Rezerwat Waimiri Atroari, Brazylia, Brazylia rowerem, podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, wyprawa rowerowa po Brazylii

BR 174 – kierunek Wenezuela 19.06 -3.07.2011

Statek przypłynął do Manaus ok. godz. 11.00. Wysiedliśmy w porcie nieco zakręceni i bez mapy. Natychmiast wkroczyliśmy z sennej i leniwej atmosfery na statku w gwar wielkiego miasta, jakim jest Manaus liczące ponad milion mieszkańców. Nie ma tu absolutnie nic romantycznego, co mogłoby się kojarzyć z miastem położonym w dalekiej dżungli. Spytaliśmy kogoś o drogę wyjazdową do Boa Vista i ruszyliśmy rowerem we wskazanym kierunku przez hałaśliwe miasto. Po drodze trzeba było jeszcze zrobić zakupy w markecie i cały czas mieć oczy szeroko otwarte, jak to w dużym mieście, gdzie kręci się mnóstwo podejrzanych gagatków. 

Prawdę mówiąc przejazd przez tak duże i ruchliwe miasto w upale i korkach na głównej drodze to była makabra. Musieliśmy się zatrzymywać kilka razy żeby odpocząć. W końcu, po przejechaniu 22 km, dotarliśmy do stacji benzynowej przy wyjeździe z miasta. Obsługa poinformowała nas, że następna stacja za 107 km, w związku z tym postanowiliśmy zostać tu na nocleg. Czuliśmy się wykończeni i nie mieliśmy wcale ochoty dalej jechać. Być może to niezbyt wygodne spanie w hamaku na promie, chwilowe kłopoty z żołądkiem oraz brak przyzwoitych posiłków tego dnia tak nas osłabiły. A może rozleniwiła nas zbyt długa przerwa w pedałowaniu i klimatyzacja na statku…

Nasze kiepskie samopoczucie trwało całe trzy dni. W dodatku nie sprzyjała nam ani pogoda z bardzo wilgotnym i dusznym, burzowym powietrzem ani droga, która przez pierwsze 140 km po wyjeździe z Manaus była dosyć mocno pagórkowata i trzeba było solidnie pedałować. Gęste, gorące powietrze miało tak dużą wilgotność, że nawet gdy siedzieliśmy na postojach byliśmy cali mokrzy i spoceni. Siły witalne momentalnie spadały do zera i ledwo mogliśmy kręcić pedałami. Przejeżdżaliśmy nie więcej niż 60 km dziennie. W okolicy natknęliśmy się się kilka kąpielisk i restauracyjek położonych przy rzekach a nawet na camping. Niestety jednak nie mielismy czasu na plażowanie gdyż musieliśmy dojechać do granicy zanim skończy nam się wiza i mieć jeszcze odpowiedni zapas czasu w razie awarii roweru. Trzeciego dnia jazdy dotarliśmy do miasteczka, gdzie można było uzupełnić zapasy. Zatrzymaliśmy się też na chwilę nad jednym z wielu w tej okolicy wodospadów. Jest to obszar zagospodarowany turystycznie i mając więcej czasu można by zaplanować sobie dzień pobytu w tym rejonie, na przykład na kąpielisku w aqua parku lub na pływaniu kajakiem.

Tego dnia mieliśmy poważny problem ze znalezieniem miejsca na spanie. W jednej fazendzie ludzie dosłownie chowali się przed nami, w innej jakiś starszy jegomość nam odmówił. Przy drodze ciągnęły się krzaki albo błoto. W końcu nie mając wyboru zatrzymaliśmy się na gliniastym podłożu i żeby namiot się, brzydko mówiąc, nie zapaprał Przemek naciął maczetą liści i dopiero na nich rozstawiliśmy namiot. To rozwiązanie się sprawdziło i stosowaliśmy je jeszcze później kilka razy. Umyliśmy się wodą z butelki a kiedy wreszcie mogliśmy się najeść było już całkiem ciemno i musieliśmy pitrasić jajecznicę przy latarkach. W nocy przyszła potężna burza. Na szczęście stary namiot poczciwina ją przetrzymał 🙂 Stopniowo nasza kondycja się poprawiała i po kilku dniach przejeżdżaliśmy już od 70 do ponad 90 km ale też droga stała się znacznie mniej pagórkowata i łatwiej a nawet przyjemnie się jechało. Ruch też był niewielki i dookoła panował przyjemny spokój.

