Brazylia, podróż rowerowa po Brazyli, Ameryka Południowa, podróżowanie po Ameryce Południowej, Ameryka Południowa rowerem

W drodze do Andarai – pokonać błoto i glinę na cerowanej oponie?     16-19.04.2011 

Na zeszytej oponie przejechaliśmy tego dnia ponad 50 km! Rano zjedliśmy śniadanie i umyliśmy się w rodzinnej umywalni. Był to gliniany „jakby domek” z zasłoną, gdzie polewaliśmy się wodą z miski, uczynnie przyniesioną przez gospodarza. Ale i tak było wspaniale. Woda uchodziła małym odpływem do ogródka. A jednak rośliny zdawały się tym w ogóle nie przejmować, jakby detergenty im nie przeszkadzały. Zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie z gospodarzem i jego córką i dalej w drogę. 

To był ciężki dzień. Trudno się jechało po piaszczystych wertepach a w dodatku wciąż myśleliśmy o tym, że w każdej chwili może pęknąć opona!  A przecież wokoło odludzie… Jednak czasem jakiś samochód przejechał i to dodawało nam otuchy, że jak szwy w Schwalbe puszczą to nas tu słońce nie wypali 🙂 Jazda szła wolno i w sumie z postojami na posiłki i pchaniem roweru na gorszych odcinkach przejechanie tych 50 km zajęło nam cały dzień. Ale mieliśmy szczęście, opona wytrzymała i po południu dotarliśmy do Iramaia. 

Zaraz zaczęliśmy rozpytywać wszystkich gapiów o „bicikleta merkado” czyli w naszym tłumaczeniu sklep rowerowy 🙂 Niestety, jak się można było domyśleć, w sklepie opony o takim rozmiarze nie mieli 🙁 Stacja benzynowa była w miasteczku, cała wybetonowana, tak że o spaniu tam nie mogło być mowy. Na domiar złego przez całe miasteczko podążała za nami zgraja dzieci, które wykrzykiwały z uporem maniaka dwa zdania po angielsku i było oczywiste, że nie dadzą nam spokoju jeśli gdzieś tutaj się zatrzymamy. Nie pozostawało więc nic innego jak szybka ewakuacja z miasteczka, póki jeszcze się nie zrobiło ciemno. 

Przy wyjeździe zobaczyliśmy asfalt! To było wspaniałe uczucie i dawało nam nadzieję, że nasz rower doturla się do jakiejś kolejnej osady, gdzie może wreszcie będzie można wymienić tę cholerną oponę! Niestety asfalt prowadził prosto na podjazd – bardzo stromy i ciągnący się ponad kilometr (mniej więcej jak pod Salamandrę w Zakopanem ) więc trzeba było rower pchać by nie obciążać felernej opony. Kiedy wreszcie wyprowadziliśmy nasz pojazd na górkę, byliśmy wykończeni.  Zaraz potem zanurkowaliśmy w przydrożnych krzakach na nocleg, gdyż w około  nie było żywego ducha ani żadnej farmy, więc nie mieliśmy wyboru jak tylko się schować.

Jeżeli poprzedni dzień nie był łatwy, ten uczciwie mówiąc, można określić jednym słowem „mordęga”! Opuściliśmy nasze miejsce w krzakach i ledwo zdążyliśmy przejechać może jakieś 4 km, kiedy nici przebiły dętkę 🙁 Na dobry początek mieliśmy więc przymusowy postój w słońcu i wymianę dętki.  Wreszcie ruszyliśmy ale po kolejnych kilku kilometrach opona w miejscu szycia niebezpiecznie się wybrzuszyła. Widać  było, że zaraz szlag ją trafi! Kolejny postój i Przemek po raz kolejny zszywa to cholerstwo. W dodatku skończył się nam zapas wody. Na szczęście po drodze trafiliśmy na farmę i farmera na koniu, który pozwolił nam napełnić zbiornik. Dobrze, że mamy ze sobą filtr do wody!

