Amazonka, Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

Transamazonica 5.06 – 7.06

W Marabie od razu trafiliśmy na dworzec autobusowy. Przemek poszedł na zwiad i dowiedział się, że jakiś bus jedzie do Santarem następnego dnia o godzinie 5.00 rano. Kierowca zaproponował nam, że możemy postawić namiot na tyłach dworca. Ponieważ dotarliśmy do miasta ok. 14.30 sporo czasu przesiedzieliśmy właśnie w tym miejscu, żeby wieczorem rozstawić namiot i rano być gotowym do wyjazdu. Maraba to duże miasto i nie było sensu pchać się na ruchliwe ulice z rowerem. Tak więc kręciliśmy się przy dworcu i czekaliśmy. Trochę wydało nam się dziwne, gdy pojawił się pojazd, którym mieliśmy jechać, a na szybie miał napisane nazwy miejscowości, które kończyły się na Ruropolis. Stamtąd jest jeszcze ok.300 km do Santarem. Dopytywaliśmy kierowców ale zapewniali, że jadą do Santarem. 

Jednak nasze podejrzenia wzrosły, kiedy jeszcze tego samego dnia chcieli wypisać nam bilety na jakimś druczku i skasować od nas pieniądze. Coś nam tu podpadało i zdecydowaliśmy, że nie zapłacimy im w żadnym wypadku z wyprzedzeniem. W końcu Przemek zaczął „dyskutować” z jednym z nich i wyszło na jaw, że oczywiście nie jadą bezpośrednio do Santarem i w Ruropolis musielibyśmy się przesiąść. Kiedy Przemek spytał o cenę biletu do Santarem, to nagle z 200 R$ na osobę, którą podawali na początku, zrobiło się 300!!! Stanowczo odmówiliśmy i chociaż cena za chwilę spadła do 500 R$/2 osoby woleliśmy nie ryzykować dawania im jakichkolwiek pieniędzy, tym bardziej, że nie zawieźliby nas do samego Santarem. 

Musieliśmy więc poszukać jakiegoś noclegu, gdyż okazało się, że jest jeszcze firmowy autokar, który jedzie bezpośrednio do Santarem ale dopiero następnego dnia o 13.00. Na szczęście w pobliżu była stacja benzynowa, gdzie mogliśmy postawić namiot. Oczywiście w nocy był hałas i nie wyspaliśmy się wcale ale przynajmniej nie musieliśmy siedziec na dworcu. Następnego dnia znów koczowaliśmy kilka godzin na dworcu, w dodatku nie mając pewności czy kierowca zabierze nas z rowerem. W końcu jednak się doczekaliśmy i nas zabrał, a upychanie roweru do bagażnika było atrakcją na cały dworzec. Za bilet na dwie osoby zapłaciliśmy 450R$ (czyli ok. 770 zl!) i dodatkowo 30 R$ za rower! Tutejsze ceny zwalają z nóg. No i wreszcie wyruszyliśmy. 

Chcieliśmy się przyjrzeć jak wygląda słynna Transamazonica. Jechaliśmy i jechaliśmy ale do wieczora nic ciekawego nie zauważyliśmy. Owszem skończył się asfalt, droga była taka jak inne bez asfaltu, którymi już jeździliśmy i to samo dotyczyło otoczenia. Nie jechaliśmy przez las tylko trawiaste pagórki, porośnięte palmami albo krzakami, które już dobrze znamy. Tak więc droga nie prowadzi przez dżunglę (przynajmniej ten odcinek, którym jechaliśmy), a trudność w jej pokonaniu na rowerze polega jedynie na ogromnej odległości. To mozolne pedałowanie w kurzu (w porze suchej, bo w deszczowej raczej nie jest przejezdna)przez ponad 1500 km. Trudność też polega na tym, że wioski i miasteczka na trasie są w dużym oddaleniu od siebie, trzeba więc mieć spore zaopatrzenie w prowiant i wodę. 

Oczywiście należy mieć górski, wytrzymały rower i podporządkować swoją wyprawę tylko temu celowi, czyli mieć ze sobą wyłącznie  rzeczy, które są niezbędne do przejechania tej trasy, żeby resztę miejsca w sakwach pozostawić na żywność i wodę. Nie należy jednak liczyć na jakieś niezwykłe widoki czy pedałowanie przez tropikalny las. Jedynie bliżej Santarem są odcinki prowadzące przez las, na zmianę z polami i fazendami. Natomiast niedaleko za Marabą jedzie się przez las, ale jest to rezerwat Indian Paracana i nie można tam wchodzić. Jednak z drugiej strony drogi są pola więc nie byłoby problemu z postawieniem namiotu. Pokonanie tej drogi rowerem ma sens tylko wyczynowo. W przeciwnym razie może to być tylko strata czasu i energii, gdyż dojechanie z Maraby do Santarem przeciętnemu rowerzyście zajęło by ok. 3-4 tygodni.