Jednak pewnego ranka obudził nas odgłos jak z horroru, w którym odprawia się egzorcyzmy a oporny diabeł się buntuje. Namiot mieliśmy w pobliżu podmokłego terenu więc podejrzewaliśmy, że to sprawka jakiejś żaby. Zwierzęta tutaj potrafią wydobywać z siebie najdziwniejsze dźwięki! Potem ożywiły się papugowate, które miały noclegownię po drugiej stronie drogi i przelatywały stadkami nad naszymi głowami z głośnym pokrzykiwaniem. Zjedliśmy na śniadanko makaron z tuńczykiem i wypiliśmy resztkę wody, która nam została  i ruszyliśmy rano w dalszą drogę. Na szczęście po przejechaniu kilkunastu kilometrów trafiliśmy na restaurację z umywalką, gdzie nabraliśmy sobie solidne zapasy wody do wszystkich butelek. Tego dnia po raz pierwszy widzieliśmy przelatujące bardzo nisko nad naszymi głowami wielkie, cudowne papugi ary. Były naprawdę przepiękne, miały żółte brzuszki oraz niebieskie skrzydła, grzbiety i ogony. Jak wspaniale było widzieć je w locie na wolności a nie w klatkach czy w zoo!

 

Rezerwat Waimiri Atroari, Brazylia, Brazylia rowerem, podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, wyprawa rowerowa po Brazylii

Powoli zbliżaliśmy się do terenu, na którym znajduje się rezerwat Indian. Liczyliśmy na jakiś choćby mały sklepik przed wjazdem do rezerwatu ale nic takiego nie było. Na szczęście mieliśmy jeszcze trochę swoich zapasów żywieniowych. Przed wjazdem do rezerwatu była natomiast stacja benzynowa, gdzie zatrzymaliśmy się na kąpiel i zrobiliśmy sobie nasz ulubiony tutaj posiłek czyli kuskus z bananami, śmietanką i gojabadą (słodki dżem z owocu gojaby). Potem z lekka niepewnie skierowaliśmy się do bramy wjazdowej rezerwatu, nie mając pewności czy zostaniemy wpuszczeni. Odcinek drogi przechodzący przez obszar rezerwatu wynosi 125 km i praktycznie należy go przejechać w jeden dzień, gdyż na tym terenie nie wolno schodzić z drogi ani przebywać w nocy ani oczywiście biwakować. Było więc jasne, że wjeżdżając po południu nie uda nam się przejechać takiej odległości przed zmierzchem ale siedzenie i czekanie do rana było dla nas stratą czasu a jedzenia nie mieliśmy już za dużo. Przy bramie wjazdowej panował jednak spokój i nie było widać nikogo. Korzystając z okazji przejechaliśmy więc szybko naszym wielkim pojazdem i spokojnie jechaliśmy sobie przez dżunglę. 

Po przejechaniu jakichś 30 km zrobiliśmy przerwę na ciastko i pomarańcze a tu nagle zjawili się strażnicy rezerwatu. Jakoś dogadaliśmy się z nimi, w połowie na migi i ostatecznie pozwolili nam dalej jechać ale powiedzieliśmy, że będziemy jechać w nocy przy latarkach aż do wyjazdu bo biwakować nie wolno. Pojechaliśmy dalej, choć prawdę mówiąc nie zamierzaliśmy spełnić naszej obietnicy, tylko jednak schować nasz mały namiot w jakichś krzaczkach i chociaż trochę się przespać. Nie minęła godzina pedałowania, kiedy pojawił się kolejny strażnik na motorze. Niestety ten był bardzo przepisowy i powiedział, że absolutnie nie możemy jechać w nocy bo jest „perigoso” znaczy niebezpiecznie za względu na dzikie zwierzęta. Jakoś bardziej ludzie nam się zawsze niebezpieczni wydają, no ale cóż było robić. Nie potrafiliśmy mu nawet powiedzieć, że poprzedni dwaj strażnicy dali nam pozwolenie. Wymyślił, że przyjedzie po nas pick-upem i odwiezie do bramy wjazdowej a jutro przywiezie i dalej będziemy mogli jechać. Nie podobał nam się ten pomysł, bo nie bardzo wierzyliśmy, że jutro nas tu z powrotem przywiozą a mieliśmy przejechane już ponad 40 km.

