Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

W stronę Maraby   19.05 – 4.06

Prawdopodobnie niektórzy będą się zastanawiać dlaczego do Maraby, a nie do Belem. Są dwa powody: po pierwsze to oczywiście koszty. Chcemy zobaczyć miasto Santarem i zatrzymać się na kilka dni w niewielkim miasteczku Alter Do Chao, podobno spokojnym i ładnie położonym w dżungli. Kupienie biletu na prom z Belem do Santarem a następnie z Santarem do Manaus sporo podnosi koszt. Jednak decydująca kwestia to nasza niechęć do żeglowania takimi jednostkami pływającymi jak prom. Ludzie często sądzą, że przepłynięcie statkiem po Amazonce to fajna przygoda, ale trzeba pamiętać, że kursujące tam barki to zwykły środek lokomocji, a nie rejs wycieczkowy i nie sądzę by można było oczekiwać widoków jak z filmów przyrodniczych. Do tego potrzebna jest specjalna wyprawa. Jeśli się mylę, to napiszę sprostowanie po przepłynięciu z Santarem do Manaus. 

Trochę już korzystaliśmy z publicznych środków transportu w Azji i mamy wyobrażenie jak taka podróż wygląda – głośna muza, spędzanie dnia głównie w hamaku i pilnowanie swoich rzeczy, a w nocy wysłuchiwanie natrętnego chrapania tubylców śpiących obok 🙂 I tak przez całe pięć dni, bo tyle trwa podróż z Belem do Manaus. Zdecydowaliśmy więc, że jedziemy do Maraby. Stamtąd mamy nadzieję zabrać się autobusem do Santarem, gdyż przejechanie tego odcinka rowerem zajęłoby nam około miesiąca, zważywszy, że to ponad 1300 km drogi bez asfaltu. Niestety nie mamy sponsora więc nie możemy sobie pozwolić na taką jazdę, gdyż Brazylia, jak już wspominałam, to drogi kraj. Poza tym nasz rower mógłby tego nie wytrzymać. Czy to właściwa decyzja i czy wezmą nas do autobusu z rowerem – to się okaże. W razie konieczności będziemy pedałować 🙂

Z Barreirinhas wyjeżdżaliśmy z niepokojem, gdyż ostatniej nocy usłyszeliśmy nagle trzask i okazało się, że pękł maszt naszego namiotu! Byliśmy w kiepskich nastrojach, gdyż kupno nowego namiotu tutaj to niezły koszt. Na szczęście okazało się, że wystarczyło skrócić pęknięty maszt o 3 cm i dało się nasz poczciwy namiot rozkładać bez szwanku. Uff…Całe szczęście. Z miasteczka wyjechaliśmy dopiero ok. 12.00 z mocnym przekonaniem, że tym razem trzymamy się tylko asfaltu. Rower wreszcie jechał bez zarzutu, a droga była bardzo dobra i mimo, że późno wyruszyliśmy spokojnie udało nam się przejechać tego dnia 72 km. 

Jednak spotkała nas inna przykra niespodzianka. Zatrzymaliśmy się na nocleg u kobiety, której dom dopiero był w budowie i trafiliśmy tam na prawdziwe siedlisko meszki czy puri-puri. Mieliśmy ich mnóstwo w namiocie i nie było żadnego sposobu, żeby się ich pozbyć. Atakowały nas wieczorem i w nocy. Ja zakrywałam twarz śpiworem (a raczej wkładem do śpiwora, bo w tym tu śpimy) ale Przemek jest zbyt wysoki i nie mógł naciągnąć śpiwora na głowę, żeby się schować. Noc była koszmarna. Nie dało się spać. Każde z nas miało ponad 100 ukąszeń na ciele, a Przemek w dodatku na twarzy! Wyglądaliśmy naprawdę okropnie, a te ukąszenia swędzą przez wiele dni i są widoczne na skórze ponad tydzień, a jeśli nie wytrzymasz i się drapiesz to jeszcze dłużej.