No ale nas czekały jeszcze atrakcje, wliczone w cenę 🙂 W nocy nagle utknęliśmy w korku. To trochę dziwne bo ruch na tej drodze nie jest zbyt wielki. Wkrótce jednak ktoś coś głośno zawołał, oczywiście nie wiedzieliśmy o co chodzi ale wszyscy nagle rzucili się do drzwi. Obudziłam Przemka i mówię, że trzeba wysiadać, bo wszyscy uciekają. Okazało się, że kierowca kazał wszystkim wysiąśc, bo utknęliśmy w błocie a ludzie w panice rzucili się do drzwi, bo myśleli, że autobus zaraz spadnie w dół z drogi. Teraz znaliśmy już przyczynę korka. Wcześniej przeszedł tu widocznie deszcz i droga zamieniła się w czerwoną glinę. 

Trzeba było wysiąść i brodząc w błocie pchać autobus, który o własnych siłach nie był w stanie przejechać. Po upływie około godziny mogliśmy jechać dalej. Nie trudno sobie wyobrazić jak wyglądało teraz w autokarze, kiedy wszyscy w zabłoconych gliną butach wpakowali się do środka… Nie minęło wiele czasu, kiedy ponownie stanęliśmy na drodze. Było już jasno, ok. 7.00 rano i pojawił się kolejny problem. Otóż na drodze, przy moście, leżała gruba kłoda drewna a na niej … demonstranci! Mieszkańcy okolicznej wioski, właściwie to prawie sama młodzież, postanowili zrobić manifestację. Niestety nie mamy pojęcia o co chodziło, ale może o jakiś nieudolny zarząd gminy, bo w rozmowie pasażerów z naszego autokaru słyszałam słowa „municipal governo” czy coś podobnego. 

W każdym razie droga została zablokowana. Jedyna, główna droga w tym rejonie, prawie 1400 km zablokowana z powodu manifestacji gdzieś pomiędzy Marabą a Altamirą! Manifestacja wyglądała raczej jak piknik. Młodzież w szkolnych koszulkach, głośna muza, fajerwerki i ktoś coś tam agituje od czasu do czasu. W pobliżu jest rzeka więc się kąpią i skaczą z mostu do wody. A autokary i tiry stają i posłusznie czekają. Po jakimś czasie przyjechała policja. No to zaraz zrobią porządek z tym cyrkiem i będziemy mogli jechać – myślimy sobie. Ale byliśmy w błędzie. Nic zrobili, tylko niektórzy zdjęcia … a ruch wstrzymany. 

Ludzie się rozeszli, niektórzy poszli nad rzekę się kąpać inni szukać jedzenia, jeszcze inni na piwo w przydrożnej chacie. Niektórzy leżeli pod ciężarówkami, żeby schować się w cieniu. Wszyscy kupowali banany u przydrożnego sprzedawcy, który miał chyba gigantyczny utarg tego dnia, bo nie było w pobliżu jedzenia. My też cały czas żyliśmy dzięki bananom i napojom, które można było kupić przy drodze. Wszyscy jednak zachowują spokój i czekają aż manifestacja się skończy bez żadnej rozróby czy nawet awantury! Trudno to pojąć. Na tej drodze w autobusach były tez kobiety z małymi dziećmi i nikt się nie burzył, że trzeba stać przez grupkę manifestantów. 

Ta sytuacja zatrzymała ruch na 11 godzin!!! Tyle czasu staliśmy na drodze i czekaliśmy aż skończy się ten cyrk i będzie można jechać. Kiedy wreszcie autobus ruszył nadchodził już zmrok. Nie ujechaliśmy daleko, gdy nagle kierowca zatrzymał pojazd i  nagle zawrócił. Patrzymy co to się znowu dzieje, a to bagażnik się otworzył w czasie jazdy i pogubili bagaże! Pojechaliśmy więc kawałek z powrotem, żeby pozbierać to, co wypadło. Nasze bagaże przenieśli do drugiego luku, tylko bicikleta została, a naszymi gumami do mocowania bagażu na rowerze, drzwi zostały powiązane, żeby się znowu bagażnik nie otworzył!