Nie było jednak wyboru. Strażnik kazał nam czekać przy drodze aż przyjedzie samochodem. Zjedliśmy przez ten czas kolację i widzieliśmy jakieś sympatyczne futerkowe zwierzątka przechodzące przez drogę a kiedy rzeczywiście zjawił się samochód okazało się, że siedzą w nim poprzedni dwaj strażnicy, z którymi się wcześniej dogadaliśmy. Jeden z nich, jak się później dowiedzieliśmy, był szefem całego tego zgrupowania, no i pewnie by nas puścił ale skoro jego podwładny był tak przepisowy, to nie mógł stracić twarzy. Na szczęście wpadł na doskonały pomysł – zamiast odwozić nas bez sensu do bramy wjazdowej powiedział, że mamy jechać za nimi kilka kilometrów i tam znajdzie się dla nas miejsce na namiot. No i dobrze! Chętnie na to rozwiązanie przystaliśmy, jak to mówią „wilk był syty i owca cała”. Oni byli przepisowi a my nie musieliśmy jeździć po nocy ani kryć się z namiotem po krzakach. W taki sposób znaleźliśmy się w ośrodku NAWA, położonym na terenie rezerwatu, który zajmuje się koordynacją programu Waimiri Atroari, związanym z opieką medyczną, edukacją i kulturą Indian mieszkających w rezerwacie. Mogliśmy sobie rozbić namiot na trawniku, pod drzewami i skorzystać z prysznica. Szef proponował nam nawet posiłek ale nie chcieliśmy już nadużywać gościnności więc grzecznie podziękowaliśmy i poszliśmy spać.

Rano, kiedy wyszliśmy z namiotu wokoło unosiła się gęsta mgła. Cały las na terenie Terra Indigena Waimiri Atroari przepełniony był wilgocią a drzewa w dżungli rosły w wodzie lub błocie. Podczas gdy jedliśmy śniadanie nad naszymi głowami słyszeliśmy skrzeczenie papug. Wkrótce udało nam się je zobaczyć gdyż na rosnącym obok drzewie był karmnik, zrobiony specjalnie dla nich i papużki siedziały sobie na tym drzewku, przyglądając nam się z zaciekawieniem. Dzięki temu wreszcie udało się sfotografować je z bliska, choć w rezerwacie nie wolno robić zdjęć, jednak szef wyraził zgodę. Te mniejsze, zielone papugi widywaliśmy zwykle z dużej odległości, kiedy przelatywały nad naszymi głowami lub kryły się wśród liści na drzewach i trudno je było wypatrzyć. Udało nam się też zrobić zdjęcie dużej, niebieskiej arze, przyzwyczajonej do ludzi. Prześliczne są te papugi! Zaraz po zjedzeniu śniadanka podziękowaliśmy parkowcom i opuściliśmy centrum. Mieliśmy do przejechania jeszcze 75 km przez las i resztkę zapasów żywieniowych.