 

Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii
Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii
Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

Droga z Barreirinhas przez kilka dni była naprawdę dobra. Przejeżdżaliśmy ponad 80, 90 km dziennie. Gorzej z zaopatrzeniem. Mercado – czyli sklep z żywnością pojawił się dopiero w miejscowości Morros, po przejechaniu 160 km. Dobrze, że mieliśmy odpowiedni zapas. W drodze z Morros spotkaliśmy na poboczu młodego leniwca! Byliśmy zdziwieni. Nasza wiedza na temat tych zwierząt jest bardzo ograniczona. Wiemy jednak, że leniwiec powinien wisieć sobie na drzewie, a nie tracić energię na chodzenie po ziemi i to w dodatku przy szosie! Byliśmy zaniepokojeni. Zwierz był pocieszny lecz bardzo nieporadny w poruszaniu się. Czepiał się łapkami zarośli i krzaków ale był zbyt ciężki. W dodatku od drzew dzieliła go spora odległość łąki, po której w oddali łaziły krowy. Musieliśmy mu trochę pomóc. Przemek wziął go na ręce i zaniósł do granicy drzew. A tam, gdy tylko leniwiec poczuł silniejsze oparcie zaraz się sprawnie podciągał na gałęziach i zniknął w krzakach. Przynajmniej samochód go nie rozjechał, bo tu mnóstwo zwierząt ginie na drodze, również dzikich, szczególnie węży.

Czwartego dnia jazdy, kiedy dotarliśmy do miejscowości Miranda, na liczniku wybiło nam 2000 km. Z tej okazji kupiliśmy sobie zimną, 2 litrowa Guaranę Antarctica – nasz ulubiony miejscowy napój i wypiliśmy na miejscu całą butlę 🙂 Nigdy bym nie pomyślała, że jestem w stanie tyle wypić od razu! W Mirandzie skręciliśmy na drogę BR222, prowadzącą do Maraby. Na nocleg zatrzymaliśmy się tego dnia w przydrożnej wiosce, gdzie obserwowano nas jak w kinie. Kilka osób z najbliższej chaty wystawiło sobie krzesła na zewnątrz i patrzyli jak rozkładamy namiot i jak się pożywiamy 🙂

Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii
Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii
Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

Droga, już po kilku dniach znów stała się pagórkowata i ciężej było jechać. Dawno też nie padało i słońce dawało nam się znowu we znaki. Dojechaliśmy do kolejnej miejscowości o nazwie Santa Ines (już raz taką mijaliśmy), zresztą tu wszystko ma w nazwie Santa lub Jesus itp. ( na przykład napój Jesus Guarana lub makaron Ave Maria). Musieliśmy zjechać z głównej drogi, żeby dojechać do miasta, ale trzeba było uzupełnić zapasy prowiantu. A tam prawdziwy koszmar. Przy drodze same blacharnie, warsztaty, sklepy budowlane ale żadnego mercado. Skręciliśmy w jakąś boczną uliczkę, gdzie widać było mnóstwo sklepów. Poczuliśmy się jak w Azji – na ulicy tłok, trąbienie, samochody, motorki i tłumy ludzi. Handel wprawdzie kwitł, ale żadnego sklepu z jedzeniem nie było. 

W końcu byliśmy już tak zniechęceni, że postanowiliśmy zrobić odwrót. Dotarliśmy do stacji benzynowej na końcu miasta, gdzie na pocieszenie zjedliśmy sobie owocowe lody. Dopiero w drodze powrotnej, kierując się skrótem do głównej drogi, trafiliśmy wreszcie na duży market z żywnością. Kiedy zrobiłam ostatecznie zakupy, to pojawił się problem z pakowaniem i aż się bałam o nasze nowe, tylne koło 🙂 Nocować musieliśmy na dziko, gdyż fazendy, które mijaliśmy w drodze przeważnie były puste. Służba pilnowała zwykle domu a bez zgody właściciela, co zrozumiałe, nie pozwalali nam postawić namiotu, ktoś inny znów nam odmówił twierdząc, że to niebezpieczne… Wydaje nam się, że te wielkie, okazałe rancha to pewnie majątki jeszcze z czasów niewolnictwa. To przecież nie przypadek, że w glinianych chatach na wsi  mieszkają ludzie o ciemniejszym kolorze skóry, a właściciele okazałych fazend zwykle są biali.

Następnego dnia, po wyjeździe z Santa Ines, droga stała się strasznie męcząca. Dominowały podjazdy i to tak strome, że nawet wprowadzenie tam roweru stwarzało ogromny wysiłek. Do tego słońce, które pomimo, że już przywykliśmy do upału, odbierało siły, duży ruch, brak pobocza i roboty na drodze. Przejechaliśmy tylko 55 km a czuliśmy się wykończeni… Na nocleg zatrzymaliśmy się w gospodarstwie u farmera. Jego pięć córek przyszło wieczorem patrzeć jak robiliśmy jedzenie przy namiocie. Przemek dał im małe serduszko z lampką diodową w środku i prawie się o nie pobiły. Następnego dnia rano dał im drugie ale niestety więcej już nie mieliśmy… Już dwa dni się nie myliśmy, a w tym klimacie i po takim wysiłku to makabra. W  nocy skóra swędzi, oblepiona piaskiem, kremem do opalania i jeszcze pogryziona przez te wstrętne puri-puri. Przed zaśnięciem, nie pierwszy raz zresztą, przyszła mi na myśl kąpiel w basenie z chłodną wodą i smak soczystych, schłodzonych owoców. Mmm…uwielbiam sałatki owocowe!