Po 25 km jazdy z naszego miejsca noclegowego ponownie skończył się asfalt i wjechaliśmy znowu na wertepy. Jakby tego było mało zaczął padać deszcz a ziemia tutaj, to ta charakterystyczna czerwona glina. Zaraz wszystko było usmarowane czerwonym błotem a koła całe oblepione, że ledwo się kręciły. Dowlekliśmy się na tej nieszczęsnej cerowanej Schwalbe do osady Itaete, gdzie uzupełniliśmy sobie chociaż zapasy żywieniowe. Klimaty w tym rejonie były zupełnie jak ze starych westernów, tylko, że zamiast na koni – obcy wjechali do miasteczka na rowerze 🙂 

Jechaliśmy przez pustkowia z nieco surrealistycznym krajobrazem – zielone pagórki, akacje i drzewa kaktusowe majaczyły od czasu do czasu na horyzoncie. Wszędzie panowała niesamowita cisza, tylko owady brzęczały a po niebie szybowały duże ptaki padlinożerne przeczesując okolicę. Mijaliśmy czasem małe osady. Wtedy wszyscy mieszkańcy wychodzili na ulicę, żeby nas zobaczyć i bacznie obserwowali każdy nasz ruch. Często chcieli z nami rozmawiać, kiedy się gdzieś zatrzymaliśmy –  a my ani „be ani me, ani kukuryku…” To prawdziwe nieszczęście nie znać języka. 

Sytuacja sprawiała, że musieliśmy się przyzwyczajać do braku codziennej higieny… Czasem jechało się cały dzień i tylko jedna stacja była po drodze. Zatem absolutnie dłużej już nie można było liczyć ani na codzienne mycie ani na spanie na stacjach benzynowych. Pozostawało liczyć tylko na ludzi i dzikie noclegi.  Obładowani zakupami wyjeżdżaliśmy z Itaete a tu jak nie lunie… Burza się rozpętała na całego i deszcz lał się strumieniami. 

Czerwona glina jeszcze bardziej zaczęła się kleić a tu znowu przy wyjeździe z miasteczka czekał nas podjazd. I to nie byle jaki! Droga bez asfaltu, deszcz lał niemiłosiernie, rower ciężki a podjazd po wertepach stromo 3 km do góry!!! Wypchnięcie roweru w tych warunkach na górę zajęło nam ok. 1,5 godziny. Na górze byliśmy wykończeni i tak głodni, że myśleliśmy tylko o tym, gdzie się zatrzymać i cokolwiek zjeść. Nawałnica się skończyła ale niestety wszędzie dookoła było tylko czerwone błoto i co chwilę popadywał deszcz. 

To był nasz najcięższy dzień jak do tej pory. W takich chwilach człowiek myśli sobie „co ja tu do diabła robię?!” Ale na szczęście jak Anioł z nieba trafił nam się znowu farmer. Uprzejmie udzielił nam noclegu  w domku, na swoim polu i jeszcze dodatkowo zaopatrzył nas w żywność! Byliśmy uratowani 🙂 Tego wieczoru najedliśmy się do syta – była jajeczniczka, świeże bułeczki, jogurty, soczki. Luksus po prostu. Umyliśmy się, zjedliśmy przy stole, namiotu nie trzeba było rozstawiać i na głowę nie padało. Wtedy właśnie pomyśleliśmy sobie, że „dobrych ludzi spotyka się zwykle nieoczekiwanie”

Następnego dnia przejechaliśmy ok. 4km w błocie i nagle gdzieś w polu zaczął się asfalt! Co za ulga. Błoto powoli odpadało z roweru i buty ważące po 5 kg każdy wycieraliśmy o wilgotną trawę przy drodze, aż wróciły do właściwej wagi. Po drodze zrobiliśmy mały skok w bok i zwiedziliśmy śliczną Poco Encantado. Jaskinia z jeziorkiem, utworzonym z deszczowej wody o niezwykłym niebieskim kolorze wydawała się niemal magiczna. Kiedy zwiedza się ją w słoneczny dzień światło wpadające do wnętrza tworzy jasny, błękitny strumień, który rozświetla jeziorko. Naprawdę bardzo ładne miejsce. Warto tu zajrzeć będąc w okolicy. 