Kiedy wreszcie wyjechaliśmy z rezerwatu, licząc na jakieś miasteczko czy chociaż wioskę ze sklepem spotkało nas rozczarowanie. Wokoło nadal pustkowia. Przy drodze była tylko stacja benzynowa, na której zjedliśmy trzy bardzo drogie krokiety. W dodatku droga zrobiła się paskudna – same dziury a na niektórych odcinkach w ogóle nie było asfaltu. Oczywiście zaraz złapaliśmy gumę w tylnim kole, gdzie opona była już bardzo zniszczona. Siedzieliśmy więc przy drodze, był ciepły spokojny wieczór na odludziu. Przemek zajmował się naprawą koła, nie mieliśmy pojęcia jak daleko jeszcze do jakichś ludzkich siedzib i wioski ze sklepem a wciąż zachwycaliśmy się przelatującymi wokół nas stadkami papug – małych i dużych. Tak, ten rejon to zdecydowanie kraina papug i chociaż zdążyliśmy się już przyzwyczaić do ich widoku, za każdym razem kiedy widzieliśmy wielkie, niebieskie ptaki siedzące na drzewie, zatrzymywaliśmy rower i mówiliśmy do siebie z prawdziwą przyjemnością „patrz znowu ary”. Wreszcie pod koniec dnia zauważyliśmy jakąś chatę przy drodze. Kupiliśmy od gospodyni całą kiść bananów za R$ 4, niestety były zielone ale mieliśmy nadzieję, że może jutro już coś dojrzeje. Po obcięciu bananów z tej kiści, uzbierało się ich trzy pękate reklamówki. Tak tanio jeszcze w Brazylii bananów nie kupiliśmy! Kobieta pozwoliła nam postawić namiot na podwórku i zostaliśmy na nocleg przy jej chacie.

Niestety następnego dnia banany nie dojrzały, choć wieźliśmy je cały dzień w worku na słońcu, nadal były twarde i zielone i tak naprawdę dojrzały dopiero po 6 dniach, ale wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy i mieliśmy nadzieję, że poratują nas zanim dotrzemy wreszcie do jakiegoś sklepu z jedzeniem. Kobieta dała też nam na drogę trochę „szyszek” – owoców z palmy, przypominających nieco szyszki. Wprawdzie najeść się nimi nie można ale zawsze to coś do jedzenia. Są pokryte taką jakby łuską a pod spodem jest cienka warstwa lekko kwaskowatego miąższu, pod którą znajduje się duża pestka. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że można je jeść i potem znajdowaliśmy je jeszcze na palmach przy drodze. Zjedliśmy na śniadanie po rybce z puszki i pomarańczy. Została nam jeszcze jedna rybka, jedna chińska zupka i trochę „pipoki’ czyli kukurydzy do prażenia i to był już absolutny koniec naszych zapasów. Mieliśmy tylko filtrowaną z rzeki wodę do picia. 

Jechaliśmy więc powoli, bo nie mieliśmy zbytnio energii na pedałowanie a poza tym droga była tak dziurawa, że szybko i tak nie dałoby się jechać. Tego dnia (24.06), około godziny 9.00, po przejechaniu 8 km dotarliśmy do Równika. Miejsce zaznaczone było pomnikiem. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i krótki postój. Obok robotnicy pracowali przy budowie jakiegoś domu i wzięliśmy od nich trochę wody, żeby napełnić butelki na dalszą drogę. Wkrótce dojechaliśmy też do opuszczonej fazendy, przy której rosły palmy kokosowe. Przemek ściął maczetą kilka zielonych kokosów, w których znajduje się sok i dzięki temu mogliśmy się napić do woli. Sok z niedojrzałego kokosa dobrze gasi pragnienie i z pewnością smakuje lepiej niż ciepła woda! Potem, gdy kokos dojrzewa sok zamienia się w mleczko a później mleczko gęstnieje i można taką masę utrzeć na wiórki albo płatki kokosowe. 

Brazylia, wyprawa rowerowa w Brazylii, Brazylia rowerem, Boa Vista, Ameryka Południowa
szyszki palmowe dodawały nam sił 🙂
Brazylia, wyprawa rowerowa w Brazylii, Brazylia rowerem, Boa Vista, Ameryka Południowa
Coco
Brazylia, wyprawa rowerowa w Brazylii, Brazylia rowerem, Boa Vista, Ameryka Południowa
Równik

Wreszcie po południu dotarliśmy do wioski ze sklepem! Zaraz zrobiliśmy zakupy żywności, a tuz obok była mała restauracyjka, gdzie zjedliśmy sobie bułki z parówką i po kawałku ciasta. Sprzedawczyni powiedziała, że możemy też skorzystać z prysznica. Byliśmy szczęśliwi – najedliśmy się, wykąpaliśmy, pomyliśmy gary i nawet wypraliśmy sobie ubrania. Od naszych ostatnich zakupów przed wjazdem do rezerwatu przejechaliśmy około 250 km. Na nocleg zatrzymaliśmy się na dziko przy drodze i Przemek wpadł na pomysł, żeby na deser usmażyć banany, które wciąż jeszcze były zielone 🙂 I okazało się, że były całkiem smaczne, pokrojone na plastry i usmażone przypominały w smaku frytki ziemniaczane.