Wyjechaliśmy od farmera bez śniadania, żeby pięć córek znowu nie stało nam nad głową. Zjedliśmy kawałek dalej, gdzieś przy drodze. To „śniadanie” to niestety były tylko zupki – gorące kubki. Nie mieliśmy już żadnego pieczywa, które coraz trudniej było tu kupić, a na większe gotowanie nie było już benzyny w naszej butli do palnika. Na szczęście wkrótce dojechaliśmy do stacji benzynowej, gdzie można było kupić przekąski i się wykąpać ale niestety gasoliny, znaczy benzyny nie było! Dojechaliśmy jednak do miasteczka Buriticupu, gdzie były sklepy i można było uzupełnić zapasy prowiantu. Jednak znowu pochłonęło to sporo czasu. Znów byliśmy w centrum zainteresowania. Przemek stał przed sklepem, a wokół niego tłoczyło się kilkanaście osób,  ze mną jakaś kobieta fotografowała się między regałami w sklepie a sprzedawczyni próbowała konwersować, więc jak tu się skupić na zrobieniu zakupów… 

Wreszcie jednak nakupowałam jedzenia i znów powstał problem jak to wszystko upchać do sakw. Konieczne było przepakowanie jednak musieliśmy wyjechać za miasto. W przeciwnym razie zaraz byłyby tłumy gapiów a wtedy nie łatwo wszystko upilnować. Jednak za miastem była wioska, gdzie też ludzie robili nam zdjęcia telefonami komórkowymi i obserwowali każdy nasz ruch. Pozostawało więc jechać dalej, Obwieszeni siatkami na kierownicach i bagażniku dotarliśmy wreszcie do miejsca za wioską, w cieniu, gdzie mogliśmy się spokojnie przepakować i najeść. Kiedy wreszcie skończyliśmy była już 16.30 i czekało nas ponad dwa kilometry pchania roweru na stromy podjazd. Na górze Przemek wypatrzył postój autobusowy z jadłodajnią i właścicielka pozwoliła nam rozbić namiot na uboczu. Miłe miejsce-ładna trawka i prysznice. Nic więcej nie było nam potrzebne do szczęścia.

Rano świat spowity był ciężką, gęstą mgłą. W słońcu widać było drobinki wody unoszące się w powietrzu a wszystko wokół było mokre jakby lał deszcz, choć to tylko poranna rosa. Jednak kiedy słońce osuszyło mgłę znowu zrobiło się gorąco. Przemek próbował załatać dętkę w tylnim kole, która od jakiegoś czasu traci powietrze ale w żaden sposób nie mógł znaleźć dziury. A droga znów wyciskała z nas siódme poty. Kilka razy musieliśmy pchać rower i męczyły nas „zastoiny upałowe”, jak to sobie wdzięcznie nazwaliśmy 🙂 czyli miejsca, w których droga prowadzi pod górkę w wąwozie, bez odrobiny cienia, rozgrzane do granic możliwości i bez najmniejszego ruchu powietrza. W takim miejscu nie ma mowy o zatrzymaniu się, żeby chwilę odpocząć, bo masz wrażenie, że się udusisz. Trzeba więc mozolnie pchać się do góry i nabierać do płuc tego gorącego powietrza jak z pieca. To jest właśnie zastoina 🙂 Ciężką drogę nadal uprzykrzały nam też roboty drogowe, jednak tym razem nam się przysłużyły, bo kiedy siedzieliśmy zmęczeni na ławeczce po kolejnym podjeździe i jedliśmy sobie małą papaję, zaopatrzeniowcy rozwożący lunch dla robotników drogowych, podarowali nam dwie sztuki ciepłego posiłku! 

