Gran Sabana, Santa Elena de Uarien, Wenezuela, Wenezuela rowerem, podróżowanie po Wenezueli, Ameryka Południowa

Santa Elena de Uarien   03.07 – 07.07.2011

Nasz entuzjazm z powodu bezproblemowego wjazdu do Wenezueli nie trwał jednak długo. Ledwo przejechaliśmy kilka kilometrów od granicy aż tu nagle zgrzyt, traaaach! O nie czyżby to łańcuch urwał kolejną przerzutkę?! Przecież nam to się nie mogło przydarzyć… Okazuje się, że niestety mogło 🙁 Przerzutka urwana i łańcuch też!  W jednej chwili nasz pojazd to był prawdziwy wrak. Na szczęście do miasteczka mieliśmy blisko. Nie  pozostało już absolutnie nic jak tylko pchać rower.

No to pchaliśmy a ponieważ droga była pagórkowata to czasem też zjeżdżaliśmy z górki. Pod wieczór dotarliśmy do Santa Elena de Uarien. Robiło się już ciemno i nie mieliśmy warunków na szukanie noclegu więc poszliśmy do „posady”  Michelle polecanej w przewodniku LP. Cena 100 bolivarów za noc była do zaakceptowania, zresztą w tej sytuacji nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Niewielkie miasteczko Santa Elena  położone jest w odległości 12 km od granicy przy wjeździe do Parku Narodowego Canaima. Stąd można się wybrać na trekking na Roraimę a ponieważ w miasteczku znajduje się sporo sklepów można też się zaopatrzyć w prowiant i inne potrzebne rzeczy. Zostaliśmy w posadzie przez kilka dni i tradycyjnie najpierw doprowadzamy do porządku siebie i swoje bagaże. 

Pokój wyposażony był w wentylator i ciepłą wodę ale okno wychodziło na korytarz, więc tak jakby go wcale nie było. Był też dostęp do kuchni, gdzie można przygotować posiłek i Internet WI FI ale niestety nasz komputer nie mógł się podłączyć 🙁 Szczęśliwie okazało się również, że w mieście jest sklep rowerowy, gdzie można kupić potrzebne rzeczy żeby naprawić rower. Oczywiście znów musimy wydać sporo gotówki ale przecież trzeba uruchomić nasz pojazd. Ostatecznie i tak poszliśmy na kompromis. Łańcuch, który tutaj był tylko wysokiej jakości, w wysokiej cenie, sobie odpuściliśmy i Przemek naprawił jeszcze nasz stary. Mamy nadzieję, że dotrwa do następnego sklepu. Porządna przerzutka też była w wysokiej cenie ale wzięliśmy tańszą, wychodząc z założenia, że skoro już dwie urwane, nie warto inwestować w droższy sprzęt, który jest wyższej klasy lecz nie koniecznie bardziej wytrzymały.

Tak więc udało się naprawić rower. Gorzej jednak wyglądała sprawa z trekkingiem na Roraimę, który był głównym powodem naszego przyjazdu do Wenezueli. Ceny oferowane prze miejscowe biuro, jak dla nas, nie były do przyjęcia (poniżej zamieszczamy cennik). W takim układzie postanowiliśmy sami zorganizować sobie trekking po najniższych możliwych kosztach. Po pierwsze po wielu wycieczkach do sklepów kupiliśmy zapasy prowiantu na siedem dni. Takie, które będą pożywne, nie popsują się i dadzą się wnieść na Roraimę. To nie było łatwe zadanie. Nie mieliśmy jeszcze rozeznania w tutejszych produktach i po trzech miesiącach pobytu w Brazyli, gdzie przyzwyczailiśmy się do portugalskiego, hiszpański wydawał nam się obcy, mimo, że uczyliśmy się go trochę przed wyjazdem. 

Do sprzedawców mówiliśmy „obrigado” zamiast „gracias” i wszyscy brali nas za Brazylijczyków. Kolejny problem stanowiła benzyna. Ponieważ Wenezuela ma najtańszą benzynę na świecie, usilnie próbuje się bronić przed przemytem. W związku z tym w miejscowościach przygranicznych obcokrajowcom nie sprzedaje się benzyny bo właściciele stacji wolą ją przeszmuglować. Było nam to nie na rękę. Brazylijskie zapasy skończyły się jeszcze przed granicą a przecież nie mogliśmy iść na trekking bez palnika ale znalazło się wyjście. Właściciel posady poradził nam kupno czegoś o nazwie „karosene” i tak też zrobiliśmy. Choć pali się nienajlepiej i garnek mieliśmy cały czas brudny od sadzy z braku czegoś lepszego można to wykorzystać. Jednak kiedy wyjeżdżaliśmy z Santa Eleny i pojechaliśmy na stację, na której sprzedaży paliwa pilnowali żołnierze, benzynę do palnika dostaliśmy bez problemu i to za darmo! Ale też paliła się tak samo kiepsko.

 

Gran Sabana, Santa Elena de Uarien, Wenezuela, Wenezuela rowerem, podróżowanie po Wenezueli, Ameryka Południowa

Naprawionym rowerem ruszyliśmy w drogę. Wkrótce wjechaliśmy do Parku Canaima i na obszar Gran Sabany czyli wielkiej sawanny. Droga wiodła pomiędzy trawiastymi górkami, oferując ładne widoki ale trzeba było solidnie pedałować. Wkrótce po wyjechaniu za miasto, żeby nie było zbyt różowo, pękła nam stara opona, którą Przemek musiał wymienić na nową (wiezioną z Brazylii) i pękła szprycha w tylnim kole. Przejechaliśmy ok. 40 km i po wjechaniu na wysokość 1124m zatrzymaliśmy się pod trzcinowym daszkiem niedaleko drogi, żeby schować się przed nadchodzącą burzą. Temperatura spadła nagle o kilkanaście stopni i musieliśmy się ubrać w polary bo było nam zimno. 

Postanowiliśmy zostać tu na nocleg, gdyż wyjechaliśmy dosyć późno z Santa Eleny i zaczynało już zmierzchać. Wieczorem siedzieliśmy przy namiocie i piliśmy herbatę, mając piękny widok na wzgórza po deszczu. Przyszło mi na myśl, że takie chwile omijają tych, którzy mają odpowiednie zasoby gotówki i podróżują w „cywilizowany” sposób. Gorąca herbata owocowa smakowała w tym miejscu wyjątkowo… Potem zjedliśmy kolację i poszliśmy spać w polarach, bo temperatura spadła poniżej 20 stopni i po doświadczeniach brazylijskich było nam naprawdę chłodno.

Santa Elena de Uarien

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.