Droga cały czas wiodła przez pustkowia. Ósmego dnia jazdy dotarliśmy do mieściny Roraimopolis. Poszukiwaliśmy jakiegoś sklepu rowerowego żeby wymienić naszą zużytą już oponę, która mogła w każdej chwili pęknąć ale nic z tego. Następnego dnia dojechaliśmy do kolejnego miasteczka, mając nadzieję na jakiś większy sklep z żywnością a może i market, a tu znowu fiasko… Kilka domów na krzyż – ot i całe miasteczko, ani porządnego sklepu z jedzeniem ani rowerowego. 

W drodze skończyła się nam benzyna w palniku i musieliśmy gotować na alkoholu etylowym, którego butelkę mieliśmy w zapasie. Straciliśmy ponad godzinę na zrobienie jednego posiłku tak kiepsko się to paliło. Mało tego kiedy wreszcie dotarliśmy do stacji benzynowej okazało się, że benzyny znowu nie ma! Powiedzieli nam, że do następnej jest 40 km. Jechaliśmy więc jedząc dziwne zestawy typu ciastka i ryba z puszki bo bez palnika nic ugotować sobie nie mogliśmy. A wokół wciąż pustkowia i rozlewiska. Obserwowaliśmy za to różne ptaki. Niektóre małe i kolorowe, inne z długimi dziobami do łapania ryb a widzieliśmy też wielkie, masywne białe ptaki z czarnymi głowami, przypominające trochę z sylwetki marabuty ale jeszcze od nich większe. Niestety wszystkie są tak płochliwe, że nie sposób ich sfotografować. Wieczorem dotarliśmy do stacji benzynowej w miasteczku Caracai, na której była nawet benzyna 🙂

Rano Przemek zajął się rowerem, wymienił pęknięte szprychy i wyregulował hamulce a ja zrobiłam w tym czasie śniadanie. Potem pojechaliśmy do miasteczka po zakupy. Sklep rowerowy nawet był ale oczywiście nie mieli opony w naszym rozmiarze. To już prawdziwa paranoja z tymi oponami! Tutaj są dwa rodzaje opon w rozmiarze 26 cali. To znaczy większe 26 cali (584 mm) i mniejsze 26 cali (559 mm). Niestety nasze koło jest w rozmiarze mniejszym 26 cali i okazuje się, że takie opony można kupić tylko w nielicznych sklepach! Oczywiście kiedy z powodu braku opony musieliśmy wymienić naszą obręcz w rozmiarze 28 cali na 26 to nie mieliśmy o tym pojęcia. A teraz już mamy pełną jasność tylko, że to nam się w głowie nie mieści, że jeden rozmiar może mieć dwie wielkości.

Nocowaliśmy na stacji i Przemek zjadł w sumie pięć lodów kukurydzianych, które bardzo mu smakują 🙂 Od momentu przejechania przez most nad rzeką Rio Branco droga zrobiła się zupełnie płaska i nawierzchnia była nowa, więc mogliśmy wreszcie rozwinąć pełną prędkość. Około 13.00 dojechaliśmy do Boa Vista. Przed wjazdem do miasta droga się rozwidlała i jedna prowadziła do centrum, a druga to obwodnica, okrążająca miasto. Niestety musieliśmy pchać się do centrum, żeby znaleźć sklep rowerowy i kupić wreszcie tę oponę. W mieście było sennie i mały ruch bo to już czas siesty. Prawie wszystkie sklepy pozamykane oprócz niektórych wielkich marketów. Kiedy wreszcie znaleźliśmy merkado das bicikletas dochodziła już prawie godz. 14.00 i sklep oczywiście też był zamknięty. 

