Brazylia, Ameryka Południowa, podróż rowerowa po Brazylii, podróż rowerowa po Ameryce Południowej, rowerem w Brazylii

Z Salvadoru do Laje – początki bywają trudne… 9.04 – 12.04. 2011

Przejazd do Salvadoru to była, krótko mówiąc, prawdziwa męka. Upał przy nagrzanej słońcem szosie sięgał niemalże 50 stopni! Wielokrotnie musieliśmy przystawać w cieniu i oblewać się wodą gdyż najzwyczajniej brakowało nam sił. Jeszcze gorzej było kiedy wjechaliśmy do miasta. Nie wiedzieliśmy gdzie się zatrzymać, żeby odetchnąć . Częściowo musieliśmy prowadzić rower z powodu zbyt wąskich chodników, ulice były zatłoczone i też nie dało się jechać. 

Na domiar złego, kiedy przysiedliśmy na chwilę na skwerku, żeby się napić, straciliśmy nasz mały podręczny aparat, który jakiś złodziejaszek odciął żyletką i zerwał mi z ramienia. Mimo, że szarpałam się z nim przez chwilę chcąc się obronić nie udało się. Przemek ruszył za nim w pogoń ale oczywiście nie było szans, gdyż młodzian zaraz zniknął między blaszanymi garażami, a zostawienie mnie samej z rowerem i bagażami mogło jeszcze pogorszyć sprawę. Straciliśmy więc aparat i zdjęcia z Salvadoru, za wyjątkiem tych, z kilku pierwszych dni, które zdążyliśmy przegrać do kompa. 

Ta historia zniechęciła nas do próby zwiedzania miasta. Zresztą nie mieliśmy zamiaru tu szukać noclegu a trzeba było się jeszcze dostać do portu. Na szczęście w drodze spotkaliśmy sympatycznego gościa, który zechciał nam pomóc. Poszedł do domu po rower i razem z nim pojechaliśmy do portu, co z pewnością byłoby bardzo trudnym zadaniem bez jego pomocy. Trafiliśmy akurat na prom i wkrótce razem z naszą „maszyną” popłynęliśmy na wyspę Itaparica. Stamtąd bocznymi drogami mamy zamiar dojechać do Parku Narodowego Chapada Diamantina. To będzie nasz pierwszy przystanek. Na wyspie trafiliśmy na kemping i zatrzymalismy się tam na nocleg, pomimo, że cena jeszcze wyższa niż poprzednio 20 R$/osoba za noc.

Itaparica to miłe i przyjemne miejsce. Dużo zieleni, cisza i spokój. Działa jak balsam na duszę po nieprzyjaznym dla nas Salvadorze. W dodatku pogoda się zmieniła i nie było wcale słońca tylko chmury i dużo padało. Dzięki temu mogliśmy spokojnie jechać i tego dnia zrobiliśmy ponad 70 km, a czuliśmy się znacznie mniej zmęczeni niż w Salvadorze, gdzie przejechaliśmy tylko ok.50. Wyspa połączona jest ze stałym lądem mostem, po którym przejechaliśmy na drugą stronę i obraliśmy kierunek na Chapada Diamantina. Minęliśmy rozlewiska mangrowcowe a potem jechaliśmy przez plantacje palm i małe miasteczka  przy drodze. Wkrótce dotarliśmy do miasteczka Nazare a dalej zmierzaliśmy w stronę St. Antonio de Jesus. 

W drodze zatrzymaliśmy się na nocleg przy stacji benzynowej, gdyż wszyscy napotkani ludzie nas ostrzegali, że spanie przy drodze na dziko jest niebezpieczne. Na stacji można też bezpłatnie wziąć prysznic ale dotyczy to tylko stacji przy głównych drogach. Można też kupić coś do jedzenia i napoje jednak ceny są oczywiście wyższe niż w sklepach. Najkorzystniej jest zaopatrywać się w „super merkado” czyli większych sklepach i rzecz jasna na rynku, jeśli akurat się gdzieś przytrafi. Niestety przy wyjeździe z St. Antonio de Jesus jakiś człowiek nas źle pokierował i zamiast na Milagres pojechaliśmy do Laje, co oznaczało, że będziemy musieli nadłożyć sporo kilometrów, ale nie chcieliśmy wracać…

Jak wiadomo wszystko ma swoje plusy i minusy. Tak więc musieliśmy nadłożyć kilometrów, ale za to tereny były śliczne. Wjechaliśmy w Brazylijski Highland czyli obszary górzyste. A więc na trasie mnożyły się podjazdy i górki. Za to okolica piękna i zielona, rozległe krajobrazy, żadnych betonowych miast – molochów, tylko zielone pagórki i cisza. Często przepadywał deszcz więc łatwiej było jechać, mimo, że temperatura utrzymywała się wciąż w okolicach 30 stopni ale chłodny kapuśniaczek nas orzeźwiał. Jechaliśmy spokojnie od 50 do 70 km dziennie. Na więcej nie starczało siły przy tych górkach. Niestety deszcz padał także kiedy rozbijaliśmy namiot albo chcieliśmy zjeść posiłek, pitraszony na palniku gdzieś przy drodze. 

Minęliśmy miasteczko Laje, podążając w strone St.Ines. Skończyły się jednak stacje benzynowe przy drodze – czasami trafiały się jeszcze w niektórych miasteczkach lecz nie było przy nich miejsca do spania. Za to drogi stały się nad wyraz spokojne a nawet senne ale dziurawe… Znikły gdzieś duże ciężarówki i niewiele pojazdów mijało nas po drodze. Przed St. Ines zastał nas wieczór. Zjechaliśmy z drogi na pobliską farmę gdzie dostrzegliśmy światełko w domku i ludzi. Próbowaliśmy tłumaczyć  im na migi, że potrzebujemy miejsca na nocleg, podsuwaliśmy pod nos rozmówki ale farmer widać był nieczytany, co tu na wsi nie jest wcale dziwne. Wreszcie jednak nastąpił spektakularny przełom, człowiek pojął dlaczego go nękamy w środku nocy i pozwolił nam postawić namiot 🙂  Ależ byliśmy z siebie  zadowoleni!

 Brazylia rowerem

Informacje dotyczące kursu walut i podróżowania po Brazylii

Brazylia rowerem, Ameryka południowa, podróżowanie po Ameryce południowej, podróż rowerowa po Brazylii, Brazylia
Salvador da Bahia, Ameryka Południowa, podróżowanie po Ameryce Południowej rowerem, Brazylia rowerem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.