Brazylia, Barreirinhas, rowerem po Brazylii, podróż po Brazylii, Ameryka południowa rowerem

Jak z Coelho Neto dotarliśmy do Barreirinhas    7.05 – 13.05

Przywitała nas ładna pogoda, słońce kryło się za chmurami i nie było aż tak gorąco ale nie specjalnie chciało nam się wstawać. Zanim się spakowaliśmy i najedliśmy już była 10.30. W końcu ruszyliśmy w drogę. Około południa zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na lunch. Ludzie oglądali nasz pojazd, a obsługa usiłowała z nami porozmawiać. Próbowaliśmy komunikować się z nimi przy pomocy „rozmówek” ale jak łatwo sobie wyobrazić śmiesznie to wychodziło. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, zjedliśmy posiłek i trochę mandarynek, których całe wiaderko kupiłam przy drodze na straganie, gdyż mniejszych porcji nie sprzedawali. 

Potem ruszyliśmy w dalszą drogę i po przejechaniu ok. 24 km skręciliśmy wreszcie w boczną drogę do Coelho Neto. Kierowaliśmy się w stronę miejscowości Barreirinhas, skąd zwiedzać można Park Lencois Maranhenses (nie ma nic wspólnego z poprzednim Lencois). Od razu poczuliśmy się lepiej i kiedy już zaczynaliśmy cieszyć się jazdą wówczas niestety ponownie powróciły problemy z rowerem. Tym razem powodem był łańcuch – nowy, kupiony w Teresinie! Przemek znów musiał kombinować, regulować koło. Traciliśmy czas a droga zachęcała do jazdy. W końcu zdecydowaliśmy się na pedałowanie z „przeskakującym” łańcuchem. Pod wieczór, jak na złość, wyjechaliśmy z lasku, który cały czas ciągnął się wzdłuż drogi. Nagle pojawił się płot, krzaki i dosłownie ani kawałka miejsca na namiot. Robiło się coraz później i nadciągała burza. 

Dojechaliśmy do jakiejś chałupy i pytamy starszego gościa czy możemy tu postawić namiot. Jednak niczego nie mogliśmy się dowiedzieć. Facet zamiast jasno odpowiedzieć tak lub nie,  wygłaszał długie mowy, a my nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o czym. Po kilku bezskutecznych próbach uzyskania jakieś odpowiedzi odjechaliśmy. Jednak po pewnym czasie ponownie trafiliśmy na dom i pytaliśmy o namiot. Dwóch ospałych Brazylijczyków było bardziej skorych do współpracy, ale kiedy zawołali „szefową” – starszą kobietę, znów zaczął się monolog, z którego nic nie rozumieliśmy. Z tonu jej głosu jednakże domyślaliśmy się, że chciała się nas pozbyć i kazała jechać dalej. Tobyło nieprzyjemne. Jak do tej pory nikt nie odmawiał nam noclegu ale starzy ludzie nie byli zbyt skłonni do pomocy, doświadczyliśmy tego już wcześniej, być może po prostu się bali.  W każdym razie lepiej zawsze w miarę możliwości było zwrócić się do młodszych, którzy zwykle okazywali się bardziej otwarci. Na szczęście los był dla nas łaskawy. W końcu znaleźliśmy jakąś boczną dróżkę i udało nam się wcisnąć namiot gdzieś w krzaki, kiedy już zaczynało padać.

Kolejne dwa dni zdominowała jazda przez otwarte przestrzenie, porośnięte trzciną i palmami oraz nawracające  problemy z rowerem. Wkrótce pękł wspomniany już łańcuch i nadawał się tylko do śmietnika. Przemek założył więc stary łańcuch, który nie został jeszcze wyrzucony byśmy mogli jechać dalej. Mijaliśmy małe wioseczki, mające po kilka chat z trzciny i zagrody z gałęzi. Jechało się całkiem fajnie, tylko droga bez drzew i nie było się gdzie schronić w cieniu na postoju. W Coelho Neto chcieliśmy uzupełnić zapasy, a tu fiasko – wszystkie sklepy zamknięte. Zapomnieliśmy, że to niedziela przecież. Jednak na stacji wzięliśmy prysznic, najedliśmy się i napiliśmy zimnej coli 🙂 Prawdziwa niezdrowa przyjemność. 