Zrobiliśmy zakupy w jakimś markecie a potem czekaliśmy grzecznie pod sklepem, gdyż Przemek miał nadzieję, że wieczorem go otworzą. Ja miałam jednak wrażenie, że nic z tego nie będzie i niestety miałam rację. Spędziliśmy pod sklepem trzy godziny i nie otworzyli ani tego, ani żadnych sąsiednich sklepików. Tak więc ludzie tutaj pracują najwyżej do 14.00, czyli po kilka godzin dziennie i są w stanie się utrzymać, mimo, że wszystko dwa razy droższe niż w Polsce! Zaczynało już zmierzchać i nie pozostawało nam nic innego jak tylko uciekać z miasta, gdzie nie było bezpiecznego miejsca, żeby rozstawić namiot. Wróciliśmy po ciemku, z latarką, jakieś 15 km do rozwidlenia dróg i wjechaliśmy na obwodnicę, która biegła w kierunku granicy. Tutaj ruch był mniejszy więc rozłożyliśmy namiot niedaleko drogi i poniewierających się w trawie zwierzęcych czaszek i kości. 

Byliśmy wściekli. Zjedliśmy tylko ciastka bo z powodu natrętnych puri puri i komarów nie sposób było cokolwiek ugotować. W nocy przeszła nad nami potężna burza, namiotem miotało na wszystkie strony ale po raz kolejny wytrzymał. Wiatr był tak silny, że nawet wywrócił stojący obok rower. Rano pojechaliśmy dalej obwodnicą, aż wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie droga znów odbija do miasta. Bardzo zdegustowani postanowiliśmy jednak jeszcze raz spróbować szczęścia w tym irytującym sklepie. Wjechaliśmy do miasta z drugiej strony i żeby go odnaleźć, kierowaliśmy się w stronę wysokiej wieży TV, która jest w centrum. Tym razem mieliśmy farta i około 11.00 byliśmy przed sklepem, który tym razem był otwarty, podobnie zresztą jak wszystkie inne sklepiki i restauracyjki wokół. Okazało się, że sprzedawca z trudem znalazł w całym sklepie jedną, jedyną oponę o potrzebnych nam gabarytach i to nie najlepszej jakości, ale to i tak szczęście, że nie przyjechaliśmy na marne. Wreszcie mogliśmy ruszyć w dalszą drogę, która prowadziła prosto do granicy z Wenezuelą.

Okolice Boa Vista to trawiaste równiny, w większości pozbawione drzew. Jazda nie była już tak przyjemna gdyż po pustkowiach hulał gorący wiatr a brak drzew powodował, że powietrze jeszcze bardziej się nagrzewało i od strony łąk buchało żarem jak z pieca. W dodatku takie trawiaste zarośla to istny raj dla przebrzydłej puri puri, której takie chmary tu grasowały, że nawet trudno było zjeść posiłek przy drodze, żeby nie zostać dotkliwie pogryzionym. Niestety naszym kremem na komary puri się wcale nie przejmowały. Podczas postojów na noclegi musieliśmy się więc ubierać od stóp do głów, a na nogi nakładaliśmy worki foliowe, żeby nas muszki nie pogryzły przez sandały.

Brazylia, wyprawa rowerowa w Brazylii, Brazylia rowerem, Boa Vista, Ameryka Południowa
Brazylia, wyprawa rowerowa w Brazylii, Brazylia rowerem, Boa Vista, Ameryka Południowa

 

Od Boa Vista do granicy ciągnęły się pustkowia. Oprócz jednej samotnej restauracyjki, gdzie można coś zjeść i nabrać czystej wody nie było nic więcej, dlatego dobry filtr to rzecz niezbędna. Bez obaw można filtrować wodę ze strumienia lub w razie konieczności nawet z rozlewiska przy drodze. Niestety nasz Katadyn był już na wyczerpaniu i przy pompowaniu mieliśmy duże ubytki wody. Niezbędna była wymiana filtrów ale na razie nie mieliśmy takiej możliwości. Po południu czternastego dnia jazdy nadeszła katastrofa – nasz rower się zepsuł i to w taki sposób, że nie można było dalej jechać. 