Po drodze była też kolejna jaskinia z kryształowym jeziorkiem –  Poco Azul, którą  mieliśmy wielką ochotę zobaczyć, ale to aż 18 km w jedną stronę po strasznych wybojach i niestety ze względu na naszą oponę musieliśmy zrezygnować. Asfalt był bardzo dziurawy, czasami znikał na jakiś czas i potem znów się pojawiał. Taką drogą przejechaliśmy prawie 60 km, kiedy nagle … traaaach! Oponę rozpieprzyło. Po ponad 140 km ! Na szczęście do Andarai nie było daleko. Byliśmy już na terenie Parku Chapada Diamantina, pięknie położonym przy rzece  Paraguacu. Ale po kilku kilometrach marszu, zrobiło się już niemal ciemno a przed nami widoczny był duży podjazd –  wiedzieliśmy, że tego dnia do Andarai się nie doturlamy. Znów wskoczyliśmy w przydrożne zarośla na spanie. Zmęczeni i głodni rozkładaliśmy namiot a tu jak nie lunie…

Następny dzień rozpoczął się od suszenia namiotu i mokrych ubrań. Dobrnęliśmy z rowerem do miasteczka i musieliśmy jeszcze zawlec się na jego drugi koniec, żeby dotrzeć do sklepu rowerowego. Po drodze zrobiliśmy zakupy i trafiliśmy też na rynek, gdzie nie mogłam sobie odmówić kupna arbuza (mimo jego wagi i gabarytów) 🙂 I tu pewna ciekawostka – otóż tubylcy jeżdżą na rynek po zakupy z  taczkami 🙂 Dzięki temu solidne zapasy można łatwo przetransportować do domu! Oczywiście, jak można się było spodziewać, w sklepie nie było opony w potrzebnym rozmiarze. Sprzedawca jednak, chcąc nam jakoś pomóc, wykombinował podkładkę ze starej opony i wspólnie z Przemkiem założyli nową dętkę, żebyśmy mogli jechać dalej. Pewnie długo ta konstrukcja nie wytrzyma ale może przy odrobinie szczęścia do Lencois uda się dotrzeć. Zapłaciliśmy niecałe 20 R$ i mogliśmy znów ruszyć w drogę. 

Potrzebny był nam już odpoczynek i pranie ale skoro nie było szansy, żeby rower doprowadzić do porządku to nie było też sensu płacić za pousade (pokój). Wyjechaliśmy więc z miasta ale wkrótce trafiliśmy wreszcie na stację benzynową z prysznicem, gdzie mogliśmy się umyć i zjeść przy stole. Przemek wymienił też klocki hamulcowe i nagle zrobiło się już popołudnie. Ruszyliśmy jednak dalej i wkrótce dotarliśmy do miejsca zwanego „minipantanal” – rozlewiska po którym można pływać łodzią. Zatrzymaliśmy się tu na polu namiotowym w lesie. Cena wynosiła tylko 5R$ za osobę a dostępna była woda, prysznic i mogliśmy trochę odpocząć.

Dziś spotkały mnie aż trzy przyjemności: chłodny prysznic na stacji i nasmarowanie się pachnącym balsamem, zimna cola do drugiego śniadania i arbuz – mój ulubiony owoc do kolacji 🙂

Podróż rowerowa po Brazylii

Brazylia, Park Chapada Diamantina, Ameryka Południowa
Park Chapada Diamantina, Poco Encantado, Brazylia, podróż rowerowa po Brazylii, Brazylia rowerem
Brazylia, podróż rowerowa po Brazylii, Ameryka Południowa, podróżowanie po Ameryce Południowej, Ameryka Południowa rowerem, podróż rowerem po Brazylii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.