Z Xique-Xique do Buritirama czyli „kto drogę prostuje ten potem żałuje …”  29.04 – 3.05

Od samego rana przywitało nas słońce w pełni. Przemek zajął się, nie wiadomo którą już z kolei, naprawą koła. Ja natomiast małą przepierką naszych ubrań, które zresztą zaraz założyliśmy na siebie i zanim zdążyliśmy się spakować były już suche. W miasteczku zrobiliśmy trochę zakupów żywieniowych. Kiedy wyszłam ze sklepu Przemek stał otoczony wianuszkiem ludzi, usiłując się czegoś dowiedzieć. W końcu znalazła się jakaś młoda dziewczyna, która mówiła po angielsku i z jej pomocą odkryliśmy smutną prawdę, że z Xique-Xique żadnego promu nie ma, bo i do jeziora jeszcze spory stąd kawałek. 

Miejscowi poradzili nam jechać do miejscowości Barra, gdzie na pewno jakiś prom będzie. Oznaczało to dla nas dodatkowe 87 km i tym sposobem skrót robił się coraz dłuższy. W mieście spędziliśmy sporo czasu. Poszliśmy do banku z zamiarem wymiany dolarów ale nic z tego nie wyszło. Trzeba było wypłacić z bankomatu, bo kto by w takiej mieścinie, gdzie żaden turysta nie zagląda, kantor prowadził. W końcu ruszyliśmy do tajemniczego Barra. Jazda była jednak bardzo deprymująca z powodu wiatru, który wiał prosto w twarz i mimo, że mieliśmy lekko z górki jechaliśmy z prędkością 16km/h! Na szczęście z czasem wiatr się zmienił i zaraz prędkość nam wzrosła do 20-25 km/h. 

Nasze zadowolenie z życia nie trwało jednak długo. Na zjeździe pękła dętka i potrzebowaliśmy całej godziny na rozpakowanie roweru, załatanie dętki, ponowne spakowanie i zjedzenie posiłku 🙂 Dookoła rozciągała się całkiem bezludna, dzika okolica. Ciężko było nam znaleźć miejsce do spania, gdyż pobocze zarośnięte było gęstymi krzakami. Pod wieczór dogoniła nas jeszcze deszczowa chmura i na miłe zakończenie dnia cali przemokliśmy. W końcu natrafiliśmy jednak na ścieżkę do jakiejś „fazendy”. Brama na rancho była zamknięta ale kłódka – nie. Robiło się już ciemno więc zdesperowani weszliśmy do środka. Wokół nie było nikogo ani też żadnego domostwa. W zaroślach, tuż przy bramie postawiliśmy namiot na nocleg. Na nasze szczęście nikt się nie zjawił i noc minęła spokojnie.

rowerem przez Brazylię

Brazylia, Buritirama, podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa rowerem, rowerem przez Brazylię
Brazylia rowerem, Brazylia, Ameryka Południowa, rowerem przez Brazylię

Wcześnie rano wyruszyliśmy w drogę i cały czas jechaliśmy przez pustkowia. Około południa dotarliśmy do miejsca, w którym woda zerwała most i trzeba jechać dookoła, piaszczystą drogą prowadzącą przez rozlewiska pełne ptaków. Fajna okolica, tylko droga kiepska. Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Barra. Tutaj czekała nas niespodzianka, której prawdę mówiąc można się było spodziewać. Otóż odkryliśmy, że nie będzie żadnego promu po jeziorze ponieważ wcale nie można do niego dojechać! Nie ma tam podobno żadnej drogi a brzegi są dzikie i zarośnięte. Miejscowi poradzili nam jechać do Xique-Xique bo tam, jak nas zapewnili, na pewno będzie prom. Dobre sobie – przecież właśnie stamtąd przyjechaliśmy! 

Tutejsi nie wiedzą, że oddalone od nich o jakieś 87 km Xique-Xique też nie ma dostępu do jeziora ani nie leży nad żadną rzeką, więc po czym niby ta barka miałaby płynąć… My już to wiemy 🙁 Mogliśmy tylko jechać do następnego miasteczka albo wracać ale ta opcja bardzo nam się nie podobała. Zawsze lepiej jechać przed siebie, kiedy nie wiesz, co ciekawego spotka cię w drodze niż wracać po własnych śladach. Przypadkiem spotykaliśmy jakiegoś młodego gościa, który mówił po angielsku. Wokół nas, jak zwykle zebrała się grupka osób i wszyscy debatowali w naszej sprawie, a on nam przekazywał informacje. Mielismy szczęście – niezwykle trudno tu spotkać kogoś kto mówi po angielsku. 

Powiedziano nam, że droga do Buritiramy podobno jest fatalna, mimo to zdecydowaliśmy się jechać. Ludzie wskazali nam kierunek i zaopatrzeni w wodę i żywność ruszyliśmy na ten nierówny pojedynek. Po około 30 km dojechaliśmy do końca asfaltu i tu się zaczęło… Przed nami było jeszcze około 64 km piachu, w którym w żaden sposób nie dało się jechać, a czasami trudno było nawet pchać rower! Słońce chyliło się ku zachodowi a wokół pustkowia. Po około 6 km marszu w piachu znaleźliśmy jakieś miejsce w krzakach na nocleg.

Długi weekend majowy spędziliśmy czynnie, to znaczy pchając rower w upale 58 km. Zajęło nam to dwa długie dni. Na naszym rowerowym termometrze temperatura wynosiła 52 stopnie! Po pierwszym dniu marszu pozostała nam tylko jedna butelka wody. Jednak trafiliśmy na dom w pobliżu drogi, gdzie ludzie napełnili nam 3 butle i jeszcze poczęstowali kawą, która w tym kraju jakoś wyjątkowo nam smakuje. Dzięki temu zaopatrzeniu w wodę mogliśmy się napić i przygotować sobie posiłek. 

Później szczęśliwie trafiliśmy jeszcze na przepompownię wody, w której uprzejmy pracownik ponownie napełnił nam opustoszałe już butle i nie miał nic przeciw temu byśmy się oblali wodą z węża. Co to była za rozkosz! Kto by pomyślał, że oblanie się wodą może sprawić tyle radości! Maszerując w piachu przez te dwa dni wypiliśmy około 24 litrów wody, pomimo, że musieliśmy ją racjonować, bo nie było wiadomo, czy znajdziemy okazję do uzupełnienia zapasów. Wreszcie po południu dotarliśmy do miasteczka Buritirama. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, gdyż 30 km przed Buritiramą oponę szlag trafił 🙁

rowerem przez Brazylię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.