 

Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

Znów mieliśmy szczęście trafić na życzliwych ludzi. Lunch bardzo nam smakował i cieszyliśmy się, że odpadnie nam dziś konieczność pitraszenia obiadu w drodze, która nie dość, że zabiera dużo czasu to jeszcze pozostawia problem brudnych garów. Po południu dotarliśmy do miasteczka Bom Jesus, gdzie zrobiliśmy zakupy i oczywiście jak zwykle stanowiliśmy sensację. Za miastem wypatrzyliśmy fazendę z otwartą bramą i Przemek poszedł pytać o namiot. Po raz kolejny „nasz Papa” nam dopomógł. Kiedy Przemek powiedział nazwę kraju POLONIA, zaraz ktoś dopowiedział Karol Wojtyła, no i oczywiście mogliśmy zostać. W tym kraju nie ma problemu, z którym już wiele razy mieliśmy do czynienia – czyli kompletny brak wiedzy o państwie zwanym Polska. Tutaj zawsze gdy podajemy nazwę kraju ludzie przytakują ze zrozumieniem głowami. Raczej nie wiedzą, gdzie Polska leży, ale słyszeli, że jest takie państwo na świecie. A jeśli ktoś już zapomniał, to z pewnością mu przypomniano – o beatyfikacji papieża na pewno była tu mowa w TV, którą wszyscy, wszędzie oglądają. Nawet w małych wioskach, jeśli tylko mają prąd.

Przywykliśmy już trochę do tego koczowniczego życia. Podróżowanie rowerem to wielka swoboda, sami dysponujemy swoim czasem i decydujemy o planie podróży, ale też trzeba ponosić wszystkie tego konsekwencje. Nigdy nie wiemy gdzie danego dnia będziemy spać i nie jestem pewna czy to zaleta czy wręcz przeciwnie. Przygotowanie posiłków na palniku i codzienne składanie i rozkładanie namiotu, częste chodzenie spać bez kąpieli, ach i jeszcze ciągła walka z natrętnymi owadami, to wcale nie takie łatwe. Ludzie zwykle nas pozdrawiają i czasem spontanicznie obdarowują jedzeniem lub piciem ale nieraz śmieją się w głos i pokazują palcami. W nagrodę oglądamy sobie Brazylię z roweru. Czasami wieczorem, gdy mamy obozowisko gdzieś w zacisznym miejscu, kiedy się najemy, wyłączamy lampki i patrzymy na gwiazdy, których tysiące tu widać i na „Drogę Mleczną”  albo na nasz znajomy „Wielki Wóz”, który tu widzimy odwrotnie w stosunku do horyzontu niż w Polsce. Przed snem w namiocie słyszymy świerszcze i różne nieznane nam odgłosy, piski i pokrzykiwania. Czasami nie jesteśmy nawet w stanie stwierdzić czy to owad, ptak czy jakieś zwierze.

Jadąc przez te pagórkowate tereny, ustanowiliśmy swój własny rekord szybkości. Gdzieś za miejscowością Bom Jesus na jednym ze zjazdów prędkość naszej biciklety przekroczyła 70 km/h! To był ciężki dzień z powtarzającym się schematem dwie minuty zjazdu i dwadzieścia minut pchania z prędkością 4-5 km/h. Po drodze na jakiejś stacji benzynowej spotkaliśmy miejscowego gościa, który w zeszłym roku przejechał rowerem szmat drogi po Brazylii i dotarł pod granicę z Peru. Rower miał taki zwykły, tutejszy, transportowy z platformą z przodu, do przewożenia ładunków. Pokazywał nam swoje zdjęcia i udzielił nam kilku przydatnych informacji. Zdecydowaliśmy się dołożyć jeszcze trochę kilometrów i jechać dłuższą drogą do Maraby, żeby uniknąć niebezpiecznego ruchu na tej krótszej, przed którym nas ostrzegał. Noc  spędziliśmy w zacisznym miejscu, przy drewnianej chatce u pewnego faceta z wioski, która znajdowała się po drugiej stronie drogi. Była cisza i żadnych gapiów i mieliśmy dostęp do wody. Napełniliśmy sobie nasz przenośny prysznic i mieliśmy jeszcze miłą, chłodną kąpiel, a jakby tego było mało to w namiocie nałożyłam sobie jeszcze pachnącą maseczkę na twarz.

Dwa dni później dojechaliśmy do miasta Imperatriz – jednego z większych jakie ostatnio mijaliśmy. Natychmiast chcieliśmy stamtąd uciekać. Samochody, kurz, blacharnie, wielkie zakłady produkcyjne i hałas. Jednak trzeba było zrobić zakupy. Na szczęście Przemek jest bardzo spostrzegawczy i szybko wypatrzył flagę-znak rozpoznawczy jednego z tutejszych dużych marketów i dzięki temu mogliśmy zrobić zakupy bez błądzenia po mieście. Zaraz potem, w te pędy, uciekamy z tego miejsca. Zdecydowanie wolimy odludzia, wioski i fazendy niż miasta. Teraz, kiedy jedziemy główną drogą jest więcej stacji benzynowych a wiele z nich oferuje darmową i chłodzoną wodę pitną. Mieszamy ją sobie z proszkami typu Tang i mamy napoje smakowe do picia, dzięki temu oszczędzamy kasę bo tutejsze napoje są drogie a wypijamy naprawdę zawrotne ilości. Często też filtrujemy zwykłą wodę z kranu naszym filtrem z butelki do butelki – wtedy dopiero nam się ludzie przyglądają 🙂

