Brazylia, Xique-Xique, podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem

Droga z Lencois do Xique – Xique   25.04 – 28.04

Zaraz po 5 dniach odpoczynku zaczęła się ciężka jazda. Postanowiliśmy pojechać do miejscowości Xique – Xique, położonej koło największego jeziora w Brazylii i przepłynąć promem na drugą stronę, żeby skrócić sobie trochę drogę. Jakieś zapytane osoby przytaknęły, że tak, na pewno jest „barco”. Tak więc zadowoleni z dobrego planu ruszyliśmy. Czekały nas kilkukilometrowe podjazdy w strasznym upale. Wysiłek rekompensowały jednak piękne widoki na góry Chapada Diamantina.  W miarę jak oddalaliśmy się od górzystej krainy  zmieniała się pogoda. Dni stawały się znów strasznie gorące, przestało się chmurzyć i padać. 

Kolejne dwa dni – to krótko mówiąc „płaska droga i przyjemna jazda”. Przejechaliśmy ponad 180 km. Nocleg też nam się całkiem miło trafił. Wstąpiliśmy do przydrożnej „fazendy” czyli rancha, gdzie uprzejma żona farmera udostępniła nam miejsce na namiot. Gdy przyjechał mąż przyszli do nas z dziećmi i babcią. Przynieśli termos z kawą (która nawet smakowała pomimo, że żadne z nas nie lubi kawy)  i pyszne domowe ciasteczka. Dostaliśmy też tyle wody, że mogliśmy skorzystać z naszego przenośnego prysznica i się umyć 🙂

Następnego dnia przejechaliśmy przez małe miasteczko, gdzie zaopatrzyliśmy się w żywność i owoce. Potem dotarliśmy do Irece, które jest jednym z największych miast jakie ostatnio mijaliśmy w drodze i oczywiście pełne warsztatów samochodowych a niestety bez choćby jednego, porządnego sklepu rowerowego 🙁 Nasza łatana opona była już tak zdeformowana, że tył roweru stał się mało stabilny i wyraźnie czulismy jak nim zarzuca podczas jazdy. Trudno czasem było utrzymać równowagę. Za miastem natomiast ciągnęły się pustkowia, daleko aż po horyzont wciąż widać było zielone pagórki a dookoła cisza. Tylko świerszcze „wyły” – ich głos dźwiękiem i natężeniem przypominał trochę odgłos cięcia czegoś na pile tarczowej. Dookoła przysłowiowego żywego ducha nie było widać. 

Świetnie się jechało przez takie obszary ale z drugiej strony człowiek miał lekko niepokojącą świadomość, że musi liczyć tylko na siebie. Krajobraz niewiele się zmienił przez te kilkaset przejechanych kilometrów, pomijając Chapadę Diamantinę i nadmorskie okolice Salvadoru. Na polach widzieliśmy kukurydzę, trzcinę cukrową i maniok. Poza tym wciąż akacje, kaktusy i dzikie zarośla oraz nasi znajomi „sępowaci” na niebie. Bacznie patrolowali okolicę, przelatując czasem nad naszymi głowami… Gdy widzieliśmy je przy drodze było wiadomo, że albo jakieś „padło” się pojawi albo śmieciowisko, gdzie wyszukują resztek. Znów natrafiliśmy na miejsca z zerwanym asfaltem, ale ponieważ od dwóch dni nie padało to była prawdziwa masakra! Rdzawy kurz unosił się nad drogą, spowijając wszystko dookoła. Widzieliśmy tylko ciemniejsze kontury drzew, czasami sylwetki samochodów lub tutejszych rowerzystów. Przez pewien czas świat był tylko w kolorze sepii. Na domiar złego opona była w coraz gorszym stanie. 