Szczęście nie trwało jednak długo. Ledwo ruszyliśmy dalej a zaczęły się problemy z kołem, w którym pękła szprycha, też ta kupiona w Teresinie. To wszystko na temat jakości tutejszych części rowerowych. Zatrzymaliśmy się przed najbliższym domkiem i poprosiliśmy farmera o nocleg. Trafiliśmy znów na życzliwych ludzi. Jego żona poczęstowała nas kolacją i mogliśmy skorzystać z umywalni. Jednak noc była tak gorąca, że nie dało sie spać. Powietrze było duszne i wilgotne, dopiero kiedy zaczęło padać, trochę się odświeżyło i udało nam się zasnąć. Rano gospodarz pojechał z Przemkiem do sklepu po szprychy i znów trzeba było reperować i centrować koło. 

Brazylia, Barreirinhas, rowerem po Brazylii, podróż po Brazylii, Ameryka południowa rowerem
Brazylia, Barreirinhas, rowerem po Brazylii, podróż po Brazylii, Ameryka południowa rowerem

Wreszcie wyruszyliśmy ale po jakichś 30 min jazdy przebiliśmy dętkę w przyczepce i po raz kolejny czekał nas przymusowy postój w pełnym słońcu i  łatanie. Pod koniec dnia dotarliśmy do miejscowości Brejo. Zatrzymaliśmy się na stacji na nocleg ale to była prawdziwa makabra. Obok naszego namiotu spali również handlarze hamakami, na hamakach spali oczywiście. W nocy ich głośne chrapanie, przypominające odgłosy stada wściekłych odyńców nie pozwalało spać. W jednej chwili doceniliśmy wszystkie te noclegi u ludzi lub na dziko, wśród ciszy i cykania świerszczy…

Podróż po Brazylii

Brazylia, Barreirinhas, rowerem po Brazylii, podróż po Brazylii, Ameryka południowa rowerem
Brazylia, Barreirinhas, rowerem po Brazylii, podróż po Brazylii, Ameryka południowa rowerem

Wkrótce czas było zjechać z miłej, asfaltowej drogi w kierunku Barra da Once – przez którą wiodła najkrótsza droga do Barreirinhas. Aż dziwne, że ją znaleźliśmy bo mniejsze drogi nie mają zwykle żadnych oznakowań. Wjechaliśmy zaraz na kamienisto-piaszczystą drogę i to był początek naszej kolejnej wielkiej batalii 🙂 W sumie dało się przejechać jeszcze ok. 40 km, pozostałe mniej więcej 60 trzeba było pchać rower. Na nasze szczęście otoczenie było ciekawe. Mijaliśmy małe wioski i mogliśmy przyglądać się jak żyją tu ludzie. Roślinność zmieniła się w typowo tropikalną i teraz mieliśmy takie obrazki Brazylii, jakie większość ludzi pewnie sobie wyobraża myśląc o tym kraju: palmy, bujne zielone zarośla, gliniane chaty i dzieci kąpiące się w rzece. Po nocy spędzonej w zagrodzie u farmera w jednej z wiosek, rano natknęliśmy się na ogromnego pająka ptasznika – dobrze, że śpimy w namiocie 🙂

Podróż po Brazylii

Barreirinhas, podróż po Brazylii, Brazylia, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem
Barreirinhas, podróż po Brazylii, Brazylia, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem
Barreirinhas, podróż po Brazylii, Brazylia, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem, pająk, tarantula

Pchanie roweru i marsz przez piach były bardzo męczące. W dodatku kończyło nam się jedzenie. Ale opatrzność widać nad nami czuwała. Dwukrotnie na pustej drodze, gdzie tylko czasami przejechał jakiś motor, natknęliśmy się na samochód z obwoźnym handlem owocami i warzywami i mogliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe! Kiedy kończyły nam się zapasy wody, to kilka razy droga schodziła w dół do rozlewiska rzeki z czystą wodą, którą nie dość, że napełnialiśmy butelki, to jeszcze można było się w niej wykąpać. Cudowne uczucie.

