rower, żeby wyjechać z dworca a w międzyczasie kierowca chciał od nas wyciągnąć jeszcze dodatkowo 50 bolivarów, niby za przewóz naszej biciklety ale nic mu nie daliśmy. Jakiś facet wyjaśnił nam, że musimy jechać na dworzec, który nazywa się La Bandera. Jednak bez mapy nie było szansy dotrzeć rowerem do dworca przed zmierzchem a jeżdżenie po ciemku nie wchodziło w grę. Musieliśmy wziąć taxi. Przemek wytargował cenę na 90 bolivarów, choć pewnie powinniśmy zapłacić połowę tego ale nie mieliśmy już czasu i siły na dyskusje. Taksówkarz upchał rower (który znów trzeba było rozmontować), nasze bagaże i nas do starego chevroleta z lat 60 i uruchomił auto, grzebiąc śrubokrętem pod maską. Dojechaliśmy w całości. Przed dworcem zamieszanie a my znów musieliśmy na chodniku złożyć rower i zapakować bagaże, żeby dojść do kas. W tym całym bałaganie zadarłam na chwilę głowę i spojrzałam na niebo a w górze nad tym hałaśliwym miastem – molochem zobaczyłam parę przelatujących, niezbyt wysoko, wielkich, niebieskich papug, które tak podziwialiśmy w Brazylii i uśmiechnęłam się do nich z rozczuleniem, gdybyśmy i my mogli tak po prostu stąd odlecieć… Na dworcu postanowiliśmy, że skoro i tak już przejechaliśmy na drugi koniec Wenezueli to pojedziemy do przejścia granicznego przy morzu, żeby w Kolumbii skoczyć sobie na plaże nad Morzem Karaibskim. Kupiliśmy więc bilet do Maracaiby – miasta oddalonego ok. 120 km od granicy z Kolumbią. Jednak na tym problemy się nie skończyły. Kiedy podjechał autokar okazało się, że z kolei jest za duży. Piętrowe autokary mają bowiem mniejszą pojemność bagażnika niż zwykłe. Na domiar złego pasażerów mnóstwo i wszyscy pchali się do bagażnika, żeby zmieścić swoje rzeczy. Nam kazali czekać na koniec, zresztą i tak nie było szansy przedrzeć się z naszym pojazdem przez ten tłum. Kiedy zobaczyłam jakie ludzie mają walizy i jak upychają kartony, np. z pralką do prania wiedziałam już, że z tego nic nie będzie. Byłam w podłym nastroju a nieprzespana noc, wiele godzin jazdy w autobusie i perspektywa, że będziemy musieli spędzić noc w tym mieście – molochu, sprawiały, że czułam się jeszcze gorzej. Przemek natomiast zachowywał stoicki spokój nawet kiedy stało się jasne, że tym autokarem nie pojedziemy. Kierowca jednak poprosił kolegę z innego autobusu, który nie podjechał jeszcze na stanowisko i nie był oblężony pasażerami, żeby nas upchnął. Zobaczyłam na szybie tego pojazdu wizerunek Matki Boskiej i myślę sobie – to chyba dobry znak, może ten nas zabierze. No i mieliśmy szczęście. Trzeba było dać tylko kierowcy „małe” 150 bolivarów i mogliśmy zapakować nasz rower (oczywiście po kolejnym rozmontowaniu) i bagaże zanim wtargnęli do niego pozostali pasażerowie. Kolejne kilkanaście godzin jazdy i kolejna noc w autobusie. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji żeby zatankować. No i znów nam opadły szczęki, tym razem  na cenę oleju napędowego. My kupiliśmy sobie bułki z nadzieniem w cenie 15 bolivarów za sztukę i butelkę wody mineralnej 1,5 litra za 10 bolivarów a w tym czasie kierowca zatankował ok. 250 litrów paliwa i zapłacił 12 bolivarów czyli 4 zł i 80 groszy!!! W trakcie jazdy Przemkowi, co dziwne,  przeszedł ból kolana, który dokuczał mu już nawet podczas zwykłego poruszania się a mnie za to tak bolały nogi, że ledwo mogłam chodzić, kiedy w końcu wysiedliśmy na dworcu w Maracaibie. Zjedliśmy sobie popularne w Wenezueli bułki z mąki kukurydzianej z farszem w środku zwane „arepa” – smaczne i nawet dość pożywne ( w zależności od farszu) kupiliśmy wodę do picia i pomimo zmęczenia wreszcie, z prawdziwą ulgą wsiedliśmy na rower. Mieliśmy szczęście, że była niedziela. Ruch nie był zbyt duży i udało nam się przejechać kolejne duże miasto, bez większych problemów, nie licząc kolejnej przebitej dętki. Naprawa zajęła prawie godzinę ale w tym czasie staliśmy się już atrakcją i nawiązaliśmy rozmowę z ochroniarzami pod sklepem, którzy nie chcieli nam wierzyć, że jutro będziemy w Kolumbii. Tutaj poczuliśmy znacznie lepszą atmosferę. Ludzie  nas pozdrawiali i  próbowali nawiązać z nami rozmowę. Dojechaliśmy do miejscowości Sinamaica ale tu żadnej posady ani kampingu. Miejsca na namiot przy drodze też zbytnio nie było, bo po obu jej stronach stały domki albo ciągnęły się rozlewiska. Jednak po przejechaniu 80 km czuliśmy zmęczenie i mimo, że do granicy zostało już tylko ok. 52 km nie mieliśmy ochoty na dalszą jazdę. Zatrzymaliśmy się przy sklepiku w kolejnej wiosce i spytaliśmy sprzedawczynie czy jest gdzieś jakiś kamping albo miejsce na namiot a ona zaraz pokazała nam dom po drugiej stronie drogi i powiedziała, że u niej możemy sobie namiot postawić. Dostaliśmy jeszcze dwa pyszne owoce mango, napój kokosowy z lodem i gotowane banany z serem. Poszliśmy spać z pełnymi brzuchami i przekonaniem, że życzliwych ludzi spotkać można wszędzie.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.