 Wzięliśmy z Przemkiem nasze sakwy z komputerem i dokumentami do autokaru, żeby się nie okazało, że zostaną gdzieś pogubione! Droga z Maraby do Santarem zamiast około 30 godzin trwała 48! Byliśmy jedynymi pasażerami, którzy pokonali tę trasę od początku do końca, ale można sobie wyobrazić jak wyglądaliśmy po tylu godzinach jazdy! Na miejscu okazało się jeszcze, że w drodze zgubiono mój kask. W sumie mała strata, bo i tak w nim nie jeździłam. Ponieważ jednak kierowcy są dokładnie rozliczani ze wszystkich bagaży (znakuje się je specjalnymi nalepkami) to zapłacili nam za niego 40R$, co nam się nawet opłaciło, bo to był zwykły kask z Lidla, kupiony za ok. 50 zl 🙂

Zaraz po wyjściu z autobusu, spakowaliśmy bagaże i wsiedliśmy na rower. W Santarem zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy do portu sprawdzić jak wygląda sprawa z promami do Manaus. Tam pierwszy raz zobaczyliśmy Amazonkę. Rzeczywiście robi wrażenie wielkością. Statki w porcie są duże jak statki morskie. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni na dłuższe oglądanie, a Przemek na domiar złego przeziębiony. Wsiedliśmy więc na rower i ruszyliśmy w drogę do Alter do Chao, mając nadzieję, że znajdziemy jakieś tanie miejsce na namiot, żeby odpocząć po tylu dniach jazdy.

Transamazonica, Amazonka, Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii
Amazonka, Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

0 Comments

  1. W Santarem byłem przejazdem nasz statek miał tam cały dzień stania bo sie rozładowywał i załadowywał.
    Podróż Amazonką jest nudna, cały czas szeroka rzeka i po obu stronach palmy. W sumie w ogóle dżungle są nudne i niewidokowe!
    Ale…. ja nie wiem czy to nie byłby lepszy patent na odpoczynek niż tułać się busem i macie zapewnione też jedzonko3x dziennie więc można sobie spokojnie odpocząć.
    Nie wiem ile teraz kosztuje przejazd, ale za moich czasów to było niewiele (180R$ co wtedy było 205zł dziś przelicznik ten wynosi 310zł i cena dotyczyła klasy hamakowej i było okej aczkolwiek nudno, bo statek płynął nie 5 a 6 dni i można było już kota dostać). Ale z tego co widzę z podanych przez Was cen to rzeczywiście w BR musiało nieźle podrożeć! Ale nawet jeśli statek kosztowałby dajmy na to 400zł (nie sądze że więcej) to ja bym wybrał jednak statek.

    Dobrze, ze ten głupi kask się zgubił i z tego co przeliczyłem to nawet na nim zarobiłaś 🙂 A zawsze to im mniej bagażu tym podróż przyjemniejsza 🙂
    70km/h czyżby to już nie brawura?!

    • Witamy 🙂
      Obecnie nasz rekord predkosci wynosi juz 84 km/h – zapomnielismy wspomniec o tym na blogu. To nie brawura tylko strome zjazdy i ciezar naszego pojazdu! O tym czy podroz statkiem wyjdzie taniej wkrotce sie przekonamy. To mozliwe. Jesli chodzi o fotki Glodow nie mamy czasu sie teraz bawic, dopiero jak bedzie mozliwy darmowy dostep do internetu. A co Cie tak przeraza w tej naszej podrozy? Przeciez podroz rowerem to nie jazda ekskluzywna limuzyna 🙂
      Pozdrawiamy

  2. Witajcie,
    ogromnie się cieszę, że mogę czytać Wasz blog. Podziwiam i … trochę zazdroszczę. Wasza wyprawa przypomina mi podróże Kingi i Chopina:), którzy podróżowali po świecie bez przerwy pięć lat. Mam nadzieję, że „zlądujecie” do kraju trochę szybciej :)))))
    To na pewno cudowne zobaczyć port morski oddalony setki kilometrów od oceanu. Jedyny w swoim rodzaju…
    Pozdrawiam serdecznie :))))))))))))

    • Witaj Alicja,
      Niestey z pewnoscia wrocimy do domu o wiele, wiele szybciej, co jednak prawde mowiac wcale nas nie cieszy. My tez serdecznie Cie pozdrawiamy. Juz kilka razy wspominalam Cie w trakcie tej podrozy. Mam nadzieje, ze Ty tez wybierzesz sie na swoja wymarzona wyprawe.

  3. A i jeszcze jedno: teraz mnie dopiero oświeciło, że czegoś mi jeszcze oprócz mapy brakuje!!! HA!!! A gdzie do diabła fotki????

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.