Pchanie roweru i marsz przez piach były bardzo męczące. W dodatku kończyło nam się jedzenie. Ale opatrzność widać nad nami czuwała. Dwukrotnie na pustej drodze, gdzie tylko czasami przejechał jakiś motor, natknęliśmy się na samochód z obwoźnym handlem owocami i warzywami i mogliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe! Kiedy kończyły nam się zapasy wody, to kilka razy droga schodziła w dół do rozlewiska rzeki z czystą wodą, którą nie dość, że napełnialiśmy butelki, to jeszcze można było się w niej wykąpać. Cudowne uczucie.
Pchanie roweru i marsz przez piach były bardzo męczące. W dodatku kończyło nam się jedzenie. Ale opatrzność widać nad nami czuwała. Dwukrotnie na pustej drodze, gdzie tylko czasami przejechał jakiś motor, natknęliśmy się na samochód z obwoźnym handlem owocami i warzywami i mogliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe! Kiedy kończyły nam się zapasy wody, to kilka razy droga schodziła w dół do rozlewiska rzeki z czystą wodą, którą nie dość, że napełnialiśmy butelki, to jeszcze można było się w niej wykąpać. Cudowne uczucie.
Pchanie roweru i marsz przez piach były bardzo męczące. W dodatku kończyło nam się jedzenie. Ale opatrzność widać nad nami czuwała. Dwukrotnie na pustej drodze, gdzie tylko czasami przejechał jakiś motor, natknęliśmy się na samochód z obwoźnym handlem owocami i warzywami i mogliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe! Kiedy kończyły nam się zapasy wody, to kilka razy droga schodziła w dół do rozlewiska rzeki z czystą wodą, którą nie dość, że napełnialiśmy butelki, to jeszcze można było się w niej wykąpać. Cudowne uczucie.

 

 Jedną noc spędziliśmy też w zagrodzie u farmera, gdzie trwało właśnie przetwórstwo manioku. Cała rodzinka pracowała a wokoło unosiła się charakterystyczna woń, trochę jak z bimbrowni. Wykorzystywało się tu specjalnie wyplatane przyrządy do odciskania manioku, którymi w jednym ze swoich programów zachwycał się pan Cejrowski i rzeczywiście działały bardzo sprawnie. Po odciśnięciu w takim urządzeniu maniok jakby nabierał puszystości. U tego samego gospodarza udało nam się tez kupić benzynę do naszego palnika, żebyśmy mogli przygotować sobie jedzenie z resztek naszych zapasów. 

Po drodze natknęliśmy się też na sprzedaż napojów, a ponieważ oferowano tylko piwo – za to zimne z lodówki, to mimo, że nie przepadamy za alkoholem, tym razem skusiliśmy się na ten trunek i bardzo nam smakował! Następnym razem gdy znów trafiliśmy na piwo od razu wzięliśmy dwie duże butelki. Upał i brak treningu w spożywaniu procentowych napojów zrobiły jednak swoje i jak nagle nie zatrzęsło rowerem… Traaach! I przysłowiowa „gleba” zaliczona. Siedzieliśmy na drodze nad leżącym pojazdem, zanosząc się śmiechem 🙂 kiedy nagle pojawił się terenowy pick-up wiozący turystów i dętki na spływ. Wtedy już wiedzieliśmy, że jesteśmy „uratowani”, do Barreirinhas musiało być w miarę blisko. Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy wreszcie do asfaltu. Z popękanymi kilkoma szprychami, uszkodzonym hamulcem i chwiejącym się kołem dojechaliśmy do stacji na rogatkach miasta.

 Podróż po Brazylii

Pchanie roweru i marsz przez piach były bardzo męczące. W dodatku kończyło nam się jedzenie. Ale opatrzność widać nad nami czuwała. Dwukrotnie na pustej drodze, gdzie tylko czasami przejechał jakiś motor, natknęliśmy się na samochód z obwoźnym handlem owocami i warzywami i mogliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe! Kiedy kończyły nam się zapasy wody, to kilka razy droga schodziła w dół do rozlewiska rzeki z czystą wodą, którą nie dość, że napełnialiśmy butelki, to jeszcze można było się w niej wykąpać. Cudowne uczucie.
Pchanie roweru i marsz przez piach były bardzo męczące. W dodatku kończyło nam się jedzenie. Ale opatrzność widać nad nami czuwała. Dwukrotnie na pustej drodze, gdzie tylko czasami przejechał jakiś motor, natknęliśmy się na samochód z obwoźnym handlem owocami i warzywami i mogliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe! Kiedy kończyły nam się zapasy wody, to kilka razy droga schodziła w dół do rozlewiska rzeki z czystą wodą, którą nie dość, że napełnialiśmy butelki, to jeszcze można było się w niej wykąpać. Cudowne uczucie.

0 Comments

  1. No proszę, jeszcze w tej Brazylii w alkoholizm wpadniecie:)
    Dlaczego P nie korzysta z bikemap.com? Bo tak to trudno mi sobie wyobrazić jak Wasza droga wygląda. W Czereśni byłem – ale przejazdem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.