Kilka razy musieliśmy się zatrzymywać i Przemek majstrował przy kole. Wieczorem tego dnia byliśmy już naprawdę porządnie zmęczeni. Przez ponad godzinę bezskutecznie wyszukiwaliśmy miejsca na spanie. Wreszcie kiedy wjechaliśmy na asfalt zobaczyliśmy na horyzoncie stację benzynową. Na tyłach była jakaś budowa i skrawek trawy. Przemek poszedł pytać obsługę czy możemy tam postawić namiot. A tu nagle, nie wiadomo skąd,  pojawił się jakiś człowiek i zaproponował nam darmowy nocleg… Takim sposobem wylądowaliśmy w motelu, w pokoju, gdzie jest łazienka i łóżko! Wyobrażacie sobie – po raz pierwszy od trzech tygodni nie musieliśmy rozstawiać namiotu, dmuchać materacy i chodzić z latarką by umyć zęby!  Jak widać jest jeszcze sporo przyjaznych ludzi na świecie 🙂

Brazylia rowerem

Brazylia, Xique-Xique, podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem
Brazylia, Xique-Xique, podróżowanie po Brazylii, Ameryka Południowa, Brazylia rowerem

Rano zjedliśmy bułeczki z dżemem na śniadanie a przemiła obsługa restauracji motelowej obdarowała nas jeszcze dwiema puszkami zimnej coli na drogę. Przemek załatał dętkę, podziękowaliśmy wszystkim i ruszyliśmy dalej. Zajechaliśmy do miasteczka Central zrobić zakupy i niestety okazało się, że powietrza w kole nadal ubywa, więc zaraz po wyjechaniu za miasto mieliśmy znów przymusowy postój i ponowne łatanie dętki. Wreszcie po raz kolejny ruszyliśmy. Droga była prosta, bez większych podjazdów ale za to maksymalne słońce od samego rana. Na szczęście wiatr mieliśmy centralnie w plecy i to nam bardzo pomagało jechać. Jednak żeby nie było zbyt miło, w pewnym momencie znów skończył się asfalt. 

Tym razem droga była innego rodzaju – mniej kurzu ale za to piach. Przy tak obciążonym pojeździe (i z tak zdeformowaną oponą) trudno manewrować, więc nagle zatrzęsło rowerem i jak nas nie rzuciło o glebę! Przemek przeleciał przez kierownicę w piach. Ja miałam więcej szczęścia i utrzymałam się na nogach ale moje nadwyrężone, lewe kolano dało mi się mocno we znaki. Na szczęście nikt poważnie nie ucierpiał – ani my, ani nasza „bicikleta”. No ale z sześciu jaj, które wieźliśmy w sakwie na obiadek „ostały się ino dwa” :(` W południe temperatura sięgała 48 stopni, więc wróciliśmy do naszego wypróbowanego sposobu – oblewania się wodą. Ja miałam na sobie bluzkę z długimi rękawami, getry za kolana, żeby chronić się przed słońcem i chustkę, bo poprzedniego dnia poparzyłam sobie szyję. Przemek jest mniej wrażliwy i wystarczały mu kremy do opalania. 

W drodze mijaliśmy jakieś małe osady, jednak większość terenu to prawdziwe odludzie, tymczasem na naszym liczniku wybiło pierwsze 1000 km 🙂 Postanowiliśmy opić to mlekiem czekoladowym albo colą jak dojedziemy do sklepów! Zamierzaliśmy nocować gdzieś przed Xique-Xique ale po drodze nic nie znaleźliśmy więc dojechaliśmy do miasta. Przy wjeździe trafiła się stacja benzynowa i tam się zatrzymaliśmy. Zaraz też przebiliśmy małe kółko od przyczepki, gdyż w trawie pełno było nasion z kolcami, które wiatr wszędzie rozwiewał. Przemek znalazł ich kilka wbitych w oponę. Z tej samej przyczyny musieliśmy w namiocie na podłodze porozkładać ubrania, żeby nie przedziurawić materacy. 

Borykaliśmy się potem z tymi kolcami jeszcze dobre kilka dni, gdyż powłaziły niemal wszędzie i trudno było się ich pozbyć. Nie wyspaliśmy się też zbyt dobrze. Po pierwsze z powodu upału, który był tej nocy wyjątkowo uciążliwy, a po drugie na stację przyjechało jakichś dwóch maniaków, którzy uprzykrzali nam życie. Pierwszy z nich po głośnym seksie z dziewczyną w aucie, włączył muzykę, dudniącą z głośnika na dachu pokazując całą moc swojego sprzętu. Drugi parkował przy restauracji i nie miał zamiaru dać się zagłuszyć, więc przez jakis czas trwał między nimi pojedynek „kto głośniej”…

Brazylia rowerem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.