Rozleciało się łożysko w korbowodzie, co nastąpiło praktycznie w ciągu jednego dnia, bez wcześniejszych oznak. Byliśmy zdruzgotani. Do granicy zostało jeszcze ok. 90 km a za trzy dni mieliśmy ostateczny termin, żeby opuścić Brazylię. Przemek kombinował i majstrował ale niestety jechać się już nie dało. Prowadziliśmy rower jeszcze kilka kilometrów a potem poszukaliśmy miejsca na nocleg. Rano w niewesołych nastrojach ruszamy droga na piechotę, pchając rower. Oczywiście tempo zawrotne – 5 km na godzinę. Nogi nie przyzwyczajone do maszerowania tylko pedałowania a w dodatku kiedy zamiast jechac, szliśmy piechotą, upał dokuczał jeszcze bardziej. Po 10 km byliśmy już nieźle zmęczeni ale znaleźliśmy akację przy drodze, gdzie był cień a w dodatku obok drzewa płynął potok z czystą wodą. 

Mieliśmy szczęście – zaraz napełniliśmy wszystkie butelki i można było się umyć. Zrobiliśmy sobie jedzenie i od razu wypiliśmy ok. 3 litry wody! Przemek znów zaczął majstrować przy rowerze i wpadł na pomysł, żeby połączyć dwa łańcuchy w jeden długi i przenieść napęd na przednie pedały. Ten pomysł się sprawdził i mogliśmy dalej jechać. Oczywiście ja nie mogłam pedałować tylko siedzieć i patrzeć a Przemek musiał napędzać cały pojazd ale tempo i tak mieliśmy dobre. Przejechaliśmy jeszcze 40 km przed nadejściem nocy ale już zaczynały się górki, które w ostatnim etapie przed granicą dawały nieźle w kość i wiedzieliśmy, że jutro będzie czekało nas pchanie. 

 

Brazylia, wyprawa rowerowa w Brazylii, Brazylia rowerem, Boa Vista, Ameryka Południowa

Następnego dnia jednak znów mieliśmy szczęście! Pchaliśmy rower ledwie 2 kilometry, kiedy niespodziewanie podjechało dwóch gości starym pick-upem i mówią, że jeśli chcemy to mogą nas zabrać do granicy. Jasne, że chcieliśmy 🙂 Tym bardziej, że benzyna w palniku się skończyła i nie mogliśmy już przygotować sobie nic do jedzenia a wiadomo było, że stacja benzynowa będzie dopiero w Wenezueli skoro tam paliwo dziesięć razy tańsze niż w Brazylii. No i takim trafem jechaliśmy samochodem do granicy. Ja w szoferce a Przemek z rowerem i dobytkiem na pace. 

Żegnaliśmy się z Brazylią zazdroszcząc Brazylijczykom chyba jednak przyjemniejszego życia. Tego, że mając dwie ręce do pracy można tu jakoś egzystować. Tego, że mają wielki kraj, gdzie można tanio kupić ziemię i tanio zbudować sobie dom, bez żadnych wielkich formalności, że można prowadzić spokojnie swój własny biznes i nie nęka się delikwenta tak bzdurnymi przepisami, które sprawiają, że nic się nie opłaca. Tego, że nie obowiązują tu bezsensowne przepisy, które mają służyć bezpieczeństwu obywateli a często posunięte są do granic absurdu i utrudniają tylko życie. Zazdrościliśmy im pogody ducha i tego, że nikt się zbytnio nie spieszy. Ale nie zazdrościliśmy, korupcji w wielkich miastach, strasznego rozwarstwienia społecznego, ciągłego upału który czasami staje się trochę męczący i tego, że nie wiedzą co to śnieg i picie grzańca przy kominku 🙂 No i tego, ze nie maja opon 28 cali, rzecz jasna!

Droga BR 174 kilometr 718 – Pakaraima, miasteczko przygraniczne. Dotarliśmy w całości starym pick-upem do granicy. Przejechane ponad 4000 km po brazylijskich drogach. Zrobiliśmy ostatnie zakupy w miasteczku i pchając nasz uszkodzony rower przejechaliśmy bez problemów papierkowych na drugą stronę granicy. Witamy Wenezuelę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.