Przed Estreito – miastem, z którego droga odbija już bezpośrednio do Maraby, spaliśmy na ogromnej stacji benzynowej, gdzie parkowało ponad 100 wielkich ciężarówek. Niedaleko jest miejsce gdzie schodzą się trzy główne drogi, pewnie więc stąd takie oblężenie. Do toalety trzeba było chodzić jak w labiryncie między ustawionymi obok siebie ciężarówkami. Znaleźliśmy tu mały kawałek trawy, gdzie można było postawić namiot i mimo, że było już tylko 14 km do miasta zostaliśmy na nocleg na tym ogromnym Auto Posto, gdyż po przejechaniu 82 km tego dnia byliśmy już mocno zmęczeni. Zauważyliśmy, że spora część tutejszych kierowców jeździ w trasy z kobietami, czy to były żony czy kochanki – tego nie wiemy. 

Od Estreito jedziemy drogę BR 230. Początkowy odcinek drogi to pustkowie, prowadzi wzdłuż granicy i częściowo przez obszar rezerwatu Indian. Nie ma żadnej stacji ani też zamieszkałej fazendy przy drodze. Wodę musieliśmy filtrować z rzeczki. Po przejechaniu 70 km dotarliśmy do miasteczka Luzinopolis, gdzie jest sklep i można się zaopatrzyć w żywność. Od tego momentu przy drodze pojawiały się jakieś domy a nawet wioski, więc zawsze można było poprosić o wodę lecz ruch nadal był niewielki. Dojechaliśmy też do stacji benzynowej, gdzie zatrzymaliśmy się na spanie. 

Zjedliśmy sobie posiłek, przyglądając się jak na tutejszej ziemi „wszystko żyje”. Ledwo tylko pokroisz bułkę a już okruszki z niej, które upadły na glebę wędrują do mrowiska 🙂 Mrówki są wszelakiego kalibru – od maleńkich, ledwo widocznych ale zawsze współpracujących ze sobą, do ogromnych, około dwucentymetrowych gigantów. A oprócz nich wiele innych stworzeń, szczególnie owadów, które w porównaniu z tymi znanymi z Europy oczywiście wydają nam się ogromne. Wieczorem wypiliśmy sobie tutejsze zimne piwko, które jak już wspomniałam całkiem nam zasmakowało i siedzieliśmy przy stoliczku, przyglądając się znowu brazylijskiemu niebu z gwiazdami. Dwa dni później dotarliśmy wreszcie do Maraby.

Brazylia, wyprawa rowerowa, Brazylia rowerem, Ameryka Południowa, podróżowanie po Brazylii

0 Comments

  1. Czy guarana antarctic to napój wyskokowy!?

    Dlaczego nie prowadzicie bikemap.net? Bo trudno mi Waszą drogę sobie wyobrazić!

    Na puri-puri to trzeba było sobie takie coś kupić:
    http://www.militaria.pl/safety_first/ultradzwiekowy_odstraszacz_komarow_mosquito_repeller_(280102)_p6231.xml
    a jak już pogryzły to coś takiego:
    http://www.militaria.pl/lifesystems/piezoelektryczny_niwelator_swiadu_po_ukaszeniach_lifesystem_bite_relief_click_(6540)_p5338.xml

    Jeszcze raz napiszę, że Piekło Dantego to nic w porównaniu z Waszą wyprawą! I nadal głodów na rowerkach nie ma w galerii!!!!

  2. Czy może guarana antarctic to napój wyskokowy!?

    Dlaczego nie prowadzicie bikemap.net? Bo trudno mi Waszą drogę sobie wyobrazić!

    Na puri-puri to trzeba było sobie takie coś kupić:
    http://www.militaria.pl/safety_first/ultradzwiekowy_odstraszacz_komarow_mosquito_repeller_(280102)_p6231.xml
    a jak już pogryzły to coś takiego:
    http://www.militaria.pl/lifesystems/piezoelektryczny_niwelator_swiadu_po_ukaszeniach_lifesystem_bite_relief_click_(6540)_p5338.xml

    Jeszcze raz napiszę, że Piekło Dantego to nic w porównaniu z Waszą wyprawą! I nadal głodów na rowerkach nie ma